wtorek, 18 lutego 2014

77. Nie bądź cipą. + L. Awards

Liebster Awards wróciło do mnie jak bumerang, więc lecim z tym koksem. Przejrzałam komentarze, wydaje mi się, że żadna nominacja mi nie umknęła, ale głowy nie daję.

Pierwsza od San, którą sama sobie wzięłam z jej bloga. 

1.Czy żyjesz w taki sposób, w jaki rzeczywiście chciałabyś żyć ?
Raczej średnio
2.Przeszłość, teraźniejszość czy przyszłość ?
Przyszłość
3. Czego najczęściej zazdrościsz u innych osób ?
Dobrze układających się włosów i ładnego kształtu paznokci (wiem, płytkie xd)
4. Gdybyś miała do wyboru - w jakim kraju chciałabyś się urodzić i zostać wychowana ?
Gdzieś gdzie jest ciepło przez cały rok.
5. Czy kiedykolwiek powiedziałaś komuś coś, czego teraz z perspektywy czasu żałujesz ?Jeśli tak, to co to takiego było ?
Tak, ale nie powiem, co to było, bo z perspektywy czasu będę żałować ;)
6. Szczęście czy mądrość ?
Szczęście
7. Niewinność czy szaleństwo ?
Niewinne szaleństwo ;)
8. Najgorsza, raniąca prawda czy najlepsze kłamstwo pozwalające żyć w niewiedzy, ale i w komforcie ?
Zależy od sytuacji.
9. Co zmieniłabyś w swoim wyglądzie ?
Zęby (ale po aparat się wybieram) i wolałabym być niższa.
10. Do czego najbardziej szalonego byłabyś w stanie się posunąć, żeby spotkać się twarzą w twarz na prywatną rozmowę z którymś chłopakiem z The Wanted ?
Zrzuciłabym cię ze Sky Towera :P (Wiesz, że żartuję, prawda?)
11. Który ze zmysłów ( wzrok, słuch, dotyk, węch itd. ... ) mogłabyś "oddać", bo wydawałby ci się najmniej potrzebny ? 
Węch

Następna nominacja od Basi Kicińskiej:

1.Jesteś wierną fanką TW (bądź innego zespołu/piosenkarza/piosenkarki), czy po prostu lubisz słuchać ich muzyki?
Fanką, ale nie zaślepioną.
2. Jaki masz kolor oczu?
Niebieskie.
3. Masz jakieś zwierzęta?
Nie.
4. Jakie jest twoje hobby?
Ja wiem czy mam jakieś hobby... Lubię po prostu czytać książki... O wiem! Na wykładach moim hobby są krzyżówki :P.
5. ulubiona książka?
Nie potrafię wybrać jednej.
6. Skąd się biorą pomysły na twojego bloga?
Z głowy, z życia, z komentarzy.
7. Jesteś osoba zabawną czy raczej ponurą?
Raczej zabawną.
8.Masz jakieś zwierzę?
Nie.
9.Ile blogów piszesz?
Dwa.
10.Masz rodzeństwo?
Tak, brata.

I, jak mówi moja ulubiona youtuberka, last but not least, Alexandra:
1. Która piosenka z WOM podoba ci się najbardziej ?
Demons, In The Middle, Only You i Show Me Love.
2. Do którego swojego wieku chciałabyś się wrócić ?
6 lat. 
3. Którą stację radiową najchetniej słuchasz ?
Nie słucham radia raczej, a jeśli już to RMF FM, bo był ustawiony w radio, jak już wprowadziłam się do mieszkania i tak zostało.
4. Psy vs koty ?
PSY!
5. Jaki rodzaj filmów preferujesz ?
Komedie.
6. Za co cenisz każdego z chłopaków ?
Siva - za to, że traktuje Nareeshę, tak jak sama chciałabym być traktowana przez chłopaka. 
Nathan - bo jest kochany, sarkastyczny i obserwuje mnie na twitterze. (Żartuję. Znaczy, obserwuje mnie, ale nie dlatego go cenię :P).
Max - jest zabawny, kochany i chciałabym, żeby pobawił się moimi uszami, jak to ma w zwyczaju robić wszystkim. 
Tom - bo jest tym, który najbardziej troszczy się o fanów.
Jay - jest jedyny w swoim rodzaju.
7. Którego bloga o TW zaczęłaś czytać jako pierwszego ?
Ojej, już go nie ma z tego co wiem i nie pamiętam linka. 
8. Którym sportom kibicujesz najbardziej ?
Skoki narciarskie.
9. Mieszkasz w domu czy w bloku ?
Blok.
10. Najlpeszy Wanted Wednesday to ten , w którym...
byli w Argentynie i "#Ondo".

11. Hit 2013 roku to...
Ojj, nie wiem... 

Teraz pora na moją część, ale ja taktownie i w ciszy ją pominę, bo nie mam siły na wymyślanie pytań :P

A teraz voi la, wyczekiwany rozdział:

Jedenaście godzin w samolocie. Jedenaście. Godzin. W. Samolocie. Siedziałam oparta o okno, oparta o Nathana, oparta o fotel na przeciwko, leżałam z nogami na Nathanie, z nogami na moim fotelu, a tułowiem na Nathanie, oparta głową o okno z nogami pod jego nogami i mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Kiedy w końcu wyszłam z tego samolotu byłam najszczęśliwsza na świecie. Słońce przyjemnie padało na moją twarz i w końcu mogłam wyprostować wszystko na raz na bojąc się, że mogę kogoś niechcący uderzyć. Odebraliśmy bagaże, co przy ilości, którą dysponowaliśmy, zajęło trochę czasu. Kiedy już weszliśmy w posiadanie wszystkich walizek, przeszliśmy do hali przylotów...
- O nie - powiedziałam bezgłośnie i bez mimiki.
Fani. Mnóstwo fanów. Oczywiście, fani są kochani, wspierają Nathana i chłopaków, większość z nich jest miła (niektórzy jednak dalej są święcie przekonani, że nasz związek jest ustawiony i jestem tylko przykrywką. Nie wiem, co przykrywam), ale kolejna godzina na lotnisku jest ponad moje siły.
- Jules, wiesz, jak jest - powiedział Nathan.
- Tak, wiem i rozumiem. Jak znam życie, niektórzy czekają tu dobre kilka godzin i wyjście bez porozmawiania z nimi byłoby zwykłym chamstwem. Więc, dawaj mi ten wózek i idź do nich - odepchnęłam Nathana od koszyka z naszymi walizkami i poszłam gdzieś w bok, obok Nareeshy i Kelsey.
- Padam - powiedziała blondynka.
- Jeszcze chwila i będziemy z hotelu - pocieszyła nas Nare.
No tak, dom jeszcze nie był gotowy, musimy przeczekać parę dni w hotelu. Jak może nie być gotowy?! Producenci programu pewnie wiedzieli, kiedy przylatujemy dużo wcześniej niż ja i nie zdążyli?! Na pewno się nie polubimy. Stałam obok walizek, leżałam na nich, siedziałam na nich, kucałam obok nich i starałam się nie zasnąć. Najgorsze w tym wszystkim było, że dalej uparcie stosowałam moją beznadziejną metodę walki z jet lagiem, czyli chodzę spać tylko i wyłącznie według czasu lokalnego. To nic, że w Londynie była 22:30. Tu zegary wskazywały 14:30 i za nic w świecie nie zamierzałam pójść spać. Kilka metrów dalej dojrzałam mały sklepik. To jest to. Co to za sklepik, w którym nie sprzedają energy drinków?
- Popilnujecie naszych toreb? Zaraz wracam - poprosiłam Nareeshę i Kelsey, z torebki wyciągnęłam tylko portfel.
- Jasne.
Naprawdę próbowałam policzyć w głowie, jak bardzo kupienie napoju w dolarach obciąży moją kartę w funtach doliczając ich dziwne prowizje, ale cóż... nigdy nie byłam orłem z matmy. Wzięłam największą, litrową butelkę i ruszyłam do kasy. Wróciłam do swoich, chłopaki musieli już kończyć z fanami, bo przyjechały auta, żeby zabrać nas do hotelu, gdzie czekała nas następna godzina w recepcji... W końcu dotarliśmy do pokoju. Rzuciłam torebkę na ziemię i padłam na łóżko. Leżałam na wznak i gapiłam się w sufit.
- Jestem wysoce zaszokowany, że pierwszą rzeczą, którą zrobiłaś po wejściu do pokoju, nie było rozpakowywanie walizek - powiedział Nathan kładąc się obok mnie.
- Na dwa dni mi się nie chce - westchnęłam. - Jet lag jest suką - westchnęłam wtulając się w Nathana.
- Wiem coś o tym. Dalej stosujesz swoją dziwną metodę? - spytał.
- Oczywiście. Dlatego nie mogę iść spać przynajmniej przez następne - spojrzałam na zegarek - pięć godzin.
- Wiesz, mogę ci pomóc zagospodarować trochę czasu - mruknął Nathan.
- Tak? - przysunęłam swoją twarz bliżej,  a wtedy Nathan... zaczął mnie łaskotać. - Ała, przestań, wolę przez pięć godzin rozwiązywać krzyżówki - mówiłam przez śmiech.
On jednak nie zamierzał przestać, czerpał z tego wręcz perwersyjną przyjemność. Zaczęłam więc odpłacać się tym samym. Według Nathana była to pewnie zabawa, według mnie walka o przetrwanie. W szale tej walki poczułam ukłucie na ręce.
- Auć, auć, stop! - krzyknęłam i zamarłam w bezruchu. Spojrzałam na swoją rękę. - O nie... - jęknęłam.
- Co się stało? - spytał Nathan.
- Pieprzyk mi się rozdrapał - mruknęłam i podeszłam do torebki wyciągnąć chusteczkę, którą przyłożyłam do rany...
- Pokaż to - Nathan podszedł do mnie i odsunął chusteczkę. - Uuu... Wygląda to poważnie.
- Co się robi z rozdrapanymi pieprzykami? - spytałam.
- Mnie się pytasz?
- Masz rację, pójdę do Nareeshy, ona wie wszystko. Który jest ich pokój?
- Drugi po prawo.
Wyszłam z pokoju i poszłam do Sivy i Nareeshy. Zapukałam do drzwi, po chwili dziewczyna otworzyła.
- Co tam, Jules? - spytała wpuszczając mnie do środka.
- Zastanawiałam się, czy wiesz może, co zrobić z tym? - odsłoniłam rozdrapanego pieprzyka.
- Uła... Nie jestem lekarzem, ale każdy wie, że takie rzeczy trzeba szybko wyciąć.
- Więc czeka mnie noc na izbie przyjęć... - westchnęłam.
- Chodzi o twoje zdrowie.
- Tak, wiem. No nic, dzięki, powiem Nathanowi, żeby zorganizował transport - uśmiechnęłam się i wróciłam do siebie.
- I co? - spytał Nathan.
- Dzwoń do Nano, muszę jechać z tym do chirurga - oznajmiłam.
- Jasne, daj mi chwilę - Nath wyciągnął telefon z kieszeni i zaczął dzwonić.
Po pół godzinie przyjechał po nas samochód przysłany przez Nano. Krwawienie do tej pory ustało, ale Nareesha, która przyszła sprawdzić, co z moją ręką, zapewniła, że muszę to wyciąć.
Po jechaliśmy do szpitala, w izbie przyjęć wypełniłam z pomocą Nathana jakieś papiery i czekałam. Siedzieliśmy tam dobrą godzinę.
- Nathan... Możemy być jutro sami? - spytałam.
- A co będziemy robić? - poruszał brwiami.
- Nie to co myślisz - wywróciłam oczami. - Po prostu chciałabym spędzać czas we dwójkę. Tylko ty i ja.
- Jul, cały czas jesteśmy razem.
- Tak, a razem z nami Tom, Max, Jay, Siva, Kelsey, Nareesha, Kevin, Nano... - wymieniałam. - Jesteśmy jedną zgraną paczką, jak rodzina i kocham to, ale ja i ty jesteśmy parą i chciałabym...
- Julia Miller - pielegniarka wyczytała moje imię.
- Dokończymy potem - powiedziałam i ruszyliśmy za pielęgniarka, która w pokoju znowu kazała nam czekać tym razem na lekarza, który przyszedł na tyle szybko, że nie zdążyłam zacząć rozmowy od nowa.
- Co my tu mamy? - spytał, kiedy odsłaniałam pieprzyka. - No tak, niestety bez cięcia się nie obejdzie. Jest pani na coś uczulona?
- Nie - pokręciłam głową.
- Dobrze. Będzie to przebiegało tak. Wstrzyknę pani punktowe znieczulenie, poczekamy aż zacznie działać, wytnę pieprzyk z marginesem zdrowej skóry, który wyślę też do badania, takie procedury, zaszyję rankę, przepiszę pani maść na zabliźnianie i za tydzień wróci pani na zdjęcie szwów. Wszystko jasne?
- Tak - pokiwałam.
- Proszę chwileczkę poczekać, zaraz zaczniemy.
Lekarz wyszedł, zostaliśmy sami.
- Chyba się boję, czy coś - stwierdziłam.
- Ostatnio wielu rzeczy się boisz - zaśmiał się Nathan.7
- Serio? Serio? Miałeś kiedyś coś wycinane?
- Guzki na strunach głosowych?
- Dobra, tu mnie masz - jakoś zapomniałam o jego operacji. - Przez dziewiętnaście lat życia nie miałam żadnej operacji, a odkąd zadaję się z tobą, bam, w sierpniu wyrostek, w lutym pieprzyk.
- Więc to moja wina?
- Właśnie to powiedziałam.
- Poczekaj, aż zdejmą ci szwy. Wtedy nic cię nie uratuje przed łaskotaniem - pogroził mi palcem. 
Naszą żartobliwą naturalnie wymianę zdań, przerwał lekarz, który wrócił do gabinetu. 
O rany, to miało być tylko punktowe znieczulenie, po co mu taka wielka igła?! Nathan zobaczył mój grymas na twarzy, bo powstrzymywał się od śmiechu, za co zgromiłam go spojrzeniem. Już niedługo bardzo pożałował swojego śmiechu, bo w momencie, jak lekarz wbił igłę w moją rękę, ja zamknęłam oczy, złapałam Natha nad ręką i im więcej znieczulenia wnikało w mój organizm, tym mocniej wbijałam paznokcie.
- Auć - powiedział cichutko, że ja ledwie mogłam go usłyszeć, lekarz nie miał szans.
Czekając aż znieczulenie zacznie działać, lekarz przygotował sobie narzędzia, a ja z pewnością robiłam się coraz bledsza.
- No to zaczynamy - powiedział doktor, z pewnością chciał dodać mi otuchy, ale jakoś nie wyszło.
Błądziłam wzrokiem po ścianach, nuciłam sobie w głowie piosenki, wszystko, byle tylko nawet przez ułamek sekundy nie spojrzeć na "operowaną" rękę, nie bolało, po prostu czułam cięcie na swojej skórze i już to przyprawiało mnie o mdłości.
Rany, co się ze mną dzieje, nigdy nie byłam jedną z tych, które mdleją na widok krwi czy igieł, a tu co... Zcipiałam przy tym Nathanie. Zaśpiewałam sobie w głowie dwie piosenki błądząc wzrokiem po suficie, w końcu lekarz powiedział przykładając mi opatrunek na rękę:
- Zrobione. Naturalnie ręką może boleć przez kilka dni, zwłaszcza dzisiaj, więc zalecam środki przeciwbólowe i po prostu uważać na tę rękę.
- Jasne, dziękuję bardzo - podziękowałam z uśmiechem i poderwałam się z fotela.
- Radzę też posiedzieć kilka minut w poczekalni i nie przebywać przynajmniej dzisiaj i jutro zbyt wiele na słońcu - dodał.
- Spoko, dziękuję i do widzenia - wyszłam z Nathanem z gabinetu i posłusznie usiadłam w poczekalni.
Sprawdziłam telefon, dwudziesta, zbyt wiele słońca to już dzisiaj mnie nie spotka, poprawiłam usta błyszczykiem, a Nathan praktycznie przytknął mi swoją rękę do twarzy.
- Wow, fajna ręka, masz pożyczyć jedną? - spytałam nie wiedząc o co mu chodzi.
- Tu! - pokazał mi palcem.
- Ja tam cierpiałam, a ty mi wypominasz, że wbijam ci lekko paznokcie w rękę?! - powiedział z, jak zwykle, udawanym wyrzutem.
- Lekko? Twoje szwy będą zdjęte szybciej niż to zejdzie - stwierdził.
- Oj, nie bądź cipa - poklepałam go po ramieniu.
- Przepraszam... - nagle przed nami wyrósł człowiek. Na oko nastoletni człowiek płci żeńskiej.
- Tak? - spytał Nathan.
- Jestem wielką fanką The Wanted, mogłabym prosić o zdjęcie? - spytała nieśmiało dziewczyna.
- Jasne - nawet, kiedy człowiek myślał, że Nathan nie mógłby być jeszcze bardziej szczęśliwy, jeśli podchodzi do niego fanka, uśmiecha się jeszcze szerzej.
- Jules, jesteś taka ładna...
- Dziękuję, ty też, masz piękne włosy - uśmiechnęłam się. - Zrobić wam zdjęcie?
- Mogłabyś? Dziękuję - fanka podała mi telefon, szybko cyknęłam fotkę. - Mogłabym jeszcze z tobą?
- Jasne.
Dziewczyna usiadła obok mnie, tym razem Nathan zabawił się w fotografa, chwilę też porozmawialiśmy z nią, zanim Nath dostał wiadomość, że auto czeka pod szpitalem. Pojechaliśmy prosto do hotelu i dosłownie ledwie zamknęliśmy drzwi, kiedy rozległo się pukanie i do środka weszli dosłownie wszyscy.
- Co z twoją ręką? - spytali prawie równocześnie.
Odsłoniłam opatrunek, co powinnam w zasadzie zrobić już jakiś czas temu.
- Taadam! Nic wielkiego - wzruszyłam ramionami.
- Nic wielkiego?  - krzyknął Nathan. - Prawie zrobiłaś mi dziurę w ręce paznokciami.
- Już ci mówiłam, nie bądź cipą - powiedziałam, na co wszyscy kulturalnie stłumili śmiech. Wszyscy oprócz Toma. On nie ma oporów przed wybuchnięciem śmiechem i można go za to kochać albo nienawidzić.
- Więc zgaduję, że, przynajmniej Jules, nie dołączy się na nielegalne w jej przypadku picie alkoholu? - spytał Jay.
- Nic z tego, zaraz naćpam się tabletkami i pójdę spać - spasowałam. - Ale Nathan jak chce, to proszę bardzo.
- Nie, ja też chyba spasuję - stwierdził Nathan. - Ja zasypiam na stojąco, nie wiem, co wy bierzecie, że jeszcze macie siłę chlać po kątach.
- Po kątach to tylko ty tutaj chlasz - powiedział Max. - Dobra, zostawmy ich, są śpiący na pewno.
Tym sposobem znowu zostaliśmy sami.
- Idę się umyć - wzięłam kosmetyczkę z walizki i poszłam do łazienki. Po trzech sekundach wróciłam. - Nathan... Czy masz pomysł jak mam umyć głowę nie mocząc przy tym ręki zbyt mocno?
Przez minutę nie odpowiedział silnie się nad czymś zastanawiając, po czym bez słowa zaczął grzebać w szufladach, aż z jednej wyciągnął taśmę klejącą, po chwili, nie wiem skąd, wziął reklamówkę jednorazówkę.
- Wyskakuj z bluzki - powiedział dalej szukając czegoś po szulfadach.
- Wow, jak romantycznie - mruknęłam, ale koszulkę zdjęłam, bo widziałam, że miał plan.
- Wystaw rękę - powiedział z nożyczkami w ustach.
Owinął jednorazówkę wokół mojej rany i szczelnie, przynajmniej mam nadzieję, owinął ją taśmą miodową.
- Nie gwarantuję, że jest szczelne, więc po prostu nie mocz ręki za bardzo - powiedział wyraźnie z siebie zadowolony.
- Wow, dzięki MacGyver - uśmiechnęłam się i wróciłam do łazienki.
Jeszcze nigdy mycie głowy nie kosztowało mnie tyle bólu, cierpienia i ostrożności. Masakra. Zawsze wychodziłam z łazienki zadowolona i odświeżona, a tym razem czułam się, jakbym stoczyła walkę na ringu. Przebrałam się w piżamę, zdjęłam w ręki reklamówkę, umyłam zęby i wróciłam do Nathana.
- Jakby się paliło, to wynieś mnie razem z łóżkiem - powiedziałam wsuwając się pod kołdrę.
- A czy zanim zapadniesz w sen wieczny, możemy dokończyć to, o czym rozmawialiśmy w poczekalni? - spytał siadając obok.
- Właśnie! - szybko podniosłam się do siadu. - Na czym skończyłam...
- Nie ważne na czym skończyłaś, ważne, że zrozumiałem sens.
- Więc? - spojrzałam na niego z nadzieją na odpowiedź w stylu "Tak, możemy jutro zamknąć się w pokoju, będziesz cały dzień leżała z ręką w łóżku, a ja będę się tobą zajmował".
Nath złapał moją dłoń, spoko, już wiem, że nic dobrego to nie wróży.
- Wiesz, że chcę i gdybym mógł, zostałbym z tobą, ale mamy na jutro zamówione studio, żeby nagrać parę piosenek.
- Jasne, rozumiem - pokiwałam głową ze spuszczonym wzrokiem.
- Proszę, nie rób tej minki - powiedział opierając swoje czoło o moje. - Może i zostawię cię jutro, ale obiecuję, że nie pożałujesz.
- Okej - uśmiechnęłam się lekko i z powrotem się położyłam.

Pospałam i to porządnie, kiedy rano się obudziłam... Było południe. Wow, czternaście godzin, ja to mam spanie. Zwlekłam się z łóżka w poszukiwaniu mojego telefonu, ale szybciej niż komórkę znalazłam ból na swojej ręce.
- Tabletki, tabletki, gdzie ja mam tabletki... - pytałam samą siebie.
Dupa, nie tabletki, najpierw trzeba coś zjeść. Wzięłam hotelowy telefon, zamówiłam śniadanie do pokoju, po czym znowu zabrałam się za szukanie komórki. Gdybym była bardziej przytomna pewnie szybciej wpadłabym na to, że jest w torebce.
Jedna nieprzeczytana wiadomość od Nathana.

Jutro przenosimy się do domu :)

I nadszedł ten moment, kiedy nie wiedziałam, czy powinnam się cieszyć, czy bać...


Hej, hej, hej :)
Miałam dodać rozdział wczoraj, ale zapisy na wf zajmują wbrew pozorom bardzo dużo czasu :(
Przepraszam też, że rozdział jest taki krótki, ale nie chcę zaczynać nowego wątku związanego z przeprowadzką do domu w tym rozdziale, bo potem musiałabym go jeszcze trochę ciągnąć.
Poza tym miota mną też wiele sprzecznych emocji związanych z okładką "Glow In The Dark". Jeśli ktoś jeszcze jej nie widział, oto ona:
Jeśli ktoś jeszcze by się nie domyślił, jest to dokładnie okładka podstawowej wersji "Word Of Mouth", tyle, że zmieniona dosłownie jednym kliknięciem w Photoshopie, na twitterze ktoś nawet to udowodnił otwierając to właśnie w Photoshopie. No cóż, jak na ostatni singiel, miejmy nadzieję ostatni na razie, powinniśmy dostać coś lepszego. Zasługujemy na coś lepszego. Ale jak widać, chłopcy albo chcą po prostu odbębnić ten singiel, ale nie mają już siły postawić się Scooterowi. Szkoda. 

wtorek, 11 lutego 2014

76. Ja, ty i kamera.

- Jules... Wstawaj.
- Hmm? - mruknęłam leniwie. 
- Wstawaj - powtórzył cicho Nathan. - Tylko nie rzucaj się za bardzo. 
Z ciekawości otworzyłam jedno oko. Nath trzymał wielki kubek.
- Co to? I dla kogo? - spytałam.
- Dla ciebie - wyciągnął bliżej mnie.
Podsunęłam się do siedzenia. W kubku było kakao z bitą śmietaną i piankami, już miałam uśmiechnąć się w zachwycie, ale najpierw:
- Nareesha dzisiaj tu nocowała?
- Nie - odpowiedział zdezorientowany Nathan.
- Czyli zrobiłeś to sam - uśmiechnęłam się. - Z jakiej to okazji? Za twoje matkowanie mi wczoraj w nocy?
- Może trochę.
- Mniejsza z tym, wybaczam - pocałowałam go w policzek i wzięłam od niego kubek. - Ale miałeś rację. Nie rzucę tej pracy, bo jej potrzebuję. Ale nie pisnę im ani słówka - zastrzegłam z palcem w górze.
- No, mądra dziewczynka - pogłaskał mnie po włosach. 
- Powiem ci - powiedziałam po pierwszym łyku - umiesz coraz lepiej gotować. 
- Tak! W końcu zostałem pochwalony za moje umiejętności kulinarne.
- Nie przyzwyczajaj się - poklepałam go po plecach. - Hmm - zamyśliłam się.
- Co?
- W co ja się jutro ubiorę...
- O nie, znowu to - Nathan położył się i nakrył głowę poduszką. 

JUTRO
Czym ja się tak stresowałam? Przyjechałam tu tylko podpisać umowę, nikt nie będzie podpinał mnie do wykrywacza kłamstw i wypytywał o sekrety gwiazd. Wjechałam windą na odpowiednie piętro, drzwi od windy jeszcze się nie zamknęły, a nagle znikąd pojawiła się Miranda. 
- Zapraszam - gestem zaprosiła mnie do swojego gabinetu. - Cieszysz się? - spytała z uśmiechem wyciągając dokumenty. 
- Tak, oczywiście - odpowiedziałam.
- Umowa, długopis, proszę - położyła przede mną przedmioty. - Najpierw oczywiście przeczytaj.
- Jasne - zabrałam się za czytanie umowy, wszystko było krystalicznie jasne, żadnych haczyków, aż doszłam do wypłaty. Już lubię tę pracę. 
Przeczytałam całą umowę, wzięłam długopis do ręki, już miałam podpisać, ale... nie no, oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym to po prostu zrobiła i wyszła. 
- Dlaczego dostałam tę pracę? - spytałam ni z gruchy ni z pietruchy. 
- Nasza stylistka mi cię poleciła, poza tym znasz gramatykę pewnie lepiej niż królowa.
- Wiem, jak to jest w dzisiejszym świecie, każdego nazwisko wpisuje się w google, na facebooku, czy twitterze, więc stąd moje pytanie, czy na zatrudnienie mnie miało wpływ nazwisko, z którym moje często idzie w parze w googlach.
- Mówisz o swoim chłopaku?
- Tak. 
- Oczywiście - po tym słowie serce mi zamarło - że cię sprawdziłam, muszę przecież wiedzieć, czy gdzieś po internecie nie krążą twoje zdjęcia z szalonych imprez i tak, wiem, że chodzisz z Nathanem z The Wanted, ale zapewniam cię, że nie dlatego cię zatrudniłam. Takimi kryteriami może sugerują się w "OK!" czy innych plotkarskich szmatławcach, ale to jest "Cosmopolitan", słońce - uśmiechnęła się lekko.
Nie wiem, czemu, ale jej uwierzyłam. Odwzajemniłam uśmiech i podpisałam dwa egzemplarze umowy, jeden dla mnie. 
- Świetnie - Miranda wzięła swój egzemplarz. - Więc jeśli dobrze pamiętam, wyjeżdżasz na trzy miesiące, tak?
- Coś koło tego.
- Wszystkie artykuły będziemy wysyłać ci na maila, najlepiej byłoby, gdybyś odsyłała je z powrotem jak najszybciej, ale wiadomo, czasem może to trochę zająć, dlatego pamiętaj, że deadline to dwudziesty każdego miesiąca. A biurko będzie na ciebie czekało od czerwca - kiwałam głową wchłaniając każde słowo. - I zapomnij o jakimś "pani" w stosunku do kogokolwiek. Mów mi Miranda.
- Okej - uśmiechnęłam się.
- Powoli zaczną do ciebie przychodzić artykuły, nie zdziw się jeśli, będzie to kilka razy ten sam, zawsze jest tak, że czasami coś się doda, coś się odejmie i pamiętaj, dwudziesty marca.
- Będę pamiętać - dwudziesty marca z pewnością, mam tę przeklętą rozprawę.
- Myślę, że to tyle, miłego wyjazdu.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się.
Pożegnałyśmy się i wyszłam. Zjeżdżałam windą na dół i miałam ochotę zacząć skakać z radości, ale z doświadczenia The Wanted wiem, że grozi to zacięciem się windy, więc spasuję. Wyszłam z budynku, skręciłam w kierunku metra, kiedy ktoś zakrył mi oczy dłońmi.
- Zgadnij kto to - usłyszałam znajomy głos.
- Jezus, Nathan przestraszyłeś mnie - powiedziałam odwracając się przodem do niego. 
- Taki był plan - poruszał brwiami. - A jeśli z początku się przeraziłaś, a teraz z ulgą stwierdziłaś, że to tylko ja, to powinnaś była rzucić mi się w ramiona - stwierdził.
- Och już dobra, dobra, no - zarzuciłam mu ręce na szyję i czule go pocałowałam. - Lepiej? - spytałam.
- Lepiej - uśmiechnął się usatysfakcjonowany. - Jak poszło?
- Dobrze - odpowiedziałam.
- Pytałaś o to, czym martwiłaś się przez ostatnie trzy dni?
- Nathan błagam cię, to jest Cosmo, a nie plotkarski szmatławiec, tu patrzą na kwalifikacje, nie na znajomości - powiedziałam z udawaną wyższością.
- Wiesz, wolałem cię, jak byłaś bezrobotna.
- Kłamca, lubisz mnie tak czy siak - pocałowałam go w policzek. - Co ty tu tak w ogóle robisz? - spytałam.
- Śledzę cię.
- Wow, no serio, przeraziłam się - wywróciłam oczami. - A tak serio? 
- Porywam cię na obiad - złapał mnie za rękę i ruszyliśmy do przodu.
- Z jakiej to okazji?
- Czy potrzebuję okazji, żeby zabrać dziewczynę do restauracji?
- No niby nie. Ale! - przystanęłam w miejscu. - To nie jedna z tych mega drogich restauracji, w którym menu jest w innym języków i dostanę więcej widelców niż mamy w całym domu?
- Nie, nie - zaśmiał się. - Znam cię przecież - pocałował mnie we włosy.
Poszliśmy do restauracji, okazała się być bliżej niż się spodziewałam i dopiero, kiedy weszliśmy do środka, doszedł do mnie pewien fakt.
- Hej, tu byliśmy przed świętami - powiedziałam, kiedy Nathan brał ode mnie płaszcz.
- Brawo, Szerlocku - zaśmiał się.
- Co ja jadłam w grudniu... - mruknęłam przeglądając kartę.
- A co to ma za znaczenie? Są trzy strony innych dań.
- Oj, Nath, ale tamto było dobre.
- Wiesz, myślę, że inne dania też są nie najgorsze.
- Ale ja nie chcę innego - powiedziałam tonem obrażonego dziecka. - Ha, znalazłam cię!
- To wspaniałe jak niewiele trzeba ci do szczęścia.
- No pewnie. Ciebie - uśmiechnęłam się.
- Kocham cię, Jules - powiedział Nathan łapiąc mnie za rękę.
- Odpowiedziałabym, ale sekundę temu powiedziałam to w bardziej oryginalny sposób - zarzuciłam włosami i razem zaśmialiśmy się.
- Jules... Nie wiem, gdzie teraz byłbym bez ciebie. Gdyby nie ty, nie wiem, czy dałbym sobie radę, kiedy miałem operację i tak dalej. Ty dawałaś mi siłę do walki, nie pozwalałaś mi się załamać.
- Nie, głuptasie. To, że dałeś sobie radę z tą sytuacją, to tylko twoja zasługa. Bo potrafisz walczyć o rzeczy, na których ci zależy, a muzyka jest dla ciebie wszystkim. Właśnie dlatego nawet przez moment nie pomyślałam, że nie wyjdziesz z tego cało - powiedziałam.
- Obydwoje siebie wspieramy i to jest najważniejsze.
Miał rację. Ja nie pozwalałam mu zapomnieć o tym, co jest dla niego najważniejsze w zeszłym roku, kiedy miał swoje problemy, on walczył o mnie, kiedy ja miałam dosyć samej siebie. Gdyby nie Nathan pewnie do tej pory leżałabym na łóżku i gapiła się w okno albo ścianę.
Zjedliśmy i ruszyli w drogę powrotną do domu, a że spacerkiem zabrałoby to jakieś dwie godziny, wzięliśmy taksówkę.
- Dobrze jest tak spędzić trochę czasu tylko we dwoje - powiedział Nathan
- No pewnie - uśmiechnęłam się. - Zwłaszcza, że teraz będzie nas przynajmniej trójka.
Nathan spojrzał na mnie zszokowany.
- C-c-co? - spytał.
- Ja, ty i kamera?
Nathanowi wrócił oddech.
- Rany, wyglądałeś, jakbyś ducha zobaczył - zaśmiałam się.
- Mało śmieszne - dał mi kuśkańca w bok.
- Mało śmieszne? Wiesz, co jest mało śmieszne? Jak w dupie jesteśmy z pakowaniem, to jest mało śmieszne - stwierdziłam.
- O rany, ty znowu o tym - wywrócił oczami. - Nie możemy po prostu wrzucić do walizek całej zawartości szafy?
- Hm... Pomyślmy. No tak, gruby sweter i polar tak bardzo mi się tam przydadzą.
- Juuuules...
- Nie, nie spakuję twoich rzeczy - krzyżowałam ręce.
- No proszę...
- Nie, tym razem mnie to nie interesuje, nawet nie kiwnę palcem, jeśli o mnie chodzi, możesz chodzić trzy miesiące w jednych gaciach - stwierdziłam. - Nie kiwnę palcem - tym razem zaakcentowałam każde słowo.

NIEDZIELA PO POŁUDNIU
- Nathan, odłóż ten telefon i pomóż mi pakować twoje rzeczy - powiedziałam przez zęby.
- Ale przecież świetnie ci idzie - mruknął nie odrywając wzroku od ekranu.
Zazgrzytałam zębami, chwyciłam wszystkie czapki i podeszłam do okna. Zero reakcji. Otworzyłam okno. Dalej nic. No dobra, trzeba pojechać po bandzie.
- Jedna... Dwie... Trzy... - zaczęłam kolejno wyrzucać je przez okno.
- Co liczysz? - mruknął Nath.
- Twoje czapki, które wyleciały przez okno - powiedziałam, jak gdyby nigdy nic. - Cztery... Pięć...
- Co?! - Sykes zerwał się na równe nogi i podbiegł do okna. - Czyś ty oszalała?! - wyrwał mi resztę czapek i wybiegł z pokoju.
Spokojnie zeszłam do salonu, gdzie Max i Siva oglądali telewizję.
- Tamten gdzie poleciał? - Max kiwnął głową w kierunku drzwi.
- Zbierać swoje czapki - odpowiedziałam siadając na fotelu.
- Czemu się tam znalazły?
- Bo próbowałam oderwać jego uwagę od telefonu.
- Cwana z ciebie bestia - stwierdził Jay.
- A wy co, już spakowani?
- No ba - odpowiedzieli jednocześnie.
Nagle rozległo się trzaśnięcie drzwiami i Nathan specjalnie tupiąc poszedł na górę.
- Chyba się wkurzył.
Drugie trzaśnięcie drzwiami.
- I to jak - powiedziałam średnio przejęta. - Chwila... - uniosłam do góry palec w oczekiwaniu.
Kroki, otwieranie drzwi od pokoju, kroki do schodów, rzut butami pod drzwi wejściowe i powrót do pokoju.
- No, ma szczęście, wczoraj tam sprzątałam.
- Nie zamierzasz tam iść i go udobruchać? - spytał Max.
- Nie, dam mu chwilę, niech się pozłości - machnęłam ręką. - W końcu i tak będę musiałam tam pójść i siąść na walizce, żeby ją domknąć. Tymczasem... - poszłam do kuchni, wzięłam piwo i wróciłam na miejsce.
Spokojnie je wypiłam, pożartowałam z chłopakami i dopiero wtedy poszłam na górę.
Przed wejściem do pokoju poprawiłam stanik i obciągnęłam lekko bluzkę w dół.
- To takie proste, że aż śmieszne - mruknęłam.
Weszłam do środka. Zero reakcji, nawet pół spojrzenia. Stawia opór, okej. Zdjęłam sweter i usiadłam na łóżku.
- Wyrzuciłam cztery, znalazłeś wszystkie? - spytałam beztrosko.
- Ta - mruknął.
- Oh, Nathan, litości, to tylko czapki - wywróciłam oczami.
- Moje czapki.
- Blabla i co zamierzasz nie odzywać się do mnie do końca świata i jeden dzień dłużej? Przypominam ci tylko, że jutro spędzimy 11 godzin w jednym samolocie, a potem trzy miesiące w jednym domu - podeszłam do niego od tyłu i oparłam brodę o jego bark.
Obrócił lekko głowę i spojrzał na mnie kątem oka.
- Popraw sobie bluzkę, widać ci pół stanika.
- Serio? Ups, zdarza się.
Litości, to tylko czapki. Mniej by go obeszło, gdybym samą siebie wyrzuciła przez okno.
- Okej, idę się umyć. Ściągnę tę odsłaniającą mi pół biustu bluzkę, naleję sobie pełną wannę wody z mnóstwem piany - mówiłam zbierając swoje rzeczy po pokoju. - Och, jak już należę się tyle w wannie, potem będę musiała porządnie nasmarować całe ciało balsamem...
- Nie wiem, co kombinujesz, ale nie działa to na mnie, jestem zły.
Zmrużyłam oczy.
- Nie wiem, o czym mówisz. Głodnemu chleb na myśli - mruknęłam i wyszłam do łazienki.
Wcale nie zamierzałam lać sobie pełnej wanny wody, nie miałam na to czasu, ani ochoty, wzięłam szybko prysznic, ale po wyjściu z łazienki nie wróciłam do pokoju, ale zeszłam do kuchni.
- Jak rozmowy pokojowe? - spytał Jay.
- Nathan strzela gorsze fochy niż ja przed okresem - stwierdziłam. - Ale już ja go przywrócę do porządku - powiedziałam stawiając wodę w czajniku.
- Czym go przekupisz?
- Herbatą - to było takie oczywiste.
Zrobiłam ją w tym samym wielkim kubku, w którym kilka dni temu dostałam rano kakao. Wróciłam na górę, weszłam do pokoju i oparłam się o ścianę. Zrobiłam łyka herbaty głośno siorbiąc. Nic. Dobra, zrobimy to inaczej.
- Nathaaaan... - powiedziałam moim głosikiem małego dziecka. - To dla ciebie.
Spojrzał na mnie, na kubek i znowu na mnie.
- Dzięki - zabrał ode mnie kubek i wrócił do pakowania.
- Ugh... Serio?! To herbata na zgodę, tumanie! Z resztą nie wiem, czemu ją robiłam, skoro sam zachowujesz się jak dzieciak.
- Wyrzuciłaś przez okno moje czapki!
- Nie zrobiłam tego z nudów, tylko próbowałam oderwać twój wzrok od ekranu telefonu, na którym grałeś w tą głupią grę, kiedy ja ZNOWU cię pakowałam! - powiedziałam, obróciłam się na pięcie i ruszyłam do wyjścia.
- Hej, hej, hej - złapał mnie za rękę. - Mój plan wypalił w stu procentach, bo wymusiłem na tobie, żebyś zrobiła mi herbatę - powiedział przyciągając mnie do siebie.
- I to mnie Jay nazwał cwaną bestią - szepnęłam z niedowierzaniem.
- To co z tym smarowaniem balsamem? - mruknął wsuwając mi rękę pod koszulkę.
- Serio? - spojrzałam na łóżko za nim.
Całe było zawalone ciuchami, butami, czapkami, moimi kosmetykami i innymi.
- Mamy jeszcze podłogę.
- Tak, tak, a do tego pełną chatę skarbeńku - poklepałam go po ramieniu i chciałam dokończyć pakowanie swoich rzeczy, ale nie puszczał mnie. - Nathan, próbuję zrobić coś konstruktywnego - uszczypnęłam go w bok. - Nie, oczy kota ze Shreka na mnie nie działają - pokręciłam głową.
Nathan zrobił dziubek z ust i zbliżył go do mnie. Dałam mu szybkiego całusa i wyrwałam się pod jego ręką.
- To co będziemy robić, jak już skończymy pakowanie? - spytał.
- Spać? - odpowiedziałam. - Nathan, przypominam ci tylko, że mamy pełną chatę.
- To nie przeszkadzało ci dwa dni temu - mruknął.
Odwróciłam się i zmroziłam go spojrzeniem.
- Na przyjemności trzeba sobie zasłużyć - powiedziałam.
- A ja całe życie myślałem, że to idzie w pakiecie ze związkiem... - pokręcił głową.
- Widzisz, zawsze potrafię wyprowadzić cię z błędu - poklepałam go po ramieniu i wybuchłam śmiechem.
Dokończyliśmy pakowanie i chociaż to było jedyną czynnością, jaką robiłam przez cały dzień, z ulgą przyłożyłam głowę do poduszki.
- Nathan, spakowaliśmy ładowarki? - spytałam.
- Tak - mruknął.
- Ustawiłeś budzik?
- Tak. Na tę samą godzinę, na którą był nastawiony, kiedy pytałaś trzy razy temu - odpowiedział.
- Oj, po prostu nie chcę latać na ostatnią chwilę. Jak zawsze.
- Spoko, nie będzie żadnego latania - Nathan pocałował mnie w głowę.
- Dobranoc - powiedziałam i wtuliłam się w niego.

Tym razem Nathan miał rację. Obyło się bez latania. Bynajmniej z naszej strony. Siedziałam w kuchni, w której aktualnie byli wszyscy, bo każdy chciał coś przekąsić przed lotem. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i zorientowałam się, że kogoś brakuje.
- Gdzie jest Jay? - spytałam. Wszyscy zamarli w bezruchu. - Inaczej. Czy ktoś widział dzisiaj Jaya? - cisza. - O rany - zeskoczyłam z blatu i poleciałam na górę. Zapukałam do drzwi i weszłam do środka nieczekając na odpowiedź. - Jay! - zerwałam z niego kołdrę i dopiero, kiedy to zrobiłam uświadomiłam sobie, że mogło to być niebezpieczne. Na szczęście McGuiness nie jest jednym z tych śpiących nago.
- Co się dzieje? - spytał.
- Zaspałeś! To się dzieje! - krzyknęłam.
- Co? Która jest? - szybko zerwał się z łóżka.
- Spokojnie, masz akurat tyle czasu, żeby się ubrać i sprawdzić, czy wszystko spakowałeś - powiedziałam.
- Dobra, dzięki Jules.
- Spoko, co byśmy bez ciebie zrobili w tym samolocie - zaśmiałam się i zostawiłam go samego, żeby mógł się ubrać.
- Zaspał? - spytał Tom, kiedy wróciłam do kuchni.
- Brawo, pięć punktów dla Griffindoru - zaklaskałam. - Powiem coś, ale się nie śmiejcie.
- Dajesz, mała - powiedział Nathan przechylając paczkę.
- Stresuję się.
- Od kiedy to boisz się latać samolotem?
- Nie boję się samolotu - wywróciłam oczami. - Boję się kamer. W sensie...
- Spoko, wszyscy się stresują - pocieszyła mnie Kelsey. - Chłopaki też, chociaż udają twardzieli - szepnęła mi do ucha i razem się zaśmiałyśmy.
Rozległo się namolne pukanie do drzwi, Siva poszedł otworzyć, po chwili wrócił do kuchni z Kevinem.
- Gotowi?
- Prawie, czekamy na Jaya - powiedział Max.
Kev rozejrzał się po pomieszczeniu.
- No nie wierzę, Baby Nath już gotowy.
- Nie dziękuj - poklepałam go po plecach.
Po chwili Jay zszedł już na dół, zapakowaliśmy się do busa i pojechaliśmy na lotnisko. W drodze wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do rodziców.
- Julka? Nie powinnaś już być w samolocie? - usłyszałam znajomy głos mamy.
- Nie, właśnie jedziemy na lotnisko - powiedziałam. - Tak tylko dzwonię, żeby się pożegnać. Czwarty raz.
- Boisz się?
- Trochę - przyznałam.
- Nie dziwię się, macie do przelecenia cały ocean.
- Oj mamo, nie latanie się boję. Kamery mnie przerażają. Nie cierpię aparatów, a co dopiero kamer. Całymi dniami, codziennie, przez trzy miesiące - z każdym słowem nakręcałam się coraz bardziej.
- Jeszcze możesz pomylić samoloty i przylecieć do domu.
- Kuszące - zaśmiałam się. - Ale mam zobowiązania. Dasz mi jeszcze tatę?
- Jasne - głosy po drugiej stronie linii, po chwili usłyszałam tatę.
- Co tam, maluchu?
- Mam kamerofobię - powiedziałam szybko.
- Nie, po prostu nie masz parcia na szkło. Nie martw się, będziesz przynajmniej miała, co opowiadać wnukom na starość.
- O, faktycznie, nie pomyślałam o tym. Ha i ja będę siedziała w słonecznym Los Angeles, a wy będziecie marznąć w czasie tej zimowiosny. Frajerzy.
- Przynajmniej się opalisz, wyślij dziadkom zdjęcie, przestaną marudzić, że jesteś blada - powiedział.
- Zapamiętam. Daj mi jeszcze Maćka.
Cierpliwie czekałam aż tato dojdzie z telefonem do brata, dopiero wtedy zauważyłam, że chłopaki kręcą materiał na Wanted Wednesday. Śmiało Jules, przyzwyczaj się do kamery.
- Masz mi przywieźć coś fajnego - powiedział ni stąd ni zowąd Maciek.
- Wow, bezinteresowny jak zawsze - zaśmiałam się.
- Oj żartuję, po prostu baw się dobrze.
- Będę. A ty uważaj na siebie i słuchaj rodziców. I nie pyskuj - wymieniałam tak co mu wolno, a co nie i znowu zaczęło mi się zbierać na płacz.
Ale nic z tego, głęboki oddech i zdusiłam to w sobie. Porozmawiałam z nim chwilę i rozłączyłam się.
- Będzie dobrze - szepnął do mnie Nathan i złapał mnie za rękę.
Uśmiechnęłam się delikatnie do niego. Pewnie, że będzie. Tato zawsze pomagał znaleźć plusy w każdej sytuacji. Żyję przygodą swojego życia, nic takiego drugi raz mi się nie przydarzy, ba, rok temu nawet nie myślałam, że do tej pory będę siedzieć w Londynie, a teraz będę mieszkać przez trzy miesiące w LA, czy mogłoby być lepiej?



Przyznaję się bez bicia, nudnawy ten rozdział, ale czasami trzeba przecierpieć, żeby doczekać się akcji :) 
Jutro czeka mnie ostatni egzamin, mam nadzieję, że pójdzie dobrze, bo chcę się trochę polenić ;)

Kami PL Moim tempem zanim dojdę do setnego rozdziału, minie jakieś dziesięć lat, nawet jeszcze nie myślałam, co specjalnego w nim zrobić, ale rozpatrzę Twoją propozycję ;)

Wiem, że tydzień temu pisałam o dwóch rozdziałach w tygodniu i zawaliłam, ale, jutro też wyniki ze wspomnianego już egzaminu, więc jeśli dobrze go zdam, to znowu postaram się wytworzyć coś przed niedzielą, ale do tego potrzebuję Waszych komentarzy, żeby mnie motywowały ;)

wtorek, 4 lutego 2014

75. Święty Mikołaj w lutym.

Nagle wszyscy ucichli. Blada z przerażenia podpisałam pokwitowanie i obejrzałam kopertę.
- Co to? - spytał Nathan.
- Z sądu - zdziwiłam się. - W sobotę? Kurierem?
- Pilne dokumenty wysyłają nawet w niedzielę - powiedział Siva.
- Ale co to? - powtórzył Nathan.
- Z pewnością nie mandat za parkowanie w niedozwolonym miejscu - wywróciłam oczami. - Dajcie mi chwilę.
Usiadłam na schodach, otworzyłam kopertę i zaczęłam czytać, a że język był bardzo urzędowy, szło mi słabo. Jednak główny sens zrozumiałam. Wróciłam do salonu.
- Niech ktoś to przeczyta, żeby mnie upewnić, ze dobrze zrozumiałam - powiedziałam.
Nathan wziął ode mnie list i zaczął czytać.
- Kierowca, który spowodował twój wypadek był pijany, poza tym między innymi twoje obrażenia były rozległe, zagrożenie życia i tak dalej i masz stawić się na rozprawę w charakterze poszkodowanej. 20 marca.
- Nie ma mnie dwudziestego marca - oznajmiłam, nie żeby ktoś o tym nie wiedział, wszyscy będziemy wtedy w LA. - Pójdę tam w poniedziałek po rozmowie i spróbuję coś załatwić - stwierdziłam w końcu.
Pół niedzieli spędziłam w szafie, przebierając się milion razy i próbując wybrać odpowiedni zestaw na rozmowę. Nathan był szalenie kochany, robił mi cały dzień herbatę i jedzenie i zapewniał, że wszystko pójdzie dobrze. 

W poniedziałek obudziłam się na długo, zanim miał zadzwonić budzik. Cicho wyszłam z pokoju i zeszłam do kuchni. Zrobiłam sobie śniadanie, chociaż w ogóle nie miałam ochoty jeść. Zmusiłam się jednak wmawiając sobie, że burczenie w brzuchu, to najgorsze, co może mi się dzisiaj przytrafić. Wróciłam na górę, poszłam do łazienki, wyprostowałam wlosy, poszłam do pokoju, Nathan już nie spał.
- Twój budzik mnie obudził, a ciebie nie było - mruknął wciąż zaspany.
- Wstałam wcześniej. Idę się pomalować - zabrałam kosmetyki i ciuchy i wróciłam do łazienki.
Wymyłam zęby, starannie się pomalowałam i ubrałam, upewniając się, że koszula jest idealnie wyprasowana. Zadzwoniłam po taksówkę, kolejny raz sprawdziłam, czy mam wszystko w torebce i zeszłam na dół.
- Ulala - powiedział na mój widok Tom. - No takiej eleganckiej Jules to na oczy jeszcze nie widziałem.
- Lepiej, żeby warto było się stroić - powiedziałam siadając przy stole.
- Jeśli cię nie przyjmą, to pracują tam sami idioci - stwierdził.
- Obawiam się, że poprawianie cię piętnaście razy dziennie może nie wystarczyć, żeby zdobyć pracę - mruknęłam.
- Oj, Jul, jak nie ta to inna.
-  Tom, to dla mnie jedna z niewielu szans i opcji na normalną pracę. Nie będę przecież do końca życia barmanką.
- Czemu nie, zawsze to jakaś zniżka dla znajomych - zaśmiał się.
Przed domem zatrąbił samochód.
- Moja taksówka - poderwałam się na równe nogi. - Trzymaj kciuki - uśmiechnęłam się lekko.
- Będę trzymał tak mocno, że mi kostki pobieleją - zapewnił.
Usłyszałam tupot na schodach i po sekundzie na dole pojawił się Nathan.
- Powodzenia, jak wrócisz będziemy na ciebie czekać z obiadem, daj czadu - wyrecytował, czule mnie pocałował, podał płaszcz i otworzył drzwi.
- Papa - uśmiechnęłam się i wyszłam na ten ziąb.
Pół godziny później siedziałam przed gabinetem, w którym miałam mieć rozmowę i stukałam nogą z nerwów.
- Zapraszam - z pokoju wyszła kobieta i gestem zaprosiła mnie do środka.
Na pierwszy rzut oka było widać, że to kobieta sukcesu. Na mam pojęcia jakim sposobem z taką gracją i pewnością siebie chodziła na tych cieniutkich szpilkach, a każdy włos był idealnie na swoim miejscu.
- Miranda Lee, miło mi - wyciągnęła dłoń w moją stronę.
- Julia Miller - odwzajemniłam uścisk.
- Proszę usiąść - wskazała dłonią na fotel i usiadła po drugiej stronie biurka. - Na początek proszę opowiedzieć mi coś o sobie. Skąd pani jest, co lubi pani robić i tak dalej - powiedziała z uśmiechem.
- Jestem z Polski, do Londynu przyjechałam w maju, miałam zostać do września, ale przyciągnęło mi się to do aż dzisiaj...
- Dlaczego?
- Zakochałam się - mogłam walić poetyckie bzdury o tym, jak zakochałam się w Londynie, tempie życia i smogu, ale dobrze wiem, że w dzisiejszych czasach każdy sprawdza każdego w internecie, a jeśli zrobili to dostatecznie dobrze, wiedzą, że jestem z Nathanem.
- Dlaczego powinniśmy zatrudnić właśnie ciebie?
Mam być skromna, ale znać swoją wartość.
- Wiem, że nie jestem Brytyjką, pochodzę z nieanglojęzycznego kraju i nie wygląda to dobrze, przy staraniu się o pracę korektorki, ale mogę zapewnić, że znam się na angielskiej gramatyce lepiej niż spora część Anglików, których znam. Prawda jest taka, że po skończeniu szkoły w Polsce mogłam nie wiedzieć, jak jest płyn do mycia naczyń po angielsku, ale gramatykę mam w małym paluszku, bo to ją wbijano mi do głowy przez dwanaście lat.
- Wiem, widzę, dostałam twój certyfikat - uśmiechnęła się lekko. - Jest pani młoda, ma pani... - spojrzała w papiery - dziewiętnaście lat. A my szukamy kogoś kto zostanie na tej posadzie na dłużej. Skąd mogę mieć pewność, że za dwa miesiące młodzieńczy zapał nie zniknie i nie zobaczę wypowiedzenia?
- Bo ta praca jest stworzona dla mnie. Potrzebuję pracy, która nie wymaga ode mnie siedzenia codziennie w biurze. Poza tym marzyłam o pracy w redakcji, odkąd sięgałam ledwie brodą ponad stół.
- A mogę spytać, o co chodzi z tym siedzeniem w biurze?
Rozegraj to mądrze, Jules.
- Są dwa powody. Mój chłopak - nie trzeba nazwisk - dużo podróżuje i czasami jeżdżę z nim. A po drugie składam podanie o przyjęcie na studia, więc...
- Studia? To świetnie! Jeszcze tylko sprawdzę, czy ma pani zmysł korektorki - sięgnęła do szuflady. - To przykładowy artykuł, zostawię tu panią na chwilę, a pani poprawi błędy - podała mi kartkę i dlugopis i zostawiła mnie samą.
Wzięłam się do roboty. Średnio co drugie zdanie miałam ochotę złapać się na głowę. Niech ktoś mi powie, że napisali to w taki sposób specjalnie, bo nie uwierzę, że ktoś może być aż takim gramatycznym debilem. Miranda wróciła po 15 minutach.
- Jak idzie? - spytała z uśmiechem.
- Skończyłam jakieś 5 minut temu.
- Świetnie. Na razie to tyle, skontaktujemy się z panią w ciągu tygodnia.

Zadowolona z siebie wyszłam na ulicę. Dałam z siebie wszystko, co będzie, to będzie. Następny przystanek - uniwersytet. Rychło w czas, jak zwykle na ostatnią chwilę, ale co, mi by się miało nie udać. Większe wyzwanie czekało na mnie w sądzie.
- Nie, nie, nie - tłumaczyłam po raz piąty. - Nie rozumie pani. Dwudziestego marca jestem w Los Angeles. 
- Pani Miller, to pani nie rozumie. Została pani poważnie ranna, miała pani głębokie obrażenia wewnętrzne, pani zeznanie będzie kluczowe dla sprawy, to pani powinno zależeć na sprawiedliwości.
- Nie mogę złożyć zeznać kiedy indziej? - spytałam.
- Rozprawa jest dwudziestego marca o godzinie czternastej, dziękuję - kobieta wyraźnie skończyła temat i nie zważając na moją obecność zajęła się swoimi papierkami. 
Westchnęłam głęboko i zrezygnowana wyszłam. 
Złapałam taksówkę i wróciłam do domu.
- Jestem! - krzyknęłam od progu. 
- Jak poszło? - zaraz pojawił się przy mnie Nathan.
- Zależy co - stwierdziłam wieszając płaszcz.
- Co masz na myśli?
- Rozmowa poszła mi najlepiej jak mogła. Znaczy... odtwarzając ją sobie w drodze milion razy w głowie nie przyszły mi do głowy inne odpowiedzi, które mogłam powiedzieć. Gorzej było w sądzie. 
- Co się stało? - Nathan czule mnie objął.
- Mam pojawić się dwudziestego w sądzie, koniec tematu - westchnęłam.
- Rozmawiałem dzisiaj z mamą, Jess też dostała wezwanie. To nic, przylecimy na dwa dni do Londynu w czasie kręcenia. 
- Myślisz, że nikt nie będzie miał nic przeciwko temu? Znaczy chodzi o ciebie, ja mam małe znaczenie dla programu, ale ty jesteś członkiem zespołu i jak znam życie Scooter znajdzie pięć milionów powodów, dla których nie musisz ze mną lecieć - stwierdziłam.
- Nieważne, będę przy tobie. A teraz, voila, podano do stołu - zaprowadził mnie do kuchni, gdzie czekał na mnie talerz z obiadem. 
- Mmmm, wygląda pysznie - stwierdziłam. 
Spojrzałam na Nathana i już po jego minie wiedziałam.
- Zaraz wracam - powiedziałam i pobiegłam na górę. Zapukałam do pokoju Sivy.
- Proszę.
Wsadziłam głowę do środka.
- Cześć, dzięki z obiad, Nare - uśmiechnęłam się.
- Ha, nie dałaś się nabrać - zaśmiała się Nareesha.
- Nathan umie zrobić kanapkę, musiałabym mieć amnezję, żeby nabrać się, że on to zrobił. Idę jeść - zamknęłam drzwi i wróciłam na dół.
- Ehh, zbyt dobrze mnie znasz - stwierdził Nathan niezadowolony z faktu, że domyśliłam się, kto tak naprawdę stoi za moim obiadem. - Długo cię nie było.
- Wiesz, rozmowa trochę trwa, potem musiałam się dostać do sądu, były korki. To Londyn, Nathan, nie Gloucester - dobra ściema nie jest zła, to, co robiłam między rozmową a sądem na razie będzie moją słodką tajemnicą.
- Było lepsze zanim musieliśmy wsadzić to do mikrofalówki.
- Mniejsza z tym, jestem w stanie zjeść konia z kopytami - zabrałam się za jedzenie. - Mmm... - mruknęłam usatysfakcjonowana smakiem - trzy miesiące z Nareeshą pod jednym dachem, to chyba najlepsze, co może się człowiekowi przytrafić w życiu - stwierdziłam z pełną buzią.
- Chyba źle wypowiedziałaś "Nathan" - powiedział chłopak z nutą niepewności.
- Dobrze wiesz, co powiedziałam - zaśmiałam się. - Kocham cię, ale gotować to ty nie umiesz - poklepałam go po policzku. - Właśnie! Od dzisiaj planuję, co zabiorę do Los Angeles i tobie radzę to samo.
- Jules, jest jeszcze tydzień.
- Tydzień srydzień, a jak przyjdzie co do czego, to w niedzielę wieczorem będziesz biegał jak kot z pęcherzem, zbyt wiele razy widziałam jak się pakujesz, żeby myśleć, że tak nie będzie.
- Jesteś małą wredotą - stwierdził.
- Taką sobie mnie wziąłeś i musisz z tym żyć - wzruszyłam ramionami.
- O siema Jules, jak poszło? - do kuchni wszedł Max.
- Zrobiłam, co w mojej mocy, zobaczymy, co z tego wyjdzie.
- Tylko nie wygaduj tym pismakom naszych sekretów - zaśmiał się.
- Haha, śmieszne - wystawiłam mu język.
I wtedy mnie tknęło. Tak teraz pracują headhunterzy. Wpisują nazwisko w googlach, na facebooku czy twitterze i czytają, co wyskoczy. Co jeśli znaleźli mnie, powiązali z Nathanem i co jeśli zatrudnią mnie pod pretekstem wyciągania ode mnie podstępami wantedowych sekretów?
Potrząsnęłam przecząco głową. Bez sensu. Pewnie i tak mnie nie zatrudnią, a ja już się martwię czymś, co nie będzie miało miejsca.

- Halo? - odebrałam z pełną buzią.
- Miranda Lee z tej strony. Bardzo miło poinformować mi panią, że dostała pani pracę w naszej redakcji.
Autentycznie wypuściłam paczkę czipsów z ręki.
- Wow, nie spodziewałam się - mało błyskotliwe, ale jedyne, co przyszło mi do głowy.
Rzuciłam poduszką w Maxa i Toma, żeby się uciszyli.
- Czy możemy spotkać się w piątek na podpisanie umowy?
- Tak, oczywiście.
- Dwunasta?
- Idealnie - powoli zaczynało do mnie dochodzić, co właśnie się stało.
- W takim razie do zobaczenia.
Rozłączyłam się i włożyłam telefon między poduszki na kanapie.
- Jules? Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha - stwierdził Nathan.
- Dostałam pracę - powiedziałam cicho.
- Co tam? - spytał Jay, który właśnie wszedł do salonu.
- Dostałam pracę - powiedziałam, tym razem weselej i z większą energią.
- Mówiłem, że ci się uda! - krzyknął Nathan mocno mnie przytulając, po chwili do przytulasa dołączyli Tom, Max i Jay.
- Sądzę, że to dobry powód, żeby zrobić imprezę - stwierdził Parker.
- Tom... - zaśmiałam się.
Otworzyły się drzwi, szybko wyrwałam się z ich żelaznego uścisku i pobiegłam do korytarza, do środka weszli Siva i Nareesha.
- Jesteś moim bohaterem! - powiedziałam, rzucając się dziewczynie na szyję. - Jesteś jak... Święty Mikołaj w lutym!
- Wow, co takiego zrobiłam? - zaśmiała się.
- Dostałam pracę. Dzięki tobie. Jesteś wielka.
- Gratuluję - Nareesha się uśmiechnęła - ale to nie dzięki mnie. Sama sobie na nią zapracowałaś.
- Gadaj, co chcesz, ja swoje wiem. Może nawet nie będę wykorzystywała cię do gotowania w LA - stwierdziłam.
- A planowałaś? - spytał Siva.
- Błagam cię - prychnęłam. - Miałam milion sposobów, jak przekonać ją, żeby ugotowała coś dobrego. Ale wróćmy do chwili obecnej, może Tom ma rację, może to dobra okazja, żeby kulturalnie wypić po piwku - stwierdziłam idąc do kuchni i otwierając lodówkę.
- Zawsze mam rację - krzyknął z salonu Tom.
- Tak, tak - mruknęłam, cudem zabrałam siedem piw i dałam każdemu w salonie.
Niby siedziałam i śmiałam się razem z nimi, ale cały czas myślami odpływałam do tego, z czego tylko zażartował Max. Co jeśli poprzez podstępne korposztuczki stanę się nieświadomie donosicielem na The Wanted. A nawet jeśli nie, co jeśli zatrudniono mnie tylko dlatego, że jestem z Nathanem.
Powiedziałam mu o tym wieczorem, kiedy już leżeliśmy w łóżku.
- Jules, nie bądź głupiutka - zaśmiał się. - Ludzi przyjmuje się do pracy przez kwalifikacje, nie przez to z kim chodzą.
- Oh Nathan, jak ty mało wiesz o życiu - westchnęłam.
- Dobra, nawet jeśli przyjęli cię, bo chodzisz ze mną, bali się, że jeśli cię nie zatrudnią, to zespół przestanie udzielać im wywiadów, nie.  będziemy chodzili na rozdanie ich nagród i tak dalej, co z tego? Masz pracę, powinnaś cię cieszyć.
- Nie chcę być faworyzowana przez to, że chodzę z tobą - powiedziałam.
- I co, zamierzasz pójść tam w piątek i spytać się tej Mirandy, czy jak jej tam, czy zatrudnili cię ze względu na mnie?
- Tak.
-Nawet jeśli, to sądzisz, że powiedzą ci prawdę?
- Nie wiem, ale jeśli tak, to... to nie przyjmę tej pracy - stwierdziłam. - Chcę sama osiągnąć cokolwiek, a nie przez powiązania z tobą.
- Okej, powtórzę się, nie bądź głupiutka - wywrócił oczami.
- Jak będziesz tak kręcił tymi gałami, to ci tak zostanie.
-  Moimi gałami zajmiemy się później, wróćmy do ciebie. Nie przyjmiesz pracy i co dalej? Będziesz marudzić przez kolejne trzy miesiące? - spytał.
Kurde, znowu zagonił mnie w kozi róg. Przygryzłam wargę, popatrzyłam na niego spod byka. Poprawiłam sobie poduszkę i położyłam się. Tyłem do niego.
- Co robisz? - spytał zdezorientowany.
- Idę spać. Skończyłam rozmowę z panem - powiedziałam.
- O rany - zaśmiał się. - Jules. Jesteś jak dziecko.
- Dziecko zaraz wygoni cię do salonu na kanapę.
- Uuuu, ktoś tu walnął focha.
- Nie focha, jestem zmęczona i chcę spać - mruknęłam.
- Zmęczona? Jedyną twoją czynnością niezwiązaną z jedzeniem było dzisiaj odebranie telefonu.
- A co ty zrobiłeś, panie zapracowany? - podniosłam się i spojrzałam na niego.
- Umm.. eee.. no...
- No właśnie, dobranoc - z powrotem się położyłam. Dobranoc, dobranoc - westchnął Nathan.



Hejo dziubasy :)
Bardzo przyjemnie jest mi ogłosić, że napisałam wczoraj egzamin, wydaje mi się, że poszedł mi dobrze, a to znaczy, że został mi jeszcze tylko jeden! :D 
A to oznacza powrót do życia ;) 
Jakoś ciężko określić mi długość tego rozdziału, ale nie chcę też rozwiązywać czy zaczynać zbyt wielu wątków w jednym, dlatego postanowiłam skończyć w tym miejscu.

A teraz na koniec opowiem Wam coś, co mnie osobiście, rozbawiło. W zeszłym tygodniu siedziałam sobie tak po prostu na YouTube, oglądałam jakieś teledyski, występy, wywiady, wszystko, co wyskoczyło mi w propozycjach, w pewnym momencie włączyłam sobie wywiad z Arianą. Naprawdę, nie wiem dlaczego, nie jestem jej fanką. Ale nie to jest zabawne. Jak Ariana była młodsza, była na jakimś rejsie z mamą, czy jakoś tak (znaczy rejs to był na pewno), i było karaoke, na którym mała Grande zaśpiewała piosenkę z Titanica... Na rejsie. Czujecie ironię? ;)

Teraz wracam dokończyć rozdział na drugiego bloga, jeśli dobrze pójdzie, to może na ten dodam rozdział jeszcze w tym tygodniu :) xx