poniedziałek, 31 sierpnia 2015

80.

Wieczorem poszłam z Nareeshą i Kelsey na małe mani-pedi. Naturalnie z kamerami. Jedynym miejscem, gdzie szłam bez kamer była łazienka.
- Naprawdę dasz sobie sama radę w Londynie? - spytała Kels. - Możemy polecieć z tobą.
- Nie, nie, to bez sensu żebyście latały w te i z powrotem, będziecie bardziej wymęczone niż to wszystko warte - machnęłam ręką. 
- Ale Nathana można była wymęczyć - zaśmiała się.
- Z nim byłoby inaczej... Nie chodzi o lot, czy dostanie się do hotelu, czy sądu, ale o samą rozprawę. Boję się, że to wszystko do mnie wróci, uderzy ze zdwojoną siłą. Na myśl o tym, że zobaczę człowieka, który urządził tak mnie i Jess, mam gęsią skórkę - westchnęłam.
- Będzie dobrze - pocieszyła mnie Nareesha. - Będzie z tobą Jess i mama Nathana.
- Ale to nie to samo.
- To czemu odpuściłaś? - rozłożyła ręce Kels. - Trzeba było się uprzeć, nawet jeśli musiałabyś skakać sobie ze Scooterem do gardeł przez dwie godziny.
- Właśnie dlatego. Nie mam ochoty kłócić się z nim jeszcze bardziej. Poza tym nie chcę stawać między Nathanem a pracą. Wystarczy, że gotów był olać nagranie, żeby polecieć ze mną.


Dwa dni później byłam w Londynie. Nathan odwiózł mnie na lotnisko i czekał, aż przejdę przez wszystkie odprawy, przez co spóźnił się do studia, nie śmiałabym nawet podejrzewać, że nie miał o to spiny ze Scooterem. Pojechałam do hotelu, napisałam mu smsa, że dotarłam i żyję, do rodziców zadzwoniłam, bo po raz pierwszy od dłuższego czasu nie różniło nas dziewięć godzin. Później porozmawiałam z Jess, żeby rano zadzwoniła do mnie i dzwoniła tak długo, aż odbiorę i będzie pewna, że nie zasnę z powrotem, bo, no wiecie, jet lag to szmata. Wyciągnęłam z walizki ciuchy na jutro mając nadzieję, że trochę się rozprostują, wzięłam prysznic i poszłam spać.
Rano Jess dzwoniła do mnie trzy razy zanim odebrałam, a potem jeszcze dwa żeby upewnić się, że nie śpię. Koło dziesiątej zadzwonił też Nathan.
- Hej, która u was jest godzina? - spytałam.
- Druga - powiedział zmęczonym głosem.
- Jak studio?
- Świetnie, myślę, że zrobiliśmy naprawdę coś - nieco się ożywił. - Denerwujesz się?
- Nie wiem, dopiero wstałam. Zaraz pewnie zacznę. Z resztą, czym się denerwować, to nie ja jestem oskarżona, ja tam idę tylko powiedzieć, co wiem.
- Musiałbym cię nie znać, żeby uwierzyć.
- Nie mądruj się. Nie mogę się denerwować, bo zacznę o tym myśleć, a chcę złożyć te zeznania i zostawić to za sobą. Mam tylko nadzieję, że wszystko rozstrzygnie się dzisiaj.
- Nie dostałaś jeszcze wieści z ubezpieczalni.
- Fakt - pacnęłam się w czoło. - Ale tak serio, złożyłeś wniosek w styczniu, mają wszystkie dokumenty, kartę ze szpitala, ciężko im powiedzieć, czy mogę dostać kasę czy nie.
- Nie czy możesz, tylko raczej ile dostaniesz. UK jest hojna, jest chodzi o odszkodowania - stwierdził Nathan.
- O, lepiej żebyś miał rację, bo jestem pazerna na kasę - zaśmiałam się. - Muszę kończyć, powinnam się zacząć zbierać.
- Okej, trzymam kciuki.


Kiedy wysiadałam z taksówki pod sądem, nogi miałam jak z waty i fakt, że byłam na szpilkach mi nie pomagał. Na sali zajęłam miejsce obok Jess i pani Sykes. Sąd najpierw przesłuchał sprawcę wypadku, potem kierowcę samochodu, w który uderzyłam, kiedy staranowałam barierki, następnie Jess i na końcu ja. Po wstępach typu jak się nazywam, data urodzenia, czy jest świadoma, że wsadzą mnie za kłamanie przeszliśmy do konkretów. Opowiedziałam wszystko, co pamiętałam.
- Odwoziłam Jessicę do domu, droga była bardzo oblodzona, dlatego jechałam powoli, na skrzyżowaniu, na które wjechałam na zielonym świetle, Jessica krzyknęła, żebym uważała, a sekundę później poczułam uderzenie i straciłam przytomność, prawie tydzień byłam w śpiączce.
- Proszę mi powiedzieć - zaczął obrońca sprawcy wypadku. - O której godzinie doszło do zdarzenia?
- Między jedenastą a dwunastą - odpowiedziałam, podobnie jak wszystkie przesłuchane wcześniej osoby.
- Czy obecna na sali Jessica Sykes nie powinna być wtedy w szkole?
- Jej mama wiedziała, że jest ze mną, nocowała w Londynie.
- Dlaczego?
Co za upierdliwy dziad. Na sali byli dziennikarze, głównie dlatego, że wypadek zablokował na pół dnia jedną z głównych wylotówek z Londynu, co nie zmienia faktu, że nie chciałam rzucać na lewo i na prawo nazwiskami.
- Mój chłopak wyjechał, nie chciałam siedzieć sama, Jess zaproponowała, że zostanie ze mną, jej mam nie miała nic przeciwko.
- Kim jest dla pani Jessica Sykes?
Miałam ochotę powiedzieć mu, żeby się pieprzył, ale wyręczył mnie prokurator.
- Sprzeciw, pytanie nie ma związku z wypadkiem.
- Proszę trzymać się zdarzeń związanych z wypadkiem, relacja między panią Miller a panią Sykes nie miała wpływu na wypadek - powiedział sędzia do adwokata.
- Gdyby pani Miller nie odwoziła pani Sykes, która w tym czasie powinna być w szkole do zdarzenia mogłoby nigdy nie dojść - upierał się.
Wyszłam z siebie.
- Wysoki sądzie, czy mogę? - spytałam.
- Proszę.
- Do wypadku i tak by doszło - powiedziałam do adwokata. - Wie pan dlaczego? Bo pański klient prowadził samochód pod wpływem alkoholu, więc prędzej czy później w takich warunkach, jakie wtedy panowały, uderzyłby w jakiś samochód i mogłoby się skończyć jeszcze gorzej. Szczęściem w nieszczęściu jest, że nikt nie zginął... - powiedziałam i szybko urwałam, bo to nie była do końca prawda. Odetchnęłam głęboko. - Więc, to czy Jessica była w szkole, czy nie, nie miało żadnego wpływu na wypadek - dodałam spokojniej. - Spędziłam dwa tygodnie w śpiączce obandażowana od stóp do głów, Jessica ze złamanym obojczykiem, więc tłumaczenia, co kierowało pańskim klientem, ani próbowanie wmówić mi, że to moja wina są zwyczajnie nie na miejscu.
- Wysoki Sądzie - odezwał się prokurator. - Strony postępowania dostały dokumentacje medyczne zarówno pani Miller, jak i pani Sykes, może oskarżony powinien zapoznać się z nimi jeszcze raz, żeby uzmysłowić sobie wymiar szkody jaką wyrządził - powiedział i spojrzał na mnie wymownie.
Nie, nie, nie, niech nie zaczyna czytać tego na głos, nie przy dziennikarzach, zresztą chyba nie może, no nie? Tajemnica lekarska i te sprawy.
- Tak, panie prokuratorze, wszyscy znają obrażenia poszkodowanych - powiedział sędzia.

Rozprawa się skończyła, wyrok jednak zostanie ogłoszony następnego dnia, ale usłyszę go dopiero, gdy zadzwoni do mnie Jess, bo będę już w Los Angeles.
Wróciłam do hotelu. Było za wcześnie, żeby dzwonić do Nathana, więc zamówiłam obiad do pokoju i włączyłam telewizor. Zjadłam i nie wiem, kiedy zasnęłam, ale obudził mnie telefon.
- Hej - powiedziałam zaspanym głosem.
- Spałaś? Przepraszam, nie chciałem cię obudzić.
- Nie szkodzi, rozmawiałeś z mamą?
- Tak, przed chwilą dzwoniły do mnie z Jess. Ponoć adwokat był stuknięty.
- Taaa, wsiadł na mnie, że niby, gdyby Jessica siedziała w szkole. tam gdzie jej miejsce, to do wypadku by nie doszło - prychnęłam wstając z łózka.
- Równie dobrze do niczego by nie doszło, gdybym zabrał cię siłą do Ameryki, czemu mnie nie wezwał na świadka? - uniósł się Nathan.
- Wiem, że lubisz czuć się ważny, ale to akurat tym bardziej nie miałoby nic wspólnego ze sprawą - zaśmiałam się.
- O której masz samolot?
- O jedenastej, dobrze, że do mnie zadzwoniłeś, bo jeszcze bym zaspała - powiedziałam, patrząc na zegarek, była 18:30.
- O jedenastej, trwa jedenaście godzin, czyli na londyński czas... - zawiesił się.
- Dziesiąta - podpowiedziałam.
- Czyli w LA... - znowu się zawiesił.
- Druga w nocy - podpowiedziałam. - Matko, Nathan, miałeś w ogóle matmę w szkole? - zaśmiałam się.
- Jestem artystą, nie umysłem ścisłym.
- Taaa, ale mógłbyś wiedzieć, jak się posługiwać liczbami w przedziale od 1 do 100 - stwierdziłam.
- Nie bądź taka mądra, bo będziesz wracała taksówką z lotniska.
- Ojej, pan Sykes grozi, że mnie nie odbierze.
- Odbiorę cię, zawiozę do domu, a potem zagilgoczę na śmierć - powiedział z udawaną powagą.
- O Boże, tylko czyhasz na moje pieniądze z odszkodowania, powinnam się domyśleć.
- Teraz już wiesz - zaśmiał się.
- Powinnam zacząć się zbierać, chcę jeszcze coś zjeść.
- Pewnie, do zobaczenia.
- Papa - rozłączyłam się i spojrzałam na siebie w lustrze.
Położyłam się do łóżka w ciuchach, w których byłam w sądzie, więc moja pognieciona koszula i nieład na głowie wyglądały dosyć żałośnie. Przebrałam się w dżinsy, koszulę zmieniłam na luźną bluzkę, a szpilki na trampki. Zamówiłam kolację do pokoju, na lotnisko pojechały ze mną Jess i jej mama.
- Ucałuj od nas Nathana.
- Oczywiście - uśmiechnęłam się. - A wy zadzwońcie, jak tylko będzie coś wiadomo - poprosiłam.
- To będzie pierwsze, co zrobimy - zapewniła mama Natha.
- Dziękuję, pan... - urwałam na widok "groźnego" wzroku pani Sykes.
- Co ci mówiłam?
- Tak, tak - westchnęłam. - Dziękuję, Karen - poprawiłam się.
- No, dobrze, leć już.
Pożegnałyśmy się i tyle je widziałam. Nie za bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić w czasie lotu. bo w Londynie była noc, ale w LA piętnasta... Na moje szczęście Nathan miał gest, pewnie częściowo dlatego, że sam też miał lecieć i miałam ten wypasiony lot z telewizorami i wifi. Nathan mnie nie sprawdzi, więc weszłam na wszystkie portale plotkarskie po kolei. Najbardziej spodobał mi się artykuł o Nathanie,w którym są zdjęcia z lotniska, jak żegnał się ze mną na lotnisku i teoria spiskowa, że nie wytrzymałam w LA i wracam do Londynu. Z pewnością. Z jedną sztuką bagażu podręcznego. Chociaż nie ukrywam, że nie raz miałam ochotę. Obejrzałam dwa filmy i chociaż ostro walczyłam, poległam w walce i zasnęłam, obudziłam się jakieś półtora godziny przed planowanym lądowaniem, kiedy samolotem wstrząsnęło, bo wlecieliśmy w burzę. Serce podeszło mi do gardła. Spokój, Jules. Spokój. Samolotem wstrząsnęło jeszcze dwa razy, ale lżej i reszta lotu minęła w spokoju, żeby zabić czymś czas zaczęłam grać na telefonie, ale po chwili padła mi bateria, a moje lenistwo nie pozwalające mi wstać po ładowarkę do torby w schowku było silniejsze od chęci przejścia poziomu w Candy Crush. 
W końcu jednak z piętnastominutowym opóźnieniem wylądowałam w LA. Nie musiałam czekać na walizkę, więc prędko przeszłam odprawę, a że o drugiej w nocy nie przylatuje zbyt wiele samolotów, ludzi nie było dużo i szybko znalazłam Nathana. Z kamerami. O drugiej w nocy.
- Hej - mocno się w niego wtuliłam.
- Jak lot? - spytał pocałowawszy  mnie w czoło.
- Wpadliśmy w turbulencje.
- Co?
- Nie mówi się "co", tylko "słucham" - podałam mu moją torbę. - Normalnie, była burza i samolotem trochę potrząsnęło.
- Bałaś się?
- Serio? - spojrzałam na niego z miną co to niby nie ja. - Serio, to tak, prawie narobiłam w spodnie.
Nathan zaśmiał się i objął mnie.
- Chodź do domu - ruszyliśmy do wyjścia. - Powinnaś wiedzieć o czym jeszcze?
- Hmm?
- W domu trwa impreza.
- Mniejsza z tym, jestem tak zmęczona, że idę prosto do łóżka.

I tak właśnie zrobiłam, przebiłam się tylko przez tłum gości, poszłam na górę, wzięłam prysznic i zasnęłam w momencie, kiedy przyłożyłam głowę do poduszki.
Rano obudziłam się w pół do jedenastej, kiedy wszyscy byli już na nogach. Przebrałam się, pomalowałam, zeszłam do kuchni zrobić sobie płatki i z miską poszłam do salonu.
- Hej, mała - powiedział Nathan na mój widok.
- Cześć wszystkim - usiadłam obok niego na kanapie.
- Dzwoniła mama.
- Właśnie! - nagle przypomniało mi się, że w ogóle byłam w Londynie. - Jaki wyrok?
- Pięć lat i dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów.
Pokiwałam głową. Wtedy dopiero uzmysłowiłam sobie, że w zasadzie nie miało to dla mnie znaczenia. Obie z Jess jesteśmy zdrowe, tylko Nathan dalej płacze za samochodem, poza tym ze wszystkim uporaliśmy się i w sumie to, jaki wyrok dostał tamten kierowca niewiele mnie obchodziło.
- Dobrze, że już jest koniec tego wszystkiego - powiedziała Nareesha.
- Nareszcie - odetchnęłam.
- Jesteśmy bogaci - wypalił nagle Nathan.
Popatrzyłam na niego zdezorientowana, jak wszyscy z resztą.
- Ten dom nie jest nasz, zdajesz sobie z tego sprawę? - spytałam.
- Dostałem maila o odszkodowaniu.
- Pokaż to - wzięłam od niego telefon. - Nic nie rozumiem, przetłumacz to - oddałam mu z powrotem.
- Twoją i moją szkodę złożyłem na jednym wniosku...
- Twoją szkodę? - spytałam.
- Pamiętasz ten czarny, sportowy samochód, który poszedł do kasacji?
- O matko... - wywróciłam oczami.
- Więc to - pokazał palcem. - Są moje pieniądze za auto.
- Czemu dostałeś 35 tysięcy funtów za auto?
- Bo dałem za nie 37 i miałem je miesiąc. Najwidoczniej tyle było warte. Przed wypadkiem.
- Taaaa - pomyślałam o tych wszystkich razach, kiedy ruszałam z piskiem opon, wchodziłam na bardzo wysokie obroty lub ostro hamowałam. - Taaa, a reszta?
- To jest twoje odszkodowanie.
- Woooow - otworzyłam szeroko oczy na widok ładnej, okrągłej kwoty. - To mi się podoba.
- W przyszłym tygodniu pieniądze będą na twoim koncie.
- To i wypłata, w końcu jakiś przychód, to bardzo miła odmiana od ciągłych rozchodów - uśmiechnęłam się szeroko.
- O tak, możesz pójść na zakupy - powiedział Max cienkim głosem przedrzeźniając mnie.
- Oh, chrzań się! - rzuciłam w niego poduszką.
- To może - zaczął niepewnie Tom. - Skoro mamy co świętować... Poświętujmy?
- Niespodzianka, jestem na tak - podniosłam rękę do góry.
O dziwo wszyscy byli za, bo jak dowiedziałam się później, wczorajsza impreza była w miarę kulturalna do pozostałych, obyło się bez intruzów na piętrze i nawet jacuzzi działa.
Na to Max i Tom jak oparzeni zerwali się do telefonów.

Takim sposobem wieczorem szybko rozkręciła się impreza. Kiedy muzyka grała w najlepsze, a ludzie się schodzili, ja i Nathan dalej nieśpiesznie zbieraliśmy się na górze.
- Gotowa?
- Prawie, czekaj... - ostatnie pisknięcie lakieru na włosy. - Tak.
- Bardzo ładnie - złapał mnie na rękę i zeszliśmy na dół.
- Przysięgam, że za każdym razem ściągają kompletnie innych ludzi i nigdy nikogo nie znam - powiedziałam schodząc po schodach.
- No co ty gadasz... - Nathan rozglądał się po ludziach, ale szybko zgubił swoją minę "no co ty".
Podeszłam do Maxa.
- Juuules! - krzyknął na mój widok.
- Heeej! Umm, znasz wszystkich tych ludzi? - spytałam cicho, przy czym cicho oznaczało, że mówiłam normalnym dziennym tonem z moimi ustami przy jego uchu
- W zasadzie tak, niektórzy znajomi przyszli ze swoimi znajomymi - powiedział celując piłeczką pingpongową do kubka z piwem.
- Maaaax...
- Spokojnie - złapał mnie za ramiona po oddanym rzucie. - Wszystko jest pod kontrolą, obiecuję.
- Okej, tylko sprawdzam, czy pamiętasz...
-Tak, tak, wyluzuj się, baw, masz, co świętować, ale już - pocałował mnie w czoło i obrócił.
Westchnęłam głęboko i poszłam do kuchni po wodę.
- Jak twoja woda, Jules? - spytał Kevin, który wszedł dosłownie chwilę po mnie i wyciągnął z lodówki piwo.
- To nie jest śmieszne, to nie jest śmieszne, Kev - powiedziałam opierając głowę na blacie.
- Wiem, wiem - poklepał mnie w plecy i tyle go widziałam.
W głowie odbiło mi się Maxa "masz, co świętować". Fakt, mam. Wyciągnęłam z lodówki drugą butelkę z "colą". Była w niej cola, ale była też wódka. Sekretne buteleczki, które Jay zrobił dla mnie i Nathana. Nalałam sobie tego jakże wytwornego drinka do szklanki i wróciłam do ludzi.
- Co tam masz? - spytał Nathan obejmując mnie ramieniem.
- Colę - odpowiedziałam niewinnie i podałam mu szklankę.
- Ummm - upił łyka. - Dobra ta cola.
- Wiem, wiem - odpowiedziałam zabierając picie.
Długo nie zajęło Nathowi pójście do kuchni po swoją własną colę. A mi nie zajęło dużo zorientowanie się, że pije jej znacznie więcej niż ja.

Jakiś czas i kilka szklanek później usiadłam na stołku barowym i obserwowałam ludzi, kiedy usłyszałam przy swoim uchu.
- Z kim przyszłaś? - szybko odwróciłam się.
Obok mnie stał koleś, którego nie dość, że nie znałam, to jeszcze stał o wiele za blisko.
- Słucham?
- Z kim tu przyszłaś? - próbował przekrzyczeć muzykę.
Przyjrzałam mu się chwilę, żeby stwierdzić, czy na serio tak pyta.
- Z dziewczyną - powiedziałam śmiertelnie poważnym tonem.
- Serio?
- Nie, mieszkam tutaj - powiedziałam zmęczona tą rozmową, a to dopiero kilka zdań.
- Aaaa, dziewczyna The Wanted - doznał olśnienia. - Więc, który z nich jest tym szczęśliwcem? - spytał przysuwając się jeszcze bliżej, a nie sądziłam, że było to możliwe.
- Biorąc pod uwagę, że jesteś na ich imprezie, to niewiele o nich wiesz - stwierdziłam odsuwając się od niego na tyle, na ile mogłam, żeby nie spaść ze stołka.
- Nathan - powiedział pewnie po chwili obserwacji społecznych.
- O rany, jesteś taki bystry - powiedziałam z udawanym zachwytem. - Jak na to wpadłeś?
- Aach, więcej jesteś z tych wrednych - gadał i gadał, a ja nerwowo szukałam wzrokiem Nathana. - Co to udają, że są takie niedostępne...
- Nie udaję - przerwałam mu. - Jestem poza twoim zasięgiem. I teraz i jutro, pojutrze, za tydzień, miesiąc, rok. Żegnam.
Zeszłam z krzesła i poszłam do Kelsey i Toma.
- Kim jest ten frajer przy barze? - spytałam.
- Ach, ten - Kels spojrzała w jego kierunku. - Niech zgadnę, uderzał do ciebie.
- Niestety.
- Nie przejmuj się - krzyknął Tom. - Podbija do wszystkiego, co się rusza, ale w gruncie rzeczy jest nieszkodliwy.
- Trzymam cię za słowo.
Po chwili podszedł do mnie Nathan.
- heeej, szukałam cię.
- Twój telefon - podał mi dzwoniącą komórkę, którą wcześniej wsadziłam do jego spodni.
- Praca - stwierdziłam zdziwiona, zapominając o tym, że w ogóle mam pracę i że w Londynie jest po ósmej. - Potrzymaj - podałam mu moją szklankę - zaraz wracam.
Pobiegłam szybko na górę.
- Halo? - odebrałam przymykając drzwi od pokoju.
- Hej, Jules, tu Miranda. Mam nadzieję, że cię nie obudziłam, całkiem zapomniałam o różnicy czasu.
- Nie, nie, skąd. O co chodzi? Przesłałam wszystkie poprawione artykuły, mam nadzieję, że doszły.
- Tak, wyszło idealnie - uspokoiła mnie redaktor naczelna. - Po dopasowaniu wszystkiego w layout okazało się, że mamy mały problem z jednym artykułem, w zasadzie z rozdzielaniem kilku wyrazów, mogłabyś na to zerknąć, wysłałam ci na maila.
- Tak, oczywiście, już patrzę - wzięłam laptopa Nathana, który był tylko uśpiony.
- Powiedz, jak LA?
- Och, wspaniale, uwielbiam tę... pogodę - urwałam, bo kiedy otworzyłam przeglądarkę, otworzyła mi się ostatnia strona, na której był Nathan. Z pierścionkami.
- Jules? Jesteś tam?
- Tak, tak - ocknęłam się. - Już, już, minutka.
Weszłam szybko na maila, otworzyłam załącznik i szybko przeleciałam wzrokiem.
- Poza raz, dwa, trzy... - liczyłam na głos linijki. - Poza dziewiątą linijką wszystko jest w porządku, ale tego nie możecie tak przedzielić.
- Okej, będziemy konbinować, dzięki - podziękowała Miranda.
- Nie ma za co, to moja praca - zaśmiałam się.
Rozłączyłam się, położyłam telefon obok siebie, Zamknęłam kartę z mailem i wróciłam na tą z pierścionkami.
Czy Nathan zamierzał się oświadczyć? Czy Nathan oszalał?! Po niecałym roku? Rodzice by mnie zabili...
- Dobra, spokój - potrząsnęłam głową. - Nie wyciągamy pochopnych wniosków - powiedziałam sama do siebie.
Wzięłam głęboki oddech i wyszłam z pokoju zamykając za sobą drzwi. Światło na korytarzu działało na czujnik ruchu, więc po chwili się włączyło i zobaczyłam postać opierającą się o ścianę i podskoczyłam ze strachu.
- Fuck, to znowu ty - powiedziałam z przekąsem na widok kolesia, który gadał do mnie przy barze. - Wiesz, że nie wolno ci tu być?
- Jestem tu od jakichś kilku godzin.
- Nie mówię o imprezie. Mówię o piętrze.
- Nie bądź taka drobiazgowa - powiedział i zrobił krok w moją stronę. - Jestem Chuck, tak w ogóle.
 - Jestem niezainteresowana i nie pytałam, tak w ogóle.
Próbowałam go minąć, ale zastąpił mi drogę.
- Serio, o co ci chodzi? - pytałam co raz bardziej zdenerwowana, już nie tylko jego aroganckim zachowaniem, ale faktem, że muzyka grała bardzo głośno i nawet gdybym próbowała kogoś zawołać, nikt by mnie nie usłyszał.
- Chcę się umówić.
- Czy ty jesteś głupi czy głuchy? - spytałam. - Mam. Chłopaka. - powiedziałam to powoli i wyraźnie. - Nie żeby to miało znaczenie - dodałam po namyśle.
- Uwierz mi, mogłabyś mieć i ze trzech - stwierdził mierząc mnie z góry do dołu.
- Okej, skończyłam - powiedziałam odwracając się, zamierzałam zejść drugimi schodami.
Usłyszałam, że zaczął iść za mną, więc przyspieszyłam, w momencie, w którym złapał mnie za nadgarstek, byłam w stanie dosięgnąć włącznika od alarmu na ścianie i nie zawahałam się. Po chwili zaczął wyć, bo bardzo zdziwiło Chucka, czy jak mu tam było. Zaraz muzyka ucichła i na górę wpadli Max i Jay. Z kamerami, nie żeby nie było ich zamontowanych na ścianach. Teraz już mogłam wyłączyć alarm.
- Jules? Nath szuka cię na dole - powiedział zdezorientowany Jay.
Jak na zawołanie Nathan wbiegł po schodach, do których szłam, zanim byłam zmuszona włączyć alarm.
- Jules, tu jesteś - szybko mnie objął. - Co się dzieje? Ty włączyłaś alarm?
Wtedy wszyscy trzej spojrzeli na mojego "adoratora".
- Serio, znowu ty? - powiedział Max.
- Lubię ładne blondynki - wzruszył ramionami. Dopiero teraz zwróciłam uwagę, jak bardzo był nawalony, o ile to był tylko alkohol, a nie coś więcej.
- Raczej, wszystko, co się rusza - prychnął Max.
- To koniec imprezy dla ciebie - powiedział Nathan. - Kevin pomoże ci trafić do wyjścia. Kev! - krzyknął w stronę schodów. - Kev! Chodź, Jul - złapał mnie za rękę, w połowie schodów minęliśmy się z Kevinem.
- Co się dzieje? O co chodzi z tym alarmem? - spytał.
- Na górze mamy delikwenta, któremu pomożesz trafić do wyjścia.
- Jules, wszystko dobrze?
- Tak, tak - zapewniłam.
Kevin poszedł na górę, my zeszliśmy na dół, a oczy wszystkich spoczywały na nas. Po chwili zszedł Kev z nieproszonym gościem, a za nimi Jay i Max. A Chuck miał o tyle tupetu, że przechodząc obok prowadzony przez Kevina... klepnął mnie.
Szeroko otworzyłam usta ze zdziwienia.
- Co? - spytał Nathan.
- On... mnie klepnął - powiedziałam z obrzydzeniem.
- O nie - usłyszałam, jak Nathan się zapowietrzył i puścił moją rękę.
Ani się obejrzałam, a jego już nie było obok mnie.
- Nathan!



Hej, hej :D
Cieszę się, że ktoś tu jeszcze został :D

środa, 26 sierpnia 2015

79. Nie zrobiłam tego dla Ciebie.

Chyba po prostu nie nadaję się na imprezy. Na tę jedyną naprawdę się cieszyłam, dostałam się na studia, jest co świętować, ale pod wieczór złapała mnie taka migrena, że miałam ochotę umrzeć. Ludzie zaczęli się schodzić, a ja siedziałam na kanapie i próbowałam siłą perswazji pozbyć się bólu.
Po domu kręciło się mnóstwo nieznanych, lub podobno znanych Maxowi osób, ale na żadnej imprezie, nikim kto przyszedł, nie zajmował się na początku tak długo, jak pewną dziewczyną teraz... Migrena migreną, ale mój zmysł detektywa  nie wygasł. Podniosłam się z kanapy, pokręciłam po pomieszczeniu i zaraz znalazłam się obok George'a.
- Siema Max - powiedziałam, jakbym dopiero go zobaczyła, to nic, że razem mieszkamy.
- O hej. Jules, to Nina. Nina, to Jules - przedstawił nas, bardzo dobrze, nauczyła mama manier.
- Hej, miło się poznać - dziewczyna się uśmiechnęła się promiennie.
Dopiero teraz zajarzyłam. To TA Nina. Odwzajemniłam uśmiech.
- Jak twoja głowa? - spytał Max.
- Średnio - skrzywiłam się. - Nie mogę już wziąć więcej tabletek, a migrena ani ani nie zmalała, więc dzisiaj chyba spasuję - wzruszyłam ramionami.
- Biedactwo, wyśpij się, jutro będzie ci lepiej - pocałował mnie w czoło.
- Dzięki. Miłej zabawy - uśmiechnęłam się i poszłam na górę, gdzie Nathan kończył układać włoski.
- A ty co? Z powrotem na dół, już schodzę - powiedział.
- Dzisiaj nic z tego - położyłam się na łóżku.
- Dalej boli? - usiadł obok mnie.
Pokiwałam lekko głową.
- Biedactwo - pogłaskał mnie po głowie. - Chcesz, żebym został z tobą?
- Nie, idź się bawić. Zaraz pewnie zasnę i będę jak nowo narodzona.
- Na pewno?
- Tak, przecież widzę, że cały się trzęsiesz z podekscytowania na tę imprezę, więc sio! - wygoniłam go z pokoju ruchem ręki.
- Dobranoc - pocałował mnie w policzek i tyle go widziałam.
Zmyłam makijaż, przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka.
Jestem pewna, że przez jakiś bliżej nieokreślony czas spałam, ale ktoś skakał z balkonu do basenu i o wiele za bardzo przy tym piszczał, a balkon jest o wiele za blisko mojego pokoju. Westchnęłam, obróciłam się na drugi bok i znowu próbowałam zasnąć, ale nie mogłam. Paradoksalnie możliwe, że utrudniał mi to brak muzyki, która jednak była jakaś jednostajna i zagłuszała te wrzaski, a ludzie wrzeszczeli naprawdę sporo.
Zrezygnowana zeszłam do kuchni napić się, wracając na górę spotkałam Nareeshą wracającą z łazienki.
- Myślałam, że śpisz - powiedziałam.
- Chciałabym, ale próbuję coś zaprojektować - westchnęła.
- Serio? Chce ci się, o tej porze i w tym hałasie? - spytałam.
- Bardziej muszę niż chcę - powiedziała w znaczący sposób.
Miałyśmy taki sposób mówienia, którym komunikowałyśmy, że bardziej robimy coś nie z własnej woli, ale dlatego że ktoś z ekipy szepnął słówko.
- O... Rozumiem. To powodzenia - poklepałam ją po ramieniu.
- Jak twoja głowa?
- Hmm, jakby to powiedzieć... też życz mi powodzenia.
Rozeszłyśmy się do swoich pokoi, a ja przez kolejną godzinę próbowałam zmusić się do spania. Po kolejnym wrzasku z balkonu nie wytrzymałam, założyłam trampki i zeszłam na dół, gdzie w mojej piżamce znacząco wyróżniałam się na tle lasek w bikini. Podeszłam do Maxa.
- Maksiu, ja wiem, że jest impreza i tak dalej, cieszę się, że wszyscy fajnie się bawią, ale czy mógłbyś poprosić ludzi, żeby cieszyli się imprezą trochę ciszej? - spytałam.
- Jules, nie mogę zabronić ludziom się odzywać, co, mam zrobić niemą imprezę?
- Dobra, to czy mogliby przynajmniej nie drzeć się na balkonie?
- Przecież nie będę tam stał i uciszał każdego pokolei.
Wzięłam długi, głęboki wdech, żeby nie wybuchnąć.
- Dobra, wiesz, nieważne - machnęłam ręką i odwróciłam się na pięcie. Dyskusja z nim nie miała dzisiaj żadnego sensu.

Rano siedziałam z Kelsey przy mini barze, Jay siedział za barem, Tom i Max grali w bilard, Nath i Kev byli w kuchni. Migrena mi ustała, chociaż dalej czułam lekkie ćmienie. Nagle przyszedł Siva.
- Możemy chwilę pogadać? - spytał niby wszystkich, ale patrzył chyba jednak na Maxa. I nagle jak na zawołanie pojawili się też Nathan i Kevin. Wszyscy podeszli do baru. - Więc Nareesha jest trochę niezadowolona, bo ostatnio często nie może zasnąć do bardzo późnych godzin i... no, jej praca wymaga kreatywności, a jeśli o czwartej rano gracie na pianinie, czy urządzacie sobie skoki z balkonu, nie może projektować, więc odbija się to na jej pracy - powiedział.
- Ale ona nie musi tu mieszkać. Zgodziliśmy się na to dla ciebie - odpowiedział Max, na co ja prawie oplułam się herbatą, a kątem oka zobaczyłam, jak Kels zastygła w bezruchu. Najgorsze było, że nie wiedziałam, czy on mówił tak na serio, czy miał to w skrypcie.
Pierwszego dnia każdy dostał skrypt, każdy miał też co innego w nim napisanego i miał to zatrzymać dla siebie, pewnie po to, żeby powodować więcej dramatów.
- Max, to było trochę ostre - powiedziała Kelsey.
- Nie możesz mówić, że to tylko nasz dom, bo tak nie jest - powiedział Tom. I tak, moim zdaniem mówił dobrze, ale zdziwiłam się, że nie był po stronie Maxa. - Nie możesz mówić, że dziewczyny nie mają prawa decydować, bo owszem, mają.
- Cześć wszystkim - po schodach zbiegła Nareesha, która najwidoczniej usłyszała końcówkę wypowiedzi Toma. - Mówicie o hałasie?
- Tak.
- Miałam tylko na myśli, że raz na jakiś czas chciałabym się wyspać, czy popracować - wyjaśniła.
- Serio, jaką pracę wykonujesz o czwartej nad radem? - spytał Nathan, a ja zatrzymałam rękę z kubkiem w połowie drogi do ust.
Serio, kto jak kto, ale on nie powinien odzywać się na ten temat, bo nie raz sam budził mnie, jak mu w środku nocy przyszła wena.
- Po prostu nie wiem czemu, ale jak robię kolekcję pomysły przychodzą mi w nocy - powiedziała Naree. Kłamała, czyli miała tak powiedzieć.
- Jasne - mruknął Nathan. - Rozumiem, jak mówisz, że chcesz spać, czy pracować, powinniśmy szanować swoją pracę i możesz pytać czy chcieć, żebyśmy przestali hałasować, ale szczerze to... nie sądzę, żebyśmy powinni przestać imprezować.
Lepiej, żeby to było w jego skrypcie, albo żeby dzisiaj stwierdzono u niego udar słoneczny, bo mój Nathan nie tak się zachowuje.
- Jesteśmy tu, żeby pracować, to dom The Wanted... - zaczął Max.
- Odkąd tu jesteśmy pracowałeś jakby dwa dni - przerwałam mu, w tym samym momencie, co Siva.
- Chodzi o to, żeby mieć wzgląd na innych - powiedział mulat.
- Trzeba brać pod uwagę to, że ktoś może być zmęczony - dodał Jay.
- A w domu co, jak co, ale jest bardzo głośno - stwierdził Tom.
- Nie powiem, że przestanę przyprowadzać ludzi, urządzać imprezy i puszczać głośno muzykę, bo nie przestanę, bo taki już jestem - uparł się Max.
- Max, ale tu chodzi nie tylko o ciebie, nie mieszkasz tu sam - powiedziałam.
- Chodzi o kompromis - dodała Nare.
- To nie wypali - powiedział George na odchodne i wyszedł na taras.
Atmosferę dało się ciąć nożem, tym sposobem utworzyły się dwa obozy, Max i Nathan - imprezowe zwierzęta i reszta świata. No, oprócz Keva, który tylko słuchał całej rozmowy. Bez słowa zeskoczyłam ze stołka i poszłam na górę. Trzasnęłam drzwiami od pokoju i zaczęłam przeszukiwać każdą szufladę. Tak jak myślałam, po chwili przyszedł Nathan.
- Czego szukasz? - spytał opierając się o ścianę.
- Twojego skryptu - powiedziałam nie przerywając czynności.
- Hej, hej, hej - podszedł i złapał mnie za ręce. - Po co?
- Powiedz mi, że to przed chwilą na dole, to nie byłeś ty. Że miałeś się tak zachowywać, bo tak było w skrypcie - powiedziałam z zamkniętymi oczami.
- Jules - westchnął.
Otworzyłam oczy, nic nie mogłam wyczytać z jego twarzy.
- Więc co, też uważasz, że to wasz dom i ja, Kelsey i Nareesha mamy was całować po stopach, że możemy tu mieszkać? - spytałam.
- Nie, ale... wszyscy dobrze się bawią, tylko ona ma problem.
- Wyobraź sobie, że nie tylko ona, bo ja też próbowałam wczoraj zasnąć z bólem głowy, zeszłam do Maxa, żeby zrobił coś z tym hałasem, ale mnie olał. Więc sorry, ale podpisuję się pod wszystkim, co dzisiaj powiedzieli na dole wszyscy oprócz ciebie i Maxa. A teraz chcę zostać sama - wyminęłam go, wzięłam telefon i słuchawki i zeszłam na dół.
Wzięłam butelkę ice tea i usiadłam na jednym z leżaków. Miałam w planie posłuchać muzyki, ale stwierdziłam, że zadzwonię do rodziców na Skypie. Obliczyłam szybko różnicę w czasie, niby wieczór, ale jeszcze wcześnie.
- Siema mamciu - powiedziałam.
- Czemu cię nie widzę?
- Bo jestem na telefonie, siedzę na dworze, pewnie pod słońce, więc i tak nie byłoby mnie widać.
- No i jak, co tam robisz?
- A wygrzewam się na słoneczku - wyciągnęłam się na leżaku.
- Dobrze ci tam - westchnęła mama.
- Co, w Polsce dalej zima? - spytałam.
- Niestety. A dzisiaj to już w ogóle padało wszystko - deszcz, śnieg, grad...
- Spoko loko, do was też wiosna przyjdzie.
- Ale poza pogodą, to jak ci tam w tym LA?
- Dobrze, dobrze.
Naprawdę nie odczuwałam potrzeby wciągania mamy w jakieś wyreżyserowane problemy, z resztą, i tak prędzej czy później zobaczy to w telewizji.
Porozmawiałam z nią chwilę, później leżałam i przez jedną słuchawkę słuchałam muzyki. Po jakimś czasie usłyszałam kroki. Leniwie otworzyłam jedno oko. Max... Chyba już się wysiedziałam na dworze. Wstałam i bez słowa go minęłam.
- Teraz nie będziesz się do mnie odzywać go końca świata? - spytał.
Stanęłam, zrobiłam kilka kroków w tył i zatrzymałam się przed nim.
- Cześć Max! - pomachałam mu i znowu ruszyłam do przodu.
- Jeszcze rozumiem, że Nareesha ma do mnie fochy, ale ty?
- Serio? Ale ja? A nie pamiętasz, jak mnie wczoraj bolała głowa i prosiłam cię, żebyś zapanował nad tłumem, a ty to olałeś. I sorry, ale naprawdę nie pomyślałeś, że twoje "Ona nie musi tu mieszkać. To dom The Wanted" mogło dotknąć też mnie? Albo Kelsey? Bo chociaż Naree wtedy tam nie było to my i owszem.
- To po prostu konflikt interesów - stwierdził.
- Raczej myślenie tylko o sobie, ale nazwij to jak chcesz. Słyszałeś o czymś takim jak kompromis? - spytałam.
- Jeny, przecież niecodziennie jest taki hałas - wywrócił oczami.
- Serio? Mogę na palcach jednej ręki policzyć dni, kiedy nie było imprezy. Dobra, ta dyskusja jest bez sensu - machnęłam ręką i wróciłam do domu.
Poszłam do kuchni i zaczęłam grzebać po szafkach w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Po chwili obok mnie pojawił się Nathan.
- Wieczorem jest impreza - powiedział nawet na mnie nie patrząc.
- A to niespodzianka... - mruknęłam. - Ale nie będę marudzić, to wasz dom, róbcie, co chcecie.
- Jules...
- Nic nie mów, jesteście tu, żeby pracować, upijanie się i zasypianie na schodach najwidoczniej pomaga wam w pracy, więc nie będę wam przeszkadzać - powiedziałam zabierając zrobioną w międzyczasie sałatkę i przenosząc się na kanapę.
- Długo jeszcze będziesz się tak zachowywać? - spytał stojąc na schodach.
- Dopóki będzie tu panować seksistowska, szowinistyczna monarchia - odparłam z pełną buzią.
- Świetnie - mruknął pod nosem i poszedł na górę.


Jeśli trzy razy pod rząd przegrywam z Tomem w piłkarzyki, jest to znak, że czas iść do łóżka i że ilość alkoholu pita z Nathanem w ukryciu jest zbyt duża. Bez słowa poszłam na górę i tak, jak stałam, położyłam się do łóżka. Już prawie spałam... ale jednak nie. Siku. Zwlekłam się, wyszłam z pokoju i skręciłam do łazienki. Otworzyłam drzwi i wtedy...
- O Jezu! - krzyknęłam i jeszcze szybciej je zamknęłam. Dwa głębokie wdechy.
Chwila, to ja jestem u siebie w domu. No, tak jakby. A ta parka zabawiająca się w środku, to goście, których na dodatek nie powinno być na piętrze. Otworzyłam z powrotem drzwi.
- Wypad - powiedziałam.
Nic, zero wstydu, byli bardziej rozbawieni niż zażenowani całą tą sytuacją.
- Spieprzać mi stąd, ale już! - krzyknęłam, bo niezbyt im się spieszyło.
Wyszli, ja weszłam do środka i trzasnęłam drzwiami. Ludzie nie mają wstydu. Za grosz. Załatwiłam, co miałam załatwić i wyszłam. Zauważyłam, że drzwi od pokoju Sivy i Nareeshy są otwarte i wyraźnie słyszałam chłopaka. Podeszłam bliżej, zobaczyć, co się dzieje i wtedy wyszła stamtąd dziewczyna.
- Emm.. Seev? - powiedziałam głośno.
- Weszła do naszego pokoju - odpowiedział z niedowierzaniem.
- Co? - zajrzałam do środka, paliła się lampka koło łóżka, wyraźnie zaspana Nareesha przecierała oczy i próbowała ogarnąć sytuację.
- Śpimy już, przebudzam się, patrzę, stoi przed nami jakaś dziewczyna - powiedział Siva.
- Co?! - wytrzeszczyłam oczy. - No nieźle... Ja właśnie wygoniłam z łazienki zabawiającą się parkę. Znaczy... parkę - prychnęłam. - Dzisiaj po południu pewnie jeszcze się nie znali.
- To wymyka się spod kontroli - mruknęła Nareesha.
- Kto siedział dzisiaj pół dnia z telefonem i zwoływał ludzi? - spytałam retorycznie. - Max. To jego goście, on powinien trzymać ich w ryzach i właśnie teraz za to zgarnie - obróciłam się na pięcie do wyjścia.
- Nie! - powiedzieli jednocześnie Seev i Nare.
Spojrzałam na nich zdziwiona.
- Na trzeźwo nie rozumie, że codzienne imprezy męczą, po pijaku tym bardziej do niego nie dotrzesz - powiedziała dziewczyna.
- Świetnie, czyli załatwię to rano - odetchnęłam. - Dobranoc, przekręćcie zamek w drzwiach - ruszyłam do wyjścia.
Zamierzałam iść za własną radą i przekręcić zamek w drzwiach od swojej sypialni, bo nie wiadomo, co dzisiaj się jeszcze może się wydarzyć. Problemem był Nathan. Przejechałam palcem wokół oczu, żeby pozbyć się okruszonej maskary, wróciłam do pokoju, założyłam bluzę i ruszyłam na dół. Stanęłam w połowie schodów i wypatrywałam Nathana. Znalazłam go obok stołu do ping ponga. A raczej do beer ponga.
- O cześć - powiedział rozchichotany od ucha do ucha. - Myślałem, że poszłaś już spać.
- Właśnie idę i zamykam drzwi od środka.
- Co, ale jak? - zaśmiał się. - Przecież ja jestem tutaj.
- Dlatego przyszłam. Idziesz do łóżka, czy zostajesz tu?
- Hmm, do łóżka? - objął mnie w pasie.
- Nathan, jestem zmęczona - odsunęłam się. - Zamykam drzwi.
- Po co? Jakoś odkąd tu jesteśmy ani razu nie zamknęliśmy drzwi na klucz. No, może kilka - dodał po namyśle.
- Ale dzisiaj po piętrze pałętają się ludzie - powiedziałam tracąc powoli cierpliwość.
- Oj, Jules, wyolbrzymiasz - wywrócił oczami.
- Idziesz czy nie? - spytałam. W odpowiedzi Nathan znowu wywrócił oczami. - To śpisz na kanapie - obróciłam się na pięcie i ruszyłam na górę. - Nie będę kuźwa siedziała i czekała, aż ktoś mi się wjebie do sypialni, bo ten musi się nachlać - powiedziałam pod nosem, tym razem po polsku, bo chociaż w domu wciąż były kamery i pewnie to nagrały, to nie wmontują mojego polskiego bełkotu do programu.
Weszłam do pokoju, zamknęłam drzwi na zamek, ściągnęłam bluzę i położyłam się do łóżka.

Obudziłam się stosunkowo późno, biorąc pod uwagę, że poszłam spać o wiele wcześniej niż inni w tym domu, co wcale nie oznacza, że było to wcześnie, bo 1:30 to nie chwila po dobranocce. Poszłam do łazienki, wzięłam prysznic, wysuszyłam włosy, pomalowałam się i ubrałam i wtedy zeszłam na dół schodami prowadzącymi do kuchni, nie salonu. A tam zastałam Nathana z butelką wody rozwalonego na blacie jak Rosja na mapie. I kamery.
- Gdzie spałeś? - spytałam od niechcenia, otwierając lodówkę.
- U Jaya.
- Wheey, Jaythan - powiedziałam wsadzając tosty z serem do opiekacza.
- Powiesz mi, co ci strzeliło z tym zamykaniem drzwi? - zapytał.
- Powiem. Ale przy wszystkich.
- Powiedz mi teraz, będę udawał, że nic nie słyszałem.
Westchnęłam głęboko.
- Trzy osoby kręciły się wczoraj po piętrze. Wyrzuciłam z łazienki zabawiającą się parkę, która nawet nie była zawstydzona, ani nic, tym że ich przyłapałam. Każdy może sobie wejść do każdego pokoju, bo ludzie mają generalnie w nosie, co się do nich mówi na wejściu. A ja byłam tam praktycznie sama, bo Siva i Nareesha mają pokój po drugiej stronie korytarza. Więc tak, bałam się, że ktoś wlezie mi do sypialni...
W tym momencie opiekacz zasyczał, czas wyjąć tosty. Obróciłam się tyłem do Nathana i sięgnęłam po talerz.
- Ej... - podszedł do mnie od tyłu i pocałował mnie w bark.
- Ale ty byłeś tak zajęty balowaniem, że miałeś mnie gdzieś - powiedziałam.
- Przepraszam - obrócił mnie przodem do siebie. - Ale gdybyś powiedziała prosto z mostu, o co chodzi, poszedłbym z tobą. Nie musiałbym słuchać chrapania Jaya.
Zaśmiałam się.
- Dobra, już dobrze - uśmiechnęłam się, usiadłam przy blacie i zaczęłam jeść.
Skończyłam, wsadziłam talerz do zmywarki i w bojowym nastroju ruszyłam do salonu.
- Zaczyna się - mruknął Nathan i poszedł za mną.
- Cześć wszystkim - powiedziałam wesoło, po czym podeszłam do Maxa i zdzieliłam go po głowie.
- Ała, za co?
- Za jajco! Mógłbyś na następnej imprezie, czyli dzisiejszej zapewne, trzymać swoich gości w ryzach? - spytałam.
- O co ci chodzi?
- Wczoraj z łazienki NA GÓRZE wygoniłam zabawiającą się parkę.
Tom, nie wiem w sumie czemu, zaczął rechotać jak głupi.
- Jules, jasne rozumiem, to niekomfortowe, ale przecież nie zabawiali się w twoim pokoju - Max chyba dalej był pijany.
- Nie chodzi o to, w którym pomieszczeniu to robili, tylko o to, że na górze. Wspólnie uzgodniliśmy, że piętro jest wyłączone z imprez, zamknięte dla gości, więc pilnuj swoich gości, bo chciałabym czuć się bezpiecznie, kiedy kładę się spać.
- Max, ona ma trochę racji - powiedział Jay.
- Bzykalnia w łazience cię nie rusza? Dobra. Siva, Nareesha, może opowiecie, co przydarzyło się wczoraj w nocy? - założyłam ręce z, jeszcze ukrywaną, satysfakcją.
- Koło drugiej w nocy jakaś dziewczyna była w naszym pokoju i po prostu... stała nad nami - powiedział Seev.
- Co!? - powiedział Nathan.
- To było straszne. Ja obudziłam się chwilę później, ale Siva otworzył oczy i BAM po prostu stała - dodała Naree.
- To było dziwne.
- Ale... wiecie, to nie tak, że ona była ze mną, była... częścią grupy - wydukał Max.
Nareesha wyglądała, jakby chciała spytać "Żartujesz sobie?", a Jay prychnął pod nosem.
- W tym momencie Maxowi George'owi brakuje języka w gębie - skwitowała Kelsey.
- Dokładnie - mruknęłam.
- Musimy bardziej zwracać uwagę na to, kogo wpuszczamy do domu - powiedziała Kels.
- Ona mogła ukraść absolutnie wszystko. Laptopy, telefony, moje próbki, prototypy, rzeczy, których nie mogłabym zastąpić - dodała Nareesha.
- Max, ty też musisz uważać. Też masz tu swoje rzeczy, ciuchy, laptopa. Ktoś może wejść do twojego pokoju, na komputerze masz swoje nagrane piosenki, ktoś może je najzwyklej w świecie sprzedać - dodała blondynka.
- To normalne, że olewamy sobie hałas i tak dalej, ale kiedy ludzie plączą się po naszych pokojach, to jest... chore - powiedział Nathan.
- Ta - powiedzieli, jednocześnie Max i Tom.
- Ale oczywiście, my nie musimy tu mieszkać. Nareesha, reflektujesz przeniesienie się ze mną do hotelu? - spytałam.
- Ej, dobra, nie wygłupiajcie się - powiedział Max. - Myślałem, że mam wszystko pod kontrolą, ale jak widać tak nie jest i przepraszam was za to. Dziewczyny też tu mieszkają i powinny czuć się bezpiecznie, a tak nie było. Co powiecie na... - zawahał się - tydzień bez imprez?
- Alleluja! - uniosłam ręce do góry.
Max podszedł i przytulił po kolei mnie, Nareeshę i Kelsey. Z uścisków wyrwał nas telefon Nathana.
- Hej, Scoot - odebrał.
- Powiedz mu, że jacuzzi znowu się zatkało - powiedział cicho Max, ale Nathan zbył go ręką.
- Ej, jak tylko przyjechaliśmy tutaj, mówiłem o tym... Nie ma wtedy występów, więc w czym problem?... Myślę, że da się to odpowiednio zmontować... Nie interesuje mnie to, osiemnastego lecę do Londynu - powiedział i rzucił telefon na blat, a ja już wiedziałam, o co chodzi.
- Niech zgadnę - zaczęłam - wasze niezwykle ważne zobowiązania, jak psucie jacuzzi nie pozwalają Ci polecieć na dwa dni do Londynu.
Aż żałowałam, że nie założyłam się z nikim o to, że Scooter będzie robił problemy.
- To nieważne, tak czy siak będę z tobą w tym sądzie, czy to się komuś podoba, czy nie - zapewnił.

Dwa dni później wszyscy rozwaleni na kanapach oglądaliśmy film, kiedy do domu wparował Scooter niosący "wspaniałe" wieści.
- Umówiłem was z Hectorem - ogłosił bez zbędnych wstępów typu "Cześć, jak leci?".
- Cooo? - spytał zszokowany Tom. - Przecież ma zapełniony grafik na kilka miesięcy do przodu.
Hector jest chyba jakąś szychą w przemyśle, bo kilka razy obiło mi się jego imię o uszy i to raczej w superlatywach.
- Tak, to prawda, ale trochę pokombinowaliśmy i udało nam się wyciągnąć dwa dni dla was - powiedział dumny.
- Świetnie! Kiedy? - spytał zadowolony Nathan.
- Dwudziesty, dwudziesty pierwszy marca.
Zadowolenie momentalnie zeszło z jego twarzy, a ja znieruchomiałam z niedowierzania.
- Nie wierzę - mruknęłam pod nosem, kręcąc przecząco głową. Nathan pogładził moją dłoń.
Pozostali, oprócz Scootera ofkors, szybko zrozumieli moją reakcję i zapadła niezręczna cisza.
- O co chodzi?
- Dwudziestego Jules ma zeznawać w Londynie - powiedział Jay.
- Nie żeby nie było o tym wiadomo od jakiegoś miesiąca - mruknęłam z przekąsem.
- Przysięgam na własną matkę, że zapomniałem o tym - zarzekał się Scooter.
- Nie mieszaj w to swojej matki, jestem pewna, że jest bardzo miłą kobietą - powiedziałam wstając z kanapy.
- A ja jestem całkiem pewny, że to że Nath nie może polecieć z Tobą, nie jest aż taką tragedią, chyba trafisz z lotniska do sądu - odszczekał.
- Nie chodzi o moją zdolność trafienia do sądu, tylko o czystą złośliwość z Twojej strony powiązaną z chęcią zatrzymania Nathana w LA za wszelką cenę - powiedziałam wchodząc po schodach.
Po co nam wskazówki, jak zrobić fałszywe kłótnie, kiedy te realne wychodzą całkiem nieźle.
- Jules - zawołał Nathan przepraszającym tonem.
- To nie twoja wina, Nath - powiedziałam.
- I tak pojadę do Londynu.
Z powrotem zeszłam ze schodów.
- Nathan... - zamierzałam mu powiedzieć, że nie musi, bo wiem, jak ważne jest dla niego nagranie tego albumu, że bardzo chce być częścią tego procesu. Ale przerwał mi Scooter, czy ten człowiek nigdy nie milknie?!
- Nathan, wiesz, ile wysiłku sprawiło mi ustawienie was z Hectorem?! - powiedział obrażonym tonem.
- Chłopaki mogą równie dobrze pracować z nim w czwórkę - stwierdził Sykes.
- Będzie produkować nowe piosenki - kontynuował Braun.
- Oni będą - upierał się Nathan. - Ja po prostu dogram swoje części kiedy indziej.
- Nie - przerwałam tę wymianę zdań.
Wszyscy spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
- Ale Jules...
- Nie - powtórzyłam. - Wiem, jak ważne jest dla ciebie nagranie nowego albumu i jak bardzo chcesz uczestniczyć w procesie tworzenia, pracować z producentami i tak dalej.
- Ale potrzebujesz mnie w Londynie.
- Tak - przyznałam - potrzebuję. Ale wiem, kiedy należy ustąpić - spojrzałam znacząco na Scootera. - Dlatego zostaniesz w LA i odwalisz kawał dobrej roboty - uśmiechnęłam się lekko.
- Dzięki, Jules - powiedział Scooter.
- Nie zrobiłam tego dla ciebie - odwróciłam się na pięcie i poszłam na górę.



Heeeeej :D Jest tu ktoś jeszcze?
Grubo ponad rok po zawieszeniu bloga, coś mnie tknęło, żeby zajrzeć tu na chwilę. Coś, dobra, nie coś, tylko "Kiss Me Quick" Nathana, które wyskoczyło mi w propozycjach na YT, posłuchałam i.. WOW! I Nathan w teledysku słodki jak zawsze <3

Pewnie wszyscy już zapomnieli o moim małym opowiadanku, ale że sporą część tego rozdziału miałam napisaną już zanim zawiesiłam bloga, stwierdziłam "dlaczego nie". 
I nie wiem, jak długo to potrwa,  nie wiem, ile rozdziałów będę w stanie napisać zanim wrócę na studia, nie wiem czy od października będę w stanie pisać, bo powinnam zająć się raczej pracą licencjacką, ale... zobaczymy. Teraz mam na to ochotę i nawet jeśli nikogo z Was już tu nie i nikt tu nie zaglądnie, myślę, że i tak wrzucę kilka rozdziałów ;)