wtorek, 29 października 2013

64. To moja decyzja.

- Nathan, miałeś tylko przywiązać balony, czy to tak wiele? - spytałam wściekła i zestresowana.
- Jules, dałaś ich pięć milionów, to trochę trwa.
- Nie interesuje mnie, ile to trwa - tupnęłam nogą. - Interesuje mnie tylko, że Jack zaraz wraca z Evą z Manchesteru i jego pożegnalne przyjęcie niespodzianka ma być idealne!
- Przeraża mnie - mruknął Siva do Nareeshy.
- Julie, słońce, wszystko jest idealnie, nawet jeśli nie wszystkie balony będą przywieszone, Jack będzie wniebowzięty - uspokoiła mnie Nareesha.
- O właśnie!  Dave, prosiłam żebyś wyczyścił blaty i to na błysk!
- Już się robi - wywrócił oczami i złapał się za szmatę.
- Zjedz sobie, rozluźnisz się - Tom podszedł do mnie z pudełkiem pizzy.
- Tom. Zostaw. Tę. Pizzę - zaakcentowałam każde słowo.
- Już nie bądź taka, jedzenie ma zbawienny wpływ - podsunął mi pudełko pod nos.
- Zabierz to, bo się porzygam - odwróciłam się i szybko napiłam się wody.
- Wszystko dobrze? - spytała Liz.
- Tak, to pewnie ze stresu, tyle się teraz dzieje - machnęłam ręką.
- Jedno wiemy na pewno - wtrąciła Kelsey - chociaż Jules organizuje świetne imprezy, nie może tego robić, bo zbyt się stresuje.
To fakt. Razem z chłopakami organizowałam sylwestra u nich w domu, było świetnie, ale ze stresu, że coś pójdzie nie tak, nie mogłam skupić się na zabawie. To samo jest dzisiaj. Ale co robić, kiedy Nathan cacka się z tymi balonami jak z jajkiem?!
- Hej, Scooter... Tak mogę rozmawiać - no jeszcze tego brakowało.
- Zajmiemy się balonami - powiedzieli szybko Tom i Max, chociaż wszyscy wiedzieli, że nie chodzi o fakt, że Nathan rzucił robotę i poszedł gadać, ale z kim gada.
Scooter, manager, człowiek, który w podnoszeniu mi ciśnienia może rywalizować na równi z Donnie Bromfield.
- Jules, przecież wiesz, że Scooter chce dla Natha jak najlepiej - powiedziała Kelsey.
- Nie. On chce jak najlepiej dla kariery, sławy i pieniędzy The Wanted. Zwłaszcza pieniędzy. Będzie naciskał na Nathana, aż zgodzi się wrócić na tym koncercie noworocznym na Wembley i mało go interesuje, czy jest gotowy fizycznie i psychicznie - powiedziałam przez zęby.
Zadzwonił mój telefon. Sms od Evy.
- Uwaga wszyscy! - powiedziałam głośno. - Będą tu za trzy minuty, wszyscy za bar, albo gdziekolwiek skąd możecie wyskoczyć! Nathan kończ to i chowaj się.
- Dobra, Scooter, zobaczymy, co powie lekarz i moja trenerka, na razie - rozłączył się i kucnął ze mną za barem.
- Nie wiedziałam, że masz niedługo wizytę - powiedziałam cicho.
- W zasadzie za dwa dni. Scooter będzie w Londynie, chcemy w końcu określić realnie moje szanse wystąpienia na Wembley - odpowiedział. - Jules, nie rób tej miny.
- Jakiej miny? Tej która oznacza, że martwię się o mojego chłopaka, jego zdrowie i karierę?
- Jules...
- Nie - przerwałam mu gestem ręki. - Porozmawiamy o tym potem, teraz jest impreza dla Jacka i to na nim się skupiamy.
Przez resztę czasu siedzieliśmy w ciszy, a atmosfera była tak dziwna, że było jasne, że wszyscy słyszeli naszą sprzeczkę. W końcu usłyszeliśmy zgrzyt w zamku, policzyliśmy po cichu do trzech i wyskoczyliśmy z okrzykiem:
- Niespodzianka!
- Co się dzieje? - spytał zdziwiony, ale szczęśliwy Jack.
- Pożegnalne przyjęcie niespodzianka - powiedziała Eva.
- Nie trzeba było.
- Owszem trzeba, tak wiele dla nas zrobiłeś - powiedziałam.
- Dobra, ciebie nie przegadam, to nawet nie zaczynam - machnął ręką i wszyscy wybuchnęli śmiechem.

Dobrze było spędzić w miłej atmosferze (tak, miłej, w końcu się wyluzowałam) ostatni wieczór z Jackiem. W międzyczasie odkryłam, że z naszej czwórki, która tam pracowała jestem na dobrą sprawę jedyna, która nie znalazła nowej pracy ani mieszkania. I obwiniam za to Nathana. "Spokojnie, Jules. Znajdziesz coś." "Jul, za dwa miesiące lecimy do LA po co ci teraz mieszkanie?". "Tak, jasne, że pomogę ci jutro czegoś szukać". To ostatnie oczywiście nigdy nie miało miejsca.
Po imprezie posprzątaliśmy na błysk, żeby nie zostawić syfu nowym właścicielom, ostatni raz pozegnaliśmy się z Jackiem, tym razem płacząco i każdy zwinął się do swojego mieszkania.
- Smutno mi - powiedziałam ściągając kurtkę w domu.
- Wszystkim jest. Jack wszystkich traktował jak swoje dzieci.
- Będę za nim tęsknić - westchnęłam. - Tyle dla mnie zrobił...
- A ty w zamian zrobiłaś dla niego najlepsze przyjęcie niespodziankę w historii - Nathan cmoknął mnie w policzek.
- Idę się położyć, jestem padnięta.
Takim sposobem wszyscy zostali w salonie, a ja mogłam w spokoju wziąć gorącą kąpiel i wygodnie ułożyć się w łóżku.
Kiedy się obudziłam Nathana już nie było w łóżku. Zeszłam na dół, w salonie go nie było, w kuchni też.
- Szukasz czegoś? - spytał Siva.
- Nathana.
- Pojechał na lekcje śpiewu.
- Nie miał mieć dzisiaj lekcji - powiedziałam i mentalnie przygotowywałam się na to, co zaraz usłyszę.
- Poprosił o jeszcze jedną dzisiaj, chce być w jak najlepszej formie, kiedy Scooter jutro przyjedzie.
Trzasnęłam z hukiem lodówką.
- Skąd ja to wiedziałam... - mruknęłam.
- Jules...
- Tak, Seev, wiem. Nathan jest rozsądny, nie zrobi nic na co nie jest gotowy blabla. Idę się przebrać.
Wróciłam na górę i wzięłam dwa głębokie wdechy. Muszę się uspokoić. Jeśli Nathan uprze się, żeby wystąpić na Wembley to to zrobi i żadna siła go nie powstrzyma, szkoda moich nerwów. Powinnam dać sobie siana, ale nie potrafię. Ubrałam się i wróciłam na dół. Robiłam sobie kanapki, kiedy na dół zeszła reszra bandy, czyli Jay, Tom i Max.
- Skarbeńku, słyszałem, że chcesz nam zrobić śniadanie - powiedział Max, wieszając mi się ns ramieniu.
- Nie wiem, kto ci takich głupot nagadał.
- No, Jules, robisz najlepsze kanapki, wiesz przecież - dołączył się Jay.
- W zasadzie odkąd wróciłaś z Polski zaskakująco dużo rzeczy w kuchni ci wychodzi - stwierdził Tom.
- Dobra, dobra, zrobię wam te kanapki - wywróciłam oczami. - Ale wy macie zrobić mi herbatę.
Masę roboty i zużyty bohenek chleba później postawiłam przed chłopakami wielką górę kanapek.
- O wyżerka, jak fajnie - do kuchni wrócił Siva.
- Spadaj, ty już jadłeś śniadanie - Jay osłonił kanapki własnym ciałem.
- Jay, sharing is caring,  poza tym kanapki są dla wszystkich.
- Niech Nathan żałuje, że tak wyleciał z rana - Seev zatarł ręce i sięgnął po jedną kanapkę.
- Widzicie, nie opłaca się uciekać z domu o świcie - powiedziałam. - Hola, hola - przysunęłam talerz do siebie. - Gdzie moja herbata?
- Tu, proszę, królowo kanapek - Max postawił przede mną kubek.
- Ile cukru?
- Dwie łyżeczki.
- Bardzi dobrze, grzeczny Maxiu - powiedziałam z uśmiechem.
Po wspólnie zjedzonym śniadaniu Tom, co było bardzo dziwne, na ochotnika zgłosił się do pozmywania.
- Kelsey mi nie uwierzy - zaśmiałam się wychodząc z kuchni.
- Uważaj, bo się rozmyślę - zagroził, a ja szybko uciekłam do salonu.
Jay bawił sie pilotem, dopóki mu go nie zabrałam i nie zatrzymałam na kanale z jakimś filmem. Po chwili dołączył do nas Tom z paczkami chipsów i puszkami coli.
- Serio, już jesteś głodny? - spytałam zdziwiona.
- Nie chcesz, to nie jedz, ale zrób mi miejsce - powiedział wciskając swoje cztery litery koło mnie.
- Tom, jest mnóstwo innego miejsca, nie musisz wciskać się na ten fotel - próbowałam odepchnąć go nogą.
- Ale ten jest mój ulubiony, suwaj się.
W końcu zrezygnowałam, ale w zamian wyłożyłam swoje nogi na nogach Toma.
Jakiś czas później do domu wrócił Nathan.
- Co, kota nie ma, a myszy harcują? - spytał widząc mnie i Toma.
- Co, mysz śpi, a kot wymyka się bez słowa pożegnania? - spytałam z buzią pełną chrupków.
- Przecież wiem, że się nie gniewasz - podszedł do mnie i zaczął obcałowywać mnie po policzkach.
- Dobra, dobra, tylko przestań mnie ślinić - zasłoniłam się rękami.
- Młodym jak było na lekcji? - spytał Max, a zanim dokończy Nathan zaczął dawać mu jakieś dziwne znaki, zapewne, żeby nie pytał przy mnie.
- Co tam oglądacie? - spytał nieudolnie zmieniając temat.
- Daj se siana - powiedziałam wstając. - Przecież wiem, gdzie byłeś, zawsze wiem - poczochrałam mu włosy i poszłam do kuchni.
Myłam jabłko, kiedy usłyszałam kroki zmierzające w moją stronę.
- Będziesz wychodzić za każdym razem, kiedy zacznie się temat mojego powrotu do śpiewania? - spytał Nathan.
- Nie, kiedyś w końcu wrócisz, więc już nie będzie tematu - powiedziałam spokojnie.
- Jules, ja naprawdę czuję, że jestem gotowy - powiedział trzymając mnie delikatnie za ramiona.
- Ty czujesz, czy Scooter?
- Jul...  - westchnął. - Rozmawialiśmy już o tym, mówiłem, że nie dam się żadnym naciskom i sam zdecyduję - powiedział patrząc mi prosto w oczy.
- Dobrze, wierzę ci. I będę przy tobie - uśmiechnęłam się lekko. - A tak poza tym nie wyszłam, bo zaczął się ten temat, tylko chciałam jabłko - pomachałam mu przed nosem owocem i wróciłam do salonu, tym razem usiadłam na pustym fotelu, zaraz za mną przyszedł Nathan, który chwilowo zgonił mnie z niego i posadził sobie na kolanach.
- Młody, żałuj, że wybyłeś o świcie - zaczął Jay. - Jakie Jules nam zrobiła kanapki... - rozmarzony pogłaskał się po brzuchu i spojrzał w sufit.
- A mi to nie chcesz zrobić! - powiedział oskarżycielsko Nathan.
- Jak wstałam to cię nie było!
- Nie mówię, że dzisiaj, ale ogólnie.
- Chłopcy poprosili, to dostali.
- Świetnie zobaczymy, czy później też będziesz taka skora do spełniania próśb - stwierdził na pokaz naburmuszony.

Po południu włączyła się w nim nutka romantyzmu, stwierdził, że musimy spędzić trochę czasu sami i zabrał mnie na obiad i spacer po parku.
- Cóż to się dzisiaj panu stało, panie Sykes? - spytałam, kiedy spacerowaliśmy za rękę.
- Nic się nie stało, chciałem po prostu spędzić czas sam na sam ze swoją dziewczyną - powiedział całując mnie w czoło. - Praktycznie cały czas siedzimy całą paczką, a potrzebujemy też spędzać czas we dwójkę.
- Więc czy teraz do ciebie dochodzi dlaczego chcę wynająć własne mieszkanie? Nie możemy cały czas być razem, w ósemkę, czy tam szóstkę bez Kelsey i Nareeshy, bo to zabije romantyzm. Jesteśmy przyjaciółmi, ale jesteśmy też parą.
- Julie, zrozum, że na razie i tak nie masz warunków, żeby wynająć mieszkanie. Za dwa miesiące wyjeżdżamy na kolejne dwa do LA. Co, będziesz płaciła za puste mieszkanie?
- I właśnie to wasze Los Angeles wszystko komplikuje - tupnęłam nogą. - Pracy też nie mogę sobie znaleźć, bo kto po dwóch miesiącach da mi miesiąc wolnego?
- Jules...
-Tak?
- Czy wibruje ci telefon?
Przyłożyłam rękę do torebki. Faktycznie, skubany jakoś to wyczuł.
- Przepraszam na moment, Nareesha dzwoni - odebrałam telefon. - Co tam, Nare?
- Hej, Jules, masz czas jutro?
- Dla ciebie zawsze.
- Chcesz iść ze mną i pomóc mi wybrać zaproszenia i zastawę? - spytała.
- O rany, jeszcze pytasz?! Pewnie, że tak! - pisnęłam podekscytowana.
Poza tym cieszyłam się, bo jakby dobrze poszło, to może udałoby mi się nie spotkać jutro Scootera.
- Świetnie, przyjadę po ciebie w południe.
- Do zobaczenia - schowałam telefon do torebki.
- Gdzie cię porywa? - spytał Nathan.
- Będziemy oglądać zaproszenia i zastawę - powiedziałam z dumą.
- I to cię tak zajarało?
- Jesteś facetem, nie zrozumiesz - machnęłam ręką. - Dobra, ale wróćmy do naszej rozmowy. Wychodzi na to, że przez kolejne cztery miesiące będę stała w miejscu. Nie mogę znaleźć pracy, nie mogę wynająć mieszkania... Stoję w miejscu, nie rozwijam się. Bez sensu...
- Jules, po prostu to przeczekaj, w końcu z tego wyjdziesz. Chyba, że wolisz siedzieć w Londynie, kiedy wszyscy będą w słonecznym Los Angeles.
- Chodzi o mnie, moją potrzebę samorealizacji i moje finanse.
- Finanse to akurat nie problem.
- Twoje finanse to nie problem. A ja mówię o moich.
- Jul, rozmawialiśmy już o tym - wywrócił oczami. - Co moje to twoje.
- Nie, nie, nie. To ma być miłe romantyczne popołudnie, nie rozmawiamy o tym dzisiaj, koniec.
Szliśmy przez chwilę w ciszy, aż zapytałam:
- Nathan, tak czysto teoretycznie... Gdyby udało ci się zrobić comeback na Wembley,  co dalej?
- Chciałbym wrócić całkiem. Parę dni później zespół gra parę koncertów, potem jest rozdanie People's Choice Awards, kilka eventów z fanami. Nie za wiele, nie za mało, akurat tyle, żebym mógł wrócić bez zagrożenia dla głosu.
Zamyśliłam się. Wiedziałam, że w końcu nadejdzie ten dzień, kiedy Nathan będzie chciał wrócić na scenę, ale nie do końca to do mnie dochodziło w pełnym wymiarze. Wszystko, ale to wszystko, wróci do normy - koncerty, wywiady, tygodnie w trasie, latanie do Stanów i wszędzie indziej też...
- Ziemia do Jules - Nathan dał mi kuskańca w bok.
- Od czasu twojej operacji tyle czasu spędzaliśmy razem, że teraz perspektywa tego, że wszystko ma wrócić do normy jest trochę dla mnie nierealna - wyznałam.
- Co masz dokładnie na myśli?
- No teraz prawie cały czas byliśmy razem, a znowu zaczną się koncerty, wywiady, wyjazdy, rozjazdy...
- Przecież możesz jeździć ze mną - wzruszył ramionami jak gdyby nigdy nic.
- Oj, ale to nie to samo - kopnęłam jakiegoś kamyka na drodze.
- Mała, nie z takimi rzeczami dawaliśmy sobie radę - przytulił mnie i pocałował w czoło.
- Daliśmy radę z dwiema operacjami, mega kacami, paparazzi, Dionne Bromfield, bójką z Louisem Tomlinsonem... - zaczęłam wyliczać.
- No widzisz, z powrotem do normalności też damy sobie radę - uśmiechnął się Nathan.

Następnego dnia Nareesha przyjechała po mnie punktualnie o dwunastej.
- Czemu nie wzięłaś Sivy? - spytałam. - Wydaje mi się, że spotkanie ze Scooterem nie jest aż tak mega hiper ważne.
- Siva nie jest zbyt przydatny w tych kwestiach - zaśmiała się. - Poza tym kobiece oko, to jednak kobiece oko.
- Jestem taka podekscytowana - podskoczyłam na fotelu. - Może nawet uda mi się nie trafić na Scootera - mruknęłam.
- Chyba za nim nie przepadasz, co?
- Wiem, że to Nathan decyduje, kiedy wróci na scenę, ale mam wrażenie, że Scooter ma duży wkład w tą -decyzję - wyjaśniłam szybko. - Ale nie rozmawiajmy o tym, to jest temat jeden wszystkich moich rozmówe wszystkimi chyba i mam szczerze dosyć.
- Rozumiem - uśmiechnęła się lekko. - I dlatego dzisiaj zajmujemy się przyjemniejszymi rzeczami.
Jakiś czas później byłyśmy na miejscu, gdzie miła pani, na oko w wieku Nareeshy uraczyła nas kawą i ciastkami, po kilku minutach przyjął nas konsultant ślubny Nareeshy i na długie godziny zatopiłyśmy się w morzu zaproszeń. W końcu wspólnymi siłami wybrałyśmy zaproszenia napisane zwykłą kursywą, na białym kredowym papierze, ze złotymi elementami. Następne sto lat później wybrałyśmy też ładnie zdobioną zastawę, takim sposobem wczesnym wieczorem byłyśmy w domu. Na szczęście konsultant był bardzo pomocny, chociaż czas na to nie wskazuje, ale znał się na rzeczy. A może mówił z sensem, bo był gejem...
- Jesteśmy! - krzyknęłam z progu.
- Chodźcie do salonu - odpowiedział Nathan.
Zdjęłyśmy kurtki i buty i przeszłyśmy do salonu, gdzie siedziało całe The Wanted plus niestety Scooter.
- Wybrałyście? - spytał Siva.
- Jeśli siedziałybyśmy tam tyle czasu i nie wybrałybyśmy, to coś byłoby z nami nie tak - zaśmiała się Nareesha siadając koło niego, ja usiadłam na oparciu obok Nathana.
- Jules, słońce, posłuchaj - Nath złapał moją rękę. - To moja decyzja, tylko moja, oparta na zaleceniach lekarza i... wystąpię na Wembley...



Hej ho! Wróciłam! 
Tak, wiem, strasznie długo mnie nie było, wiem, należy mi się wpierdziel. Ale jeśli ktoś czyta mojego drugiego bloga, to już wie od jakichś trzech dni, co się dzieje, że przeprowadzka, studia, trzy tygodnie bez neta i tak dalej. Wszystko jest takie nowe i inne... 

Obiecuję, że od teraz postaram się dodawać przynajmniej jeden rozdział tygodniowo, mogę mieć małą obsuwę z następnym, bo w przyszłym tygodniu mam kolokwium z mega głupiego zarządzania, ale postaram się pogodzić to wszystko :). 
Przepraszam też, że ten rozdział jest taki nijaki. Po tak długiej przerwie mogliście oczekiwać czegoś MEGA, tymczasem jest taki o niczym. Ale chciałam po prostu ruszyć do przodu z akcją, dlatego darowałam sobie Sylwestra, a nie chciałam też od razu wyskakiwać z Wembley, dlatego szukałam czegoś pośrodku.
W najbliższym czasie nadrobię blogi, które czytam i na pewno skomentuję :) 
Z TW też ostatnio wydarzyło się tyle rzeczy, a których bym z Wami porozmawiała, ale właśnie było ich tyle, że nie wiem o czym mam mówić :(
Do następnego xx

PS Underworld - sprawiasz, że jestem mega dumna, że mój blog zaciekawił kogoś, kto nie słucha The Wanted :)x