poniedziałek, 23 września 2013

63. Więcej zimnej krwi

Postanowiłam sobie, że porządnie wykorzystam pobyt w Polsce, dlatego codziennie, dzień w dzień robiłam obiad. Że niby chcę nauczyć się gotować. I przez cały tydzień konsekwentnie unikałam Michała, nie odbierałam jego telefonów, nie odpisywałam na smsy, jak przychodził, wychodziłam tylnym wyjściem.
Piątek wieczór, jak każdy z resztą, spędzałam na skypowaniu z Nathanem.
- Jules, jest piątek wieczór, wyjdź gdzieś - zachęcał.
- Nie chce mi się, wolę pogadać z tobą.
- To słodkie, ale nie pojechałaś do domu, żeby siedzieć przed komputerem.
W tym momencie ktoś zapukał do mojego pokoju.
- Wchodzić - powiedziałam.
- Jesteś w Polsce i nawet się nie odezwiesz? - do pokoju weszła Paulina, koleżanka ze szkoły.
- Cześć, rany, jak dawno cię nie widziałam! - odeszłam od laptopa i mocno ją wyściskałam. - Emm, to poznajcie się przez laptopa - wróciłam do komputera - to Nathan, co pewnie już wiesz, Nathan to moja koleżanka Paulina.
- Hej - Nathan wesoło pomachał do kamerki.
Paulina też pomachała, ale lekko oniemiała.
- Czyli to prawda? - spytała cicho.
- No jak widać - odpowiedziałam.
- Będziesz miał coś przeciwko, jak porwę ją na imprezę? - spytała Natha.
- Bierz ją, bierz ją, idźcie, idźcie - odpowiedział z aż dziwnie wyglądającym entuzjazmem.
- Sama nie wiem - przygryzłam wargę.
- Gadałam już z twoją mamą, ubieraj się - popędziła Paulina.
- No okej - zgodziłam się w końcu.
- Świetnie, idź się przygotować, baw się i tak dalej - powiedział zadowolony Nathan. - Tylko nie spij się za bardzo.
- Śmieszne. Pa - pomachałam i zakończyłam rozmowę. - Dobra, w co mam się ubrać?

***
Godzinę później byłyśmy już na miejscu.
- Paulina, czy tu są wszyscy, których znam? - spytałam.
- Prawie - przyznała z uśmiechem. - Bo w sumie to wiesz, to jest impreza dla ciebie.
- Awww, jesteście tacy kochani - uśmiechnęłam się.
- Kilku osób możesz nie znać, no bo jak ktoś chciał przyjść z kimś, to przecież nie powiem "nie, nara".
- Julka! - nie dożyję do końca imprezy, jeśli każdy będzie tak podbiegać i rzucać się na mnie.
Za to z każdym starałam się zamienić chociaż dwa zdania, dowiedzieć się co i jak. Dziewczyny oczywiście musiały wypytać mnie o mnóstwo szczegółów.
- Więc od początku - zaczęła Paulina podając mi kieliszek - jak się poznaliście?
- Nathan z chłopakami przyszli do pubu, w którym pracowałam i nie do końca się polubiliśmy.
- Kto się czubi, ten się lubi. Dobra, o co chodziło z tym pokazem, o którym nikt nic nie wie, dziewczyno, na fejsie powinien być wielki post IDĘ W POKAZIE!
I tak przez dobre pół godziny tłumaczyć im wszystko, blabla, słuchać, jak to zapewnie fajnie było w Los Angeles.... Nie, nie było fajnie, bo nie pojechałam tam do Disneylandu tylko wspierać chłopaka przed operacją, która mogła zniszczyć jego całą karierę.
W pewnym momencie usłyszałam znajome tony "Glad You Came".
- Koniec gadania, idziemy tańczyć - zarządziłam i poszłyśmy na parkiet.
Pod koniec piosenki weszłam na stół, zaczęłam przekrzykiwać muzykę, aż ktoś mądry ją ściszył.
- Kochani, jestem naprawdę mega mega mega szczęśliwa, że przyszliście tu dzisiaj, częściowo dla mnie, częściowo żeby po prostu się napić, tak czy inaczej proszę, skupcie się jakoś bliżej, żebym mogła wam wszystkim zrobić zdjęcie - chwilę zajęło aż udało mi się ustawić tak, żeby wszyscy mieścili się w kadrze. - Okej, dziękuję i I'm glad you came.
Zeszłam ze stołu i wróciłam do zabawy.
Takim sposobem do domu wróciłam o piątej, kiedy wciąż byłam pijana. Wystarczająco pijana, żeby już siedząc w swoim pokoju zadzwonić do Nathana.
- Halo? - usłyszałam mój ukochany zaspany głos.
- Cześć skarbieńku, mój misiu pisiu, tak za tobą tęsknię.
- Jules, wiesz, która jest godzina?
- Gdyby to było lato, to byłoby już jasno. Tak sądzę.
- Czy ty jesteś pijana? - spytał lekko rozbawiony.
- Moooże troszeczkę. Ale Nathan, to była moja zamknięta impreza, byli tam wszyscy moi znajomi, było taaak wspaniale, tylko ciebie brakowało.
- Cieszę się, że dobrze się bawiłaś.
- Dobrze, już Cię nie męczę, pewnie masz jutro coś szalenie ważnego do roboty, jak picie herbaty, musisz być wyspany.
- W zasadzie mam jutro lekcje śpiewu.
- Świetnie. To dobrze, bardzo sobrze - byłam zmęczona i pijana, plątał mi się język. - Ja będę cały dzień wyglądała jak zombie, więc nie zobaczysz mnie na skypie, tak więc do niedzieli.
- Papa, odpocznij sobie.
- Papapapapa - mówiłam i kontynouwałam, kiedy już odsunęłam telefon od ucha - papapapapa.
Położyłam komórkę na stoliku nocnym i siedziałam. Zbierałam siły, żeby się rozebrać. Po dłuższej chwili leżałam już w piżamie, ale na zmycie makijażu nie miałam siły.

***
Kolejny tydzień w Polsce minął równie szybko, co poprzedni i ani się obejrzałam, a już były święta! Dla chcącego nie ma nic trudnego i nawet w Wigilię znalazłam chwilę, żeby wejść na Skype'a, tuż przed kolacją.
- Ślicznie wyglądasz - powiedział Nathan.
- Chwila - mruknęłam, z szuflady biurka wyciągnęłam mikołajową czapkę i założyłam na głowę. - Teraz mam dopełniony look.
- Uśmiechnij się ładnie - powiedział.
Uśmiechnęłam się na moment.
- Zrobiłeś screen shot prawda?
- Dokładnie. Więcej, zamierzam wrzucić to na twittera.
- Nie byłbyś sobą, jakbyś tego nie zrobił - stwierdziłam.
Do pokoju wszedł mój brat.
- Julka, gotowa?
- Tak, już idę - odpowiedziałam. - Nath, muszę kończyć, mam kolację. Wesołych Świąt jeszcze raz, kocham cię.
- Nawzajem, ja ciebie też, jeszcze tylko pięć dni - uśmiechnął się.
- Dokładnie. Myślmy pozytywnie - uśmiechnęłam się i zakończyłam rozmowę.
Z uśmiechem zeszłam na dół, chociaż w środku było mi troszkę smutno, że nie mogłam być z Nathanem. I mama oczywiście wypatrzyła to w ułamku sekundy.
- Nie smuć się, macie się na codzień - objęła mnie i pocałowała w policzek.
O rany, na lotnisku poleje się dużo łez.
Mamie podobała się paleta cieni, tato na widok dziesięciu sezonów "Przyjaciół" cieszył się jak małe dziecko, a mój brat za nowe PSP wyściskał mnie za wszystkie czasy.
Następne dwa dni zeszły na wizytowaniu rodziny, każdemu wcisnęłam jakieś typowo angielskie pierdoły, za to ładnie zapakowane dzięki Nareeshy. Wujkowie jak to wujkowie są bardzo rozmowni po kilku głębszych.
- A powiedz mi - kontynuował przesłuchanie chrzestny. - samochód ma?
- No ba!
- Jaki?
- Camaro - powiedziałam z dumą. - Nawet prowadziłam.
- To po samochodzie - machnął ręką. - Puszcza cię przodem w drzwiach?
- Zawsze. Otwiera mi drzwi do samochodu i tak dalej. Nawet torebkę mi nosił.
- To nic złego też noszę twojej ciotce torebkę czasem! - powiedział obronnym tonem.
- Mieszkanie ma?
- Cóż, na razie jeszcze cały zespół mieszka razem, pięciu chłopa pod jednym dachem, potem kręcą ten program w LA, przed wylotem wynoszą się z mieszkania i po powrocie Nathan będzie kupował własne.
- Jaki program?
- Mama ci wyjaśni, muszę się napić, zaschło mi od tego gadania w gardle - szybko uciekłam z przesluchania do  kuchni.
Wracając "po drodze" poszłam sprawdzić telefon, nic od Nathana, stwierdziliśmy, że w święta jesteśmy dla rodziny, żadnych smsków pod stołem. Był za to mms od Nareeshy - zdjęcie jej i jej siostrzenic w mikołajowych czapkach, słodkie :)
Schowałam telefon i wróciłam do rodziny.
- Julcia, Julcia, wróć no tu, mamy jeszcze kilka pytań...
O rany, czy to się dzisiaj skończy...

Tak, na moje szczęście się skończyło. Wróciłam do domu, poszłam prosto do swojego pokoju, gdzie padłam na łóżko i od razu zasnęłam. Po półgodzinnej drzemce zeszłam do rodziców, brat cierpiał chyba na komputerowy trzydniowy głód, bo przechodząc obok jego pokoju słyszałam, jak gra.
- O rany, ale jestem zmęczona - powiedziałam siadając między rodzicami na kanapie.
- Tak, święta męczą - westchnęła mama.
- A ja głupia myślałam, że powinny służyć do odpoczynku - zaśmiałam się.
- Jeszcze mało wiesz o życiu - poklepał mnie tato.
- Tak wiem, co ja tam mogę wiedzieć, mieszkam jakieś dwa tysiące kilometrów od domu, za tydzień będę bezrobotna i bezdomna, ale co ja tam mogę wiedzieć.
- Julka, miałaś wszystko podane na tacy praktycznie - stwierdziła mama. - Jack gotował, nie musiałaś płacić za czynsz, a pracę pewnie szybko znajdziesz, a jak znam życie mieszkać będziesz u Nathana.
- Część racji może i masz, ale nie zamierzam mieszkać u Nathana, nic z tych rzeczy, wystarczy, że mam z nim jechać na te trzy miesiące do Los Angeles.
- To ty też jedziesz?! - zdziwił się tato.
- Tak, mówiłam przecież.
- Nie...
- Owszem tak, jak przyleciałam, mówiłam w Macu.
Rodzice zamyślili się na chwilę.
- Fakt, mówiłaś - stwierdzili zgodnie.
Zadzwonił mój telefon, spojrzałam na wyświetlacz. Yyy, temu panu dziękujemy.
- Michał? - spytała mama.
- Tak.
- Oj Julka...
- Mamo - powiedziałam ostro. - Obraził mnie, sugerując, że jestem z Nathanem dla kasy, obraził Nathana określając go jako rozkapryszoną gwiazdkę, chociaż nawet go nie zna. Mamo rozmawiałaś z nim parę razy na skypie, wiesz, że jest miły i uroczy.
- Ja wiem, może powinnaś dać też szansę Michałowi?
- Jak? Skoro on nie znając go określa go jako najgorsze. I to ma być niby okej, bo przez niego niby jestem daleko od domu, ale gdybym to ja była od razu uprzedzona do jego dziewczyny, o której nie miał czasu mi powiedzieć, wtedy zachowywałabym się jak gówniarz.
- Już się zachowujesz, bo nieodbieranie telefonu nie jest zbyt dojrzałe - wtrącił tato.
- Tato! - krzyknęłam. - Myślałam, że jesteśmy w jednej drużynie!
- Ja jestem Szwajcarią - założył ręce.
- To mój tekst - mruknęłam. - Dobra, dobra, pogadam z nim jutro.

Następnego dnia o umówionej porze spotkałam się z Michałem.
- Cześć - powiedziałam chłodno na powitanie.
- Julka, przepraszam...
- Za co dokładnie?
- Za oczernianie ciebie i twojego chłopaka. Znam cię przecież, wiem, jaka jesteś, wiem, że nie byłabyś w stanie spotykać się z kimś, kto byłby frajerem i gburem... I wiem, że jeśli z nim tyle jesteś, to to coś poważnego, a nie takie tam zauroczenie - powiedział ze skruchą.
- Już dobrze. Chciałam tylko, żebyś wiedział, że było mi przykro, kiedy powiedziałeś te rzeczy, mimo że zdaję sobie sprawę, że nie były przemyślane. I ja też powinnam zachować wtedy więcej zimnej krwi - przyznałam.
- To co, zgoda? - spytał.
- No pewnie - uśmiechnęłam się. - To teraz mów o tej Dorocie.
- Jest rok młodsza, tańczy w zespole, może to przez to jej nogi... hmm jakby to ładnie ująć... twoje są szczuplejsze.
- Michał... - wywróciłam oczami.
- No co, jestem szczery.
- Żeby ci ta szczerość kiedyś bokiem nie wyszła - pogroziłam palcem.
- Oj wiem.
- Lubisz ją?
- Bardzo.
- Twoja siostra ją lubi?
- Też.
- To dobrze - uśmiechnęłam się.
- Dobra, to teraz ty powiedz, co było z tą operacją Nathana.
Nie wiem, czy naprawdę go to interesowało, czy pytał z grzeczności, ale postanowiłam w to nie wnikać.
- No więc wszystko zaczęło się w czasie trasy koncertowej po Europie, co było najgorszym z możliwych terminów. Najpierw jednorazowo zabolało go gardło w Paryżu, w Wiedniu dowiedziałam się, że w Rzymie przepisano mu tabletki, a po koncercie w Berlinie, kiedy obudził się w tourbusie w ogóle starcił głos. Miał się oszczędzać, ale gówno to dało, musiał dokończyć trasę na playbacku, co mega go przybiło, bo dla kogoś kto zarabia na życie śpiewaniem nie ma nic gorszego niż playback. Wtedy mieliśmy też małe problemy, bo Nathan z początku nie radził sobie z tym wszystkim, był oschły i nieprzyjemny dla wszystkich, ale nikt go nie może za to winić... Lekarze nie potrafili powiedzieć co mu jest, dopiero w Los Angeles doktor zdiagnozował krwawiące guzki na strunach głosowych i potrzebna była operacja... - gadałam i gadałam, streściłam całą historię choroby i rekonwalescencji, później opowiadałam o wszystkich, jak Siva oświadczył się Nareeshy na wieży Eiffla, jak budowałam z Tomem forty z pościeli w tourbusie, a Michał tylko siedział i słuchał, bo taki był podział ról ;).

Chcąc niechcąc, a raczej jedno i drugie, w końcu musiałam wrócić do Anglii. Tym razem nie miałam ze sobą sterty prezentów, więc pakowanie powinno pójść lepiej. Ale niestety, miałam za to mnóstwo jedynych i niepowtarzalnych krówek, których nie ma w Anglii i mnóstwo ulubionych chrupek arachidowych. Chociaż tyle mi się od życia należy. Ale ze słodyczami czy bez, w tą stronę plecak Nathana już nie był mi potrzebny, wsadziłam go do walizki, a jako podręczny wzięłam torebkę, w której miałam potrzebne rzeczy, jak telefon, słuchawki, dokumenty, bilet, kilka kosmetyków zapakowanych w przezroczysty specjalny worek, które mogłam znieść do samolotu i słuchawki oczywiście.
Dojechałam na lotnisko, odbębniłam odprawę bagażową i... rozpłakałam się.
- Boże, dziewczyno, masz rozstrój emocjonalny czy co? - spytała rozbawiona mama. - Trzy dni temu płakałaś, kiedy skończyłaś rozmawiać Nathanem i usiadłaś z pudełkiem lodów, bo tak strasznie za nim tęsknisz, teraz wracasz do niego i znowu płaczesz?
- Bo teraz będę tęsknić za wami - pociągnęłam nosem.
- My za tobą też - powiedział Maciek i wszyscy w czwórkę się przytuliliśmy.
- Już nie płacz, zanim będziesz musiała iść, zdążymy napić się kawy - zarządził tato i poszliśmy do kawiarni.
Wtedy upewniłam się, że nie ma takiej sytuacji, w której kawa z karmelowym syropem i bitą śmietaną nie mogła poprawić mi nastroju.
Po następnej porcji płakania, o której szkoda gadać, przeszłam przez odprawę paszportową, ostatni raz pomachałam rodzinie i poszłam do poczekalni, gdzie ze słuchawkami na uszach dzielnie powstrzymując łzy czekałam na samolot.
Powinnam podejść do tego tak, jak podchodzą ludzie na studiach - jadą, przyjeżdżają na święta, znowu jadą, znowu wracają na wielkanoc, znowu jadą, przyjeżdżają na wakacje... Tyle że ja nawet wakacje spędziłam w Londynie. Ale... nikt nie powiedział, że nie mogę przyciągnąć Nathana na wakacje tutaj. A jak nie będzie chciał, to niech sam sobie jedzie na Barbados, Ibizę czy jakąś inną gorącą wyspę.
W końcu powróciłam myślami do realnego świata, ludzie zaczęli wsiadać do samolotu. Podniosłam się, kolejny raz pokazałam bilet, przeszłam do samolotu, udało mi się nawet zająć miejsce przy oknie. Nie ufam trybowi samolotowemu w telefonie, więc dla pewności wyjęłam kartę SIM i kontynouwałam słuchanie muzyki. Nie jestem pewna, w którym momencie lotu zasnęłam, ale obudziłam się, kiedy koła samolotu uderzyły o beton na płycie lotniska w Londynie. Nie spieszyłam się do wyjścia, w końcu ze mną na pokładzie nie odlecą, wyszłam pod koniec, na lotnisku skierowałam się do toalety, gdzie odświeżyłam się i poprawiłam makijaż, specjalnie nie spieszyłam się, a mimo to musiałam czekać na bagaż. Kiedy odebrałam walizkę, przeszłam przez rozsuwane drzwi i zaczęłam się rozglądać...

Tak jak prosiliście - Jul wróciła do Londynu :) Za cztery, pięć rozdziałów przewiduję coś MEGA, nie powiem czy będzie to szczęśliwe mega, czy płaczące mega, na pewno będzie wymagało zmiany perspektywy.
Zdradzę Wam też jeden z moich już nieaktualnych planów - chciałam w blogu zeswatać z powrotem Maxa z Michelle, ale odkąd zobaczyłam jego zdjęcie z Niną, po prostu nie mogę, bo są mega słodcy i jeśli ktoś z Was ma Twittera i widzi ich tweety, to wie, o czym mówię ;)

Z takich mniej przyjemnych rzeczy - w niedzielę czeka mnie przeprowadzka, nie będę miała na początku internetu, zaczynam studia blablabla, więc nie mogę obiecać, kiedy dodam następny rozdział, aczkolwiek postaram się zrobić to jak najszybciej :)

wtorek, 17 września 2013

62. Będę go tolerował...

Przyjechaliśmy do domu i poszłam prosto do swojego pokoju. Z lekką niepewnością otworzyłam drzwi, ale prędko odetchnęłam - przynajmniej tutaj nic się nie zmieniło. Postawiłam walizkę i plecak na ziemi i usiadłam na łóżku. Rozpakować się czy nie rozpakować, oto jest pytanie. Zostawienie tego na następny dzień było bardzo kuszące, ale przypomniało mi się, że mam kilka rzeczy, które łatwo się gniotą, a o wiele trudniej prasują, więc im prędzej je wyciagnę tym lepiej. Rozpakowałam laptopa, uruchomiłam go i puściłam muzykę. Wypakowałam dosłownie tylko rzeczy, które miałam na sobie wczoraj i stwierdziłam, że czas na przerwę. Postawoniłam sprawdzić Twittera. Weszłam w interakcje, pierwszy rzucił mi się w oczy tweet od Nathana:

@JulesM everytime you have to leave, I can't believe it hurts so deep, it's like a dagger in my heart...

Uśmiechnęłam się sama do siebie od ucha do ucha. To było takie słodkie... :) Dopiero wtedy zorientowałam się, że w moich głośnikach leciało właśnie "Dagger".
- To przeznaczenie - mruknęłam i wzięłam się za odpisywanie.

@NathanTheWanted aww, it's so cute! Miss you already :( x

Wzięłam się z powrotem za rozpakowywanie, poukładałam ciuchy na półkach i wieszakach, jeśli chodziło o chowanie prezentów, nie byłam zbyt oryginalna i przerzuciłam wszystko do walizki. Mogli sobie do niej zaglądać, i tak wszystko, co miało być zapakowane, już było za sprawą Nareeshy, która wręcz błagała, żebym jej pozwoliła owinąć wszystko papierem ozdobnym. W momencie kiedy wrzucałam walizkę i plecak na dno szafy, do pokoju weszła mama.
- Julcia, co tak sama siedzisz?
- Rozpakowywałam się - powiedziałam.
- Nic nie powiedziałaś na kuchnię, ani ściany...
- Sorki mamo, byłam tak skoncentrowana na tym, żeby od razu zrobić porządek ze swoimi rzeczami, że kompletnie nie zwróciłam uwagi. Chodźmy, obejrzę wszystko dokładnie - wstałam z kolan, zamknęłam laptopa i wyszłam z mamą z pokoju.  - No fakt, bardzo ładny ten kolor - przyznałam patrząc na ściany w korytarzu i przy schodach. - Mamo, czy to jest ta kuchnia, którą oglądałaś w Ikei od stycznia?
- Ta sama - pokiwała głową zadowolona mama.
- Kiedy mówiłaś, że jesteś gotowa rozwalić ścianę, myślałam, że żartujesz - powiedziałam zaglądając po półkach, których było dużo, a w przypadku mojej mamy im więcej tym lepiej.
- I jak ci się podoba?
- Bardzo, bardzo ładnie - uśmiechnęłam się.
- To co, może jakaś integracja? - spytał tato.
- Co proponujesz?
- Jakiś film?
- Zawsze spoko. Pójdę po młodego - wbiegłam po schodach na górę i poszłam do pokoju brata. - Młody, na dół, czas na integrację - wpadłam do pokoju bez pukania. - Będziemy oglądać film.
- Jaki? - spytał nieodrywając wzroku od ekranu komputera.
- Nie wiem jaki, chodzi o to, że razem posiedzieć, chodź - pociągnęłam go za rękaw.
- Idę, już idę - Maciek posłusznie wstał i zeszliśmy razem na dół.
W tym czasie rodzice przygotowali przekąski, tak chipsy, i colę i włączyli płytę. Jakaś średnich lotów komedia, na której słabo mogłam się skupić, bo byłam nadwyraz zmęczona. Po wszystkim poszłam wziąć kąpiel i prosto do swojego pokoju. Szybko uruchomiłam na chwilę komputer, ledwie zalogowałam się na Skypie, od razu zadzwonił do mnie Nathan.
- Hej, jak tam? - spytał.
- Dobrze, nie wiem czemu, ale jestem tak megas śpiąca, zaraz idę spać, weszłam tylko na chwilkę.
- Czujesz się już normalnie w domu?
- Jeszcze nie przyzwyczaiłam się do braku jednej ściany, ale jest okej - zaśmiałam się. - A co ty dzisiaj robiłeś?
- Miałem lekcję śpiewu, poszło całkiem nieźle, są nadzieje na Wembley.
- Nathan...
- Wiem, Jules, wiem, nie nastawiam się jakoś mega, po prostu istnieje możliwość, że może mi się uda - powiedział spokojnie.
- Po prostu nie chcę, żebyś się zawiódł.
- Tak, rozmawialiśmy już o tym - przypomniał.
- Nath, porozmawiamy kiedy indziej, bo naprawdę ledwie cię widzę na oczy - powiedziałam ziewając.
- Widzę właśnie - zaśmiał się. - Słodkich snów.
- Nawzajem - posłałam mu buziaka, zakończyłam rozmowę i padłam, jak zabita do łóżka.

Rano obudził mnie telefon. Nie spojrzałam ani kto dzwoni, ani która godzina, tylko odrzuciłam połączenie. Jeśli to Nathan, zorientuje się, że śpię, a skoro jestem w domu, żadnych innych ważnych połączeń nie oczekuję. Po chwili usłyszałam tupanie na schodach i ktoś wpadł do mojego pokoju. 
- Najpierw ukrywasz się w Anglii, a jak już jesteś w Polsce, to nawet nie odbierzesz, żeby powiedzieć "Cześć"? - usłyszałam znajomy głos.
- Michał! - uśmiechnęłam się odgarniając kołdrę z głowy i wstając z łóżka.
- Dzwoniłem do ciebie kilka tygodni temu, do tej pory nie oddzwoniłaś - powiedział oskarżycielsko, przytulając mnie.
- Tak, byłam wtedy w Los Angeles, była druga w nocy i następnego dnia czekała mnie operacja. Sorry, że zapomniałam o telefonie w środku nocy.
- Miałaś operację? - spytał zdziwiony.
- Nie ja, Nathan.
- A tak, coś słyszałem - machnął ręką.
- Czemu mam wrażenie, że nie za bardzo za nim przepadasz? - spytałam.
- Dobrze ci się wydaje.
Zatkało mnie. Wiedziałam, że Michał jest szczery, ale zazwyczaj wolał lekko maskować swoją szczerość niż wprawiać mnie w smutek czy zakłopotanie.
- Wow - wydusiłam w końcu. - Zadziwiające, zwłaszcza, że nawet go nie znasz.
- Nie chodzi o to, czy go znam, czy nie. Chodzi o to, że trzyma cię w Londynie, z dala od domu.
- Pomijasz fakt, że czyni mnie nieziemsko szczęśliwą - powoli ciśnienie mi się podnosiło.
- Kobieto, tego kwiatu jest pół światu, a ty wybrałaś Londyn.
- I tu się mylisz. Nathan jest najwspanialszą osobą na tym świecie i nikt nie byłby w stanie go zastąpić.
- Najwspanialszą powiadasz - mruknął i zaczął szukać czegoś w telefonie. - A co powiesz na to? - pokazał mj telefon.
Było to ściągnięte z internetu zdjęcia z tej przeklętej afery z Dionne.
- O rany - zaśmiałam się gorzko. - Serio? Mówiłam to i mamie i tacie i tobie. Nie wszystko, co zobaczysz jest prawdą.
- On ją całuje!
- To było zmanipulowane przez nią! Bo jest małą stukniętą wariatką! - powiedziałam, minęłam go i wyszłam z pokoju.
Zeszłam na dół i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nikogo nie ma.
- Gdzie wszyscy? - spytałam Michała, który zszedł zaraz za mną.
- Wpuścili mnie i pojechali na zakupy - powiedział.
Od tego momentu przez chwilę ignorowałam jego obecność, chociaż on wciąż na mnie patrzył, próbując mnie sprowokować, żeby spojrzeć na niego i wybuchnąć śmiechem, jak zawsze. Postawiony między nami jego telefon podświetlił się, wyświetliło się powiadomienie o rozładowanej baterii, które szybko zniknęło i widać było tapetę.
- Hola, hola! - powiedziałam biorąc szybko telefon. Na tapecie była jakaś dziewczyna i Michał całujący ją w policzek. - Kto to?
- Dorota. Moja... moja dziewczyna.
Świetnie. I to mnie ominęło...
- Jak długo z nią jesteś? - spytałam.
- Jakieś trzy miesiące.
- Przez trzy miesiące nie miałeś czasu poinformować mnie, że jesteś z kimś... - mruknęłam.
- Rzeczy się zmieniają, Julka.
Fakt, wszystko się zmieniło. Przestałam być informowana o czymkolwiek. Pierwszy raz w życiu rodzinny dom był ostatnim miejscem, w którym chciałam być. Marzyłam, żeby natychmiast wrócić do Londynu, do Nathana...
- W zasadzie to przyszedłem tu - Michał kontynouwał - bo chciałem, żebyście się poznały, żebyś ją polubiła...
- O więc z góry zakładasz, że ja koniecznie z pewnością polubię twoją dziewczynę, chociaż na dzień dobry zrobiłeś mi awanturę o mojego chłopaka, z którym jestem prawie pół roku, którego nie lubisz, chociaż nawet nie znasz? - sorry kolego, uruchomiłeś wredną część mnie, która była uśpiona bardzo długo.
- Zróbmy to tak - zaproponował. - Nie będę wyrażał swojej niechęci do Nathana czy jak mu tam, będę go tolerował...
- Pan łaskawy się znalazł... - mruknęłam.
- Ale ty odpowiesz mi na pytanie.
- Jakie?
- Czy gdyby nie był w zespole i nie byłby znany, też chciałabyś z nim być?
Po raz kolejny tego ranka mnie zatkało.
- Sugerujesz, że jestem z nim dlatego, że jest sławny?
- Spójrzmy prawdzie w oczy. Jesteś, a może byłaś, osobą związaną z rodziną chyba najbardziej na świecie, aż tu nagle wyjeżdżasz do Londynu i wijesz tam sobiw gniazdko z gwiazdką popu. Nie powiesz mi, że zostawiłaś wszystko za sobą tylko dlatego, że jest taki wspaniały i dobroduszny.
- Chcesz powiedzieć, że jestem z nim dla kasy?! - krzyknęłam. - Więc teraz ci coś powiem. Nathan może i jest znany na całym świecie, ale wciąż jest przy tym jedną z tych osób, którym sodówa nie uderzyła do głowy. Nie wydaje kasy na pierdoły...
- Takie tam Camaro - wtrącił Michał, ale zignorowałam jego komentarz.
- Nie obnosi się z tym, że odniósł sukces, nie uważa się za lepszego od innych. Jest zwykłym dwudziestolatkiem, czasem bardziej czasem mniej zapracowanym. Jest opiekuńczy i dba o mnie. Kiedy byłam w szpitalu po wyrostka siedział przy mnie od rana do nocy, kiedy był w trasie w USA potrafił wstać w środku nocy tylko po to  żeby przez pięć minut zobaczyć mnie na Skypie. Kiedy miał operację był twardszy ode mnie, paradoksalnie w pierwszej chwili do wspierał mnie, zamiast ja jego, a opiekowanie się nim i pomaganie mu po operacji niewyobrażalnie nas do siebie zbliżyło i jest między nami ten rodzaj więzi, który sprawia, że mogę góry przenosić. Może poczujesz kiedyś coś podobnego, wtedy zrozumiesz i przestaniesz najpierw oczerniać go jakimiś starymi artykułami, a potem mnie mówiąc, że jestem z nim dla kasy - wyrzuciłam z siebie wszystko, co leżało mi na sercu.
- Wiesz, myślę, że powinniśmy pogadać kiedy indziej, dzisiaj jest zły dzień - powiedział po chwili ciszy.
- Pewnie tak - przyznałam. Jego taktyka. Kiedy coś idzie nie po myśli zwala to na "zły dzień".
- Na razie - Michał ubrał się i wyszedł.
Byłam taka wściekła, tak podniósł mi ciśnienie, miałam ochotę coś rozwalić. W tym momencie odezwała się moja komórka.
- Marta! - ucieszyłam się.
- Jesteś już w Polsce? - spytała.
- Tak, jestem. Przyleciałam wczoraj.
- Kiedy się widzimy? Nie mówię, że dzisiaj, bo pewnie chcesz spędzić czas z rodziną, ale koniecznie w tym tygodniu.
- W zasadzie możemy zobaczyć się dzisiaj - stwierdziłam. - Zbierz dziewczyny i widzimy się za godzinę w kawiarni.
Pobiegłam na górę przebrać się i pomalować do wyjścia. Kiedy już schodziłam do wyjścia, wrócili rodzice i Maciek.
- Cześć Jula - uśmiechnął się tato.
- Cześć, cześć, przepraszam, że wychodzę, ale Michał tak podniósł mi ciśnienie, że potrzebuję babskich pogaduch. Niedługo wrócę - obiecałam.
- Jasne, baw się dobrze - powiedziała mama.
Po drodze wstąpiłam do kantoru, bo fajnie byłoby mieć jakieś polskie pieniądz przy sobie i spóźniona dwie minutki weszłam do kawiarni, gdzie czekały już na mnie moje dziewczyny.
- Rany, jak się za wami stęskniłam! - pisnęłam tuląc każdą po kolei. - Opowiadajcie co i jak.
- O nie nie nie, najpierw ty opowiesz nam wszystko o swoim ukochanym - powiedziała Marta.

To był długi, prawie jednogodzinny monolog, w którym opowiedziałam wszystko, co tylko przyszło mi do głowy o Nathanie.
- ... no i na święta dał mi to - na koniec pokazałam dziewczynom łańcuszek i wisiorek od Nathana.
- Jaki śliczny! - powiedziały oglądając go z każdej strony.
- O rany - zacięła się Aga.
- Co jest? - spytałam.
- Julka, to Tiffany.
- Co, niemożliwe - na tyle na ile mogłam, przyjrzałam się drugiej stronie wisiorka. - Tiffany ma turkusowe pudełeczka - i wtedy zobaczyłam malutki grawer. - Skubany zamienił pudełko, żebym się nie zorientowała.
- Ale po co?
- Bo zabraniam mu wydawać na siebie tyle kasy - wyjaśniłam. - Dobra, dosyć o mnie, opowiadajcie co u was...

Po ponad czterech godzinach, w trakcie których zjadłam dwa ciastka, mus truskawkowy i wypiłam dużą latte, czułam się o wiele lepiej niż po porannej wizycie Michała. Jednak dziewczyny to dziewczyny, czasami i nam zdarza się nie szukać problemów na siłę. Co nie zmienia faktu, że będę musiała porozmawiać z Michałem, do tego jak dorośli.
Kiedy weszłam do domu, zapachniało obiadem.
- Już jestem! - krzyknęłam ściągając buty i kurtkę.
- Świetnie zaraz obiad - odkrzyknęła z kuchni mama.
- W zasadzie to nie jestem głodna - powiedziałam siadając na blacie.
- To powiedz, czym ten Michał tak cię zdenerwował? - spytał tato.
- Ha, biorąc pod uwagę, że jesteście moimi rodzicami i akceptujecie mój związek z Nathanem, jest to zabawne, bo Michałowi się on nie podoba - powiedziałam. - Nie, nie chcę o tym rozmawiać ani słuchać rad, niech się wali, oni mi życia układać nie będzie - zatkałam uszy, zanim ktoś zdążył otworzyć usta.
- Oh Jula... - mama westchnęła i wywróciła oczami. - To jesz ten obiad czy nie?



Muszę się przyznać - nie cierpię pisać tych rozdziałów, kiedy Jules jest w domu, bo nie ma się, co tam dziać :P mam nadzieję, że jednak wyszło mi coś z tego, jeśli nie, to obiecuję, za kilka rozdziałów  się rozkręci :)

Zapomniałam się spytać - jak podoba się Wam "Show Me Love"? :) Bo mi bardzo, nawet teraz w środku nocy chodzi mi po głowie, ale nie chce mi się wstać po słuchawki :P

PS San jak to czytasz - najczęściej czytam Twojego bloga na telefonie, który coś wariuje i powoduje, że nie mogę się zalogować, żeby dodać komentarz, a jak jestem na komputerze to zapominam :( (tak, teraz też jestem na telefonie :p), ale wiedz, że ciągle tam jestem ;)

środa, 11 września 2013

61. Za dużo informacji do przetrawienia + TVB

Zanim przejdę do bloga i notki ode mnie, zajmę się TVB (serio, nie umiem tego napisać), dostałam nominację od Dreamer, kolorowa98, Rina L., Wika_TW i Camille Lellek.
Krucho u mnie z czasem, wszyscy wiedzą o co chodzi, więc przejdę do faktów, a ma ich być 35 o.O.

1. Kiedy miałam 7 lat, złamałam rękę (na hulajnodze - nie wnikajcie jak).
2. Niedawno złamała się pode mną ławka... (ponownie - nie wnikajcie).
3. Od października będę mieszkać we Wrocławiu i mega mnie to jara :D.
4. Nienawidzę Rihanny, nie rozumiem jej fenomenu, uważam, że jest strasznie wulgarna.
5. Nie palę papierosów. Ani niczego innego.
6. Wiecie, jak są takie imprezy, gdzie ludzie rzucają się kolorowymi proszkami? Brałam w czymś takim udział i chociaż moje conversy był po tym tęczowe i trochę się tego najadłam było super! :D
7. Brałam też udział w bitwie na balony z wodą i to też było fajne :)
8. Wolę Strabucksa od Coffee Heaven.
9. Chociaż uwielbiam The Wanted i Lawson to zespołem wszechczasów jest dla mnie Bon Jovi.
10. W liceum chodziłam do klasy humanistycznej, teraz będę studiować finanse i rachunkowość (mało pokrewne, wiem :P).
11. Uważam, że Jade z Little Mix jest mega, mega, mega śliczna, chociaż czasami ma zbyt dużo make upu, ale na przesłuchaniu do XFactora wyglądała pięknie.
12. Piszę te fakty od jakichś stu godzin i aktualnie bawię się w wyimaginowaną perkusję, na której gram "Learn To Love Again".
13. Jak dla mnie na świecie mógłby być tylko jeden autor książek - Harlan Coben.
14. Przekonałam się na własnej skórze, że jeśli pije się zbyt dużo Redd'sów albo Somersby potem bolą zęby (przez to że mają dużo kwasku cytrynowego).
15. Nigdy nie miałam zagrożenia w szkole.
16. Za puszkę coli i M&M'sy lub żelki jestem w stanie zrobić wszystko.
17. Najlepsze są frytki z Maca :D.
18. Lubię herbatę z mlekiem.
19. Biegam co drugi dzień.
20. Nie umiem śpiewać, tańczyć ani nic innego, generalnie jestem beztalenciem :P.
21. Nie lubię mówić o swoich uczuciach. O ile normalnie jestem gadatliwa, tak milknę, kiedy mam się otworzyć.
22. Ale! Gadatliwa jestem tylko przy znajomych i przyjaciołach. Dopóki kogoś nie poznam jestem raczej zamknięta w sobie i nieśmiała.
23. Zbyt łatwo ufam ludziom.
24. Moje ulubione seriale: NCIS, Castle, House, Chuck, Plotkara, Pamiętniki Wampirów, Hart Of Dixie, Beauty and the Beast, Hot In Cleveland, The Client List (tak, dużo tego :P).
25. Mój odtwarzacz muzyki to prawdziwy miszmasz, jest tam prawie wszystko oprócz techniawy, Rihanny i One Direction (jeszcze kilku innych ale nie wchodźmy w szczegóły).
26. Byłam niesamowicie zdenerwowana, kiedy ludzie, zwłaszcza na Twitterze, strasznie hejtowali Nareeshę po TWL, zwłaszcza, że nie widziałam ku temu powodu.
27. Jestem owocożercą, mogłabym jeść owoce non stop.
28. Masterchef: Juniorzy to najlepszy program w telewizji, aczkolwiek dzieci wprawiają mnie w kompleksy.
29. Co tydzień obowiązkowo oglądam "Wojny magazynowe" na TTV.
30. Wcale nie oglądam tak dużo telewizji na ile wygląda :P.
31. Chciałabym być trochę niższa.
32. Uważam, że idealny wzrost to 1.68.
33. ... a dla chłopaka powyżej 1.80 ;).
34. Aktualnie (kilka godzin po punkcie 12.) Jem śliwki.
35. Moja ulubiona liczba to 1 i 12.

   

Obudziłam się niewyspana, ale szczęśliwa, mimo że musiałam wyjechać. Dopiero po chwili do mnie doszło, że nie obudziłam się sama z siebie, ale obudziło mnie stukanie do drzwi.
- Jules! Nathan! - przekrzykiwali się Siva i Max.
- Co? - mruknęłam.
- Zobacz na godzinę.
- Nathan, podaj mi telefon - szturchnęłam chłopaka łokciem.
Sykes leniwie sięgnął po moją komórkę. Rozładowana.
- Daj swoją - sztruchnęłam go ponownie.
Podał mi iPhone'a, wcisnęłam przycisk od blokady i...
- O kurwa - zerwałam się szybko na równe nogi.
- Co ci? - Nathan otworzył jedno oko.
- Telefon mi padł i budzik nie zadzwonił, za pół godziny muszę być na lotnisku, jestem w dupie! - krzyknęłam i zaczęłam nerwowo szukać jakiś ciuchów. - Sykes, rusz się, masz mnie zawieźć na lotnisko! I mało mnie obchodzi jak, ale mam zdążyć na samolot!
- Dobra, już wstali - usłyszałam chłopaków za drzwiami.
Szybko, a zawsze kiedy robiłam coś szybko trzęsły mi się ręce, wyciągałam z walizki dżinsy i sweter, kiedy podszedł do mnie opatulony kołdrą Nathan, podniósł mnie do góry, mocno przytulił i też okrył kołdrą.
- Nathan, nie mamy czasu - próbowałam się wyrwać.
- Uspokój się i odetchnij, bo z pośpiechu jeszcze nic dobrego nie wynikło - powiedział cicho.
- Nath...
- Wdech - powiedział.
Z wywróceniem oczami wzięłam głęboki wdech.
- I wydech - wypuściłam powietrze. - Poza tym, co? My mielibyśmy nie zdążyć?
- Kto jak kto, ale my zawsze zdążymy na samolot - zaśmiałam się, przy czym przypadkiem spojrzało mi się w dół. - Ubrałbyś się - mruknęłam sięgając po ubrania.
- Sama jesteś tylko w mojej koszulce, więc nie bądź taka mądra.
- No nie do końca - powiedziałam.
Nathan przyjrzał mi się podejrzliwie i podniósł rąbek koszulki.
- Oszustka! - krzyknął.
- Nie mam czasu na dyskusje - pokazałam mu język i uciekłam do łazienki. - Tom, podładuj mi telefon - komórkę podałam Parkerowi, którego spotkałam na korytarzu.
Wparowałam do łazienki, ubrałam się, umyłam zęby, pomalowałam rzęsy i w ekspresowym dla mnie czasie pięciu minut byłam gotowa. Wróciłam do pokoju, wrzuciłam kosmetyczkę i wczorajsze ciuchy do walizki i zbiegłam na dół.
- Niech ktoś zniesie moją walizkę! - krzyknęłam zbiegając po schodach. Założyłam emu, kurtkę i szalik, w międzyczasie Nathan zszedł z moją walizką i plecakiem do auta.
- Torebka! - krzyknęłam i wróciłam na górę.
Z komody zgarnęłam torebkę, w której był portfel, paszport, bilet i słuchawki i zbiegłam z powrotem na dół.
- Telefon! - Tom podał mi ledwie załadowaną komórkę.
- Śniadanie - Nareesha (nawet nie wiedziałam, że tu spała) podała mi zawiniętą kanapkę i kubek termiczny.
- Dziękuję, dziękuję, kocham was, wesołych świąt - każdego przytuliłam i poleciałam do auta, w którym Nathan kończył swoją kanapkę.
- Jedź już! - powiedziałam zanim jeszcze zamknęłam drzwi.
Nathan ruszył, ja zdjęłam kurtkę, zapięłam pas i wzięłam się za swoje śniadanie.
- W schowku są jakieś kable, sprawdź czy jest ładowarka samochodowa z twoim wejściem - powiedział Nathan.
Otworzyłam schowek, przebrnęłam przez milion kabli z różnymi końcówkami i jakimś cudem znalazłam tam końcówkę pasującą do mojego telefonu.
- Nie wiem po co ci tyle kabli, ale niech ci to Bóg w dzieciach wynagrodzi - powiedziałam podpinając komórkę.
- A to już jest w twojej kwestii - uśmiechnął się do mnie.
- Ty patrz lepiej na drogę - przekręciłam mu głowę i wróciłam do uruchamiania telefonu. Po chwili, która zdawała się trwać całe wieki mogłam w końcu zadzwonić do mamy.
-No w końcu, całe wieki do ciebie dzwonię - powiedziała mama na dzień dobry.
- Też miło mi cię słyszeć - powiedziałam.
- Heathrow? - spytał Nathan ustawiając się na pasie przed światłami.
- Ta - mruknęłam. - Telefon mi się rozładował - wróciłam do rozmowy z mamą. - Co? Nie! Żadne Heathrow, Stansted, Nathan, Stansted!
Za każdym razem latam z tego samego lotniska i jeszcze się nie nauczył...
Akurat światło zmieniło się na zielone, więc Nathan zjechał na właściwy pas wymuszając pierwszeństwo, o centymetry unikając stłuczki i otrzymując miesięczną pulę trąbień.
- Julka? - spytała zaniepokojona mama.
- Tak, żyję, trochę pomyliło nam się pas - powiedziałam.
- Czy ty nie powinnaś być już na lotnisku?
- Powinnam, trochę nam się zaspało. Spoko zdążę.
- Dobra, powiedz mi tylko o której lądujesz? O ile w ogóle wsiądziesz do tego samolotu.
- Za pięć dwunasta czy jakoś tak. Muszę kończyć, bo międzykrajówki nie są za darmo, poza tym muszę robić za pilota. Do zobaczenia - rozłączyłam się i dałam telefonowi w spokoju się ładować. - CHCESZ NAS ZABIĆ?! - krzyknęłam.
- Marzę o tym, będziemy jak Romeo i Julia - odpowiedział spokojnie.
- Ugh.... Jedź. Po prostu jedź, tylko bezpiecznie - powiedziałam zrezygnowana.
Nathan zwolnił pięć mil poniżej dopuszczalnej prędkości.
- Co robisz? - spytałam.
- Jadę bezpiecznie.
- Nathan, spóźnię się na samolot - warknęłam.
- Dasz mi prowadzić i przestaniesz się wymądrzać?
- Dowieziesz mnie w całości na lotnisko?
- Czyli się dogadaliśmy - powiedział zadowolony i wcisnął pedał gazu.
Miałam mruknąć pod nosem jakiś niepochlebny komentarz, ale stwierdziłam, że jeśli chcę dzisiaj dotrzeć na to lotnisko i to migiem, lepiej jest siedzieć cicho. Ale nie byłabym wtedy sobą...
- Jak zamierzamy w pół godziny pokonać drogę, która normalnie zajmuje godzinę? - spytałam.
- Jules, skup się. Odprawa trwa od którejś do którejś. Ile dokładnie mamy czasu zanim się skończy?
- 33 minuty.
- Czyli zdążymy - powiedział. - Nie wiem jak, ale wiem, jak ważne jest dla ciebie, żeby wsiąść do tego samolotu i wsiądziesz do niego - powiedział zaciskając mocniej ręce na kierownicy.
- Nie sądzisz, że to zabawne? - spytał Nathan po dłuższej chwili ciszy, w której ja zjadłam kanapkę i wypiłam herbatę, a on znacząco przekraczał prędkość.
- Co takiego?
- Zawsze, ale to zawsze masz idealnie naładowaną baterię, a kiedy raz trzeba wstać o świcie telefon ci pada.
- To raczej tragiczne niż zabawne - stwierdziłam. - Poza tym miałam dać go do ładowania, ale ktoś skutecznie wybił mi to z głowy. Nie, wcale nie patrzę na ciebie oskarżycielskim tonem - powiedziałam oczywiście patrząc na niego.
- Więc co, to moja wina? - oburzył się na żarty.
- Tak! Pocałowałeś mnie w szyję, dobrze wiesz, co wtedy się ze mną dzieje.
- Ojj wiem - oboje się zaśmialiśmy.
- Będę za tobą tęsknić - powiedziałam.
Wtedy zaczęło do mnie dochodzić... Dwa tygodnie. PONAD dwa tygodnie, 1200 km od Nathana.
- Hola, hola, na smutki przyjdzie pora, jak dojedziemy na lotnisko - dał mi kuśkańca w bok. - Włącz radio czy coś.
Jak chce, to spoko, wcisnęłam przycisk i po chwili w aucie zaczęła grać muzyka.
- Dziewczyno, "The Sciencist" to nie najlepszy wybór, kiedy próbuje się uniknąć wszechobecnego smutku, zmień stację - wywrócił oczami.
- Okej, okej - zmieniłam stację. - Wiesz, już chyba wolę Coldplay niż One Direction - stwierdziłam przełączając dalej. - Dobra, już lepiej - zostawiłam na stacji grającej jakąś wesołą pioseneczkę.

Dwa korki i kilka zmienionych stacji później dojechaliśmy na lotnisko.
- Zatrzymaj się pod wejściem, ja wezmę walizkę, ty zaparkujesz i dojdziesz do mnie z plecakiem - powiedziałam zakładając kurtkę.
Nathan zatrzymał samochód, przyciskiem otworzył bagażnik, ja wybiegłam, wyciągnęłam walizkę, zatrzasnęłam klapę i poleciałam do środka. Z paniką w oczach biegłam przez lotnisko jak nienormalna, nawet nie wiedziałam czy biegnę w dobrym kierunku. Jak się okazało kawałek dalej w dobrym i dobiegłam na stanowisko dosłownie w ostatniej chwili.
- Dzień dobry - powiedziałam zdyszana z uśmiechem.
- No, udało się pani - uśmiechnęła się pracownica.
Wiem, że mi się udało, gdybym trafiła na jakąś wredną, powiedziałaby mi, że odprawa zamknięta i mogę ją cmoknąć w tyłek.
Nadałam bagaż, odbyłam z miłą panią krótką konwersację i ze spokojem odeszłam od stanowiska. No, teraz beze mnie nie odlecą. Po chwili doszedł do mnie Nathan z plecakiem.
- I jak? - spytał.
- A widzisz gdzieś obok mnie walizkę? - spytałam. - No udało się.
- Ha wiedziałem, co nam miałoby się nie udać? - objął mnie z uśmiechem. - Wzięłaś wszystko?
- Jeśli przeszłam przez pierwszą odprawę, to znaczy, że mam paszport i bilet, czyli mam wszystko, nic inne nie ma znaczenia - stwierdziłam.
- Ach tak? - Nath pomachał moim telefonem.
- No dobra, to też - zaśmiałam się. - Nie po to miałam z nim tyle zachodu, żeby teraz zostawić go w aucie.
Komórkę od razu wyłączyłam i wsadziłam razem z torebką do plecaka, przez wszystkie graty cudem ją zmieściłam, w ręce zostawiam tylko dokumenty.
- Chcąc niechcąc powinnam przejść do strefy odlotów - powiedziałam.
- Chodź, odprowadzę cię - objął mnie i ruszyliśmy do bramek. - Pamiętaj, żeby dać znać zaraz po przylocie. I nie smuć się. I baw się i spotykaj ze znajomymi. Tak, to z nimi albo z rodziną masz spędzać wieczory a nie na Skypie. Ale odzywaj się czasami. Kiedy w ogóle wracasz? - Nathanowi włączył się słowotok.
- Dwudziestego dziewiątego - powiedziałam smutno.
- Przynajmniej nie dzieli nas osiem stref czasowych - uśmiechnął się słabo.
- Tylko jedna, a to tyle co nic, więc możesz do mnie dzwonić, kiedy zechcesz bez zastanawiania się, czy przypadkiem nie jest u mnie środek nocy.
Wolnym tempem doszliśmy do bramek.
- Strzelam, że na mnie już pora - westchnęłam. - Uważaj na siebie, nie gadaj dużo na dworze, pamiętaj, żeby nawilżać gardło, nie śpiewać i nie pospieszać niczego, chodź na lekcje i tak dalej, ale do niczego się nie... - dokończyć nie zdążyłam, bo Nathan zatkał mi usta swoimi. 
- Jules, mam dwadzieścia lat, nie dwa - powiedział po chwili. Dłuższej chwili. 
- Tak, tak, wiem - westchnęłam. - Naprawdę muszę iść...
Nathan odgarnął mi włosy z twarzy, pogłaskał mnie po policzku i oparł swoje czoło o moje.
- Kocham cię - wyszeptał.
- Ja ciebie też - odpowiedziałam i czule go pocałowałam. - Pa - powiedziałam, kiedy z trudem i wbrew sobie się od niego oderwałam.
- Ty chyba nie zaczynasz płakać, co?
- Och, spadaj - uderzyłam go w ramię i zaczęłam szybko trzepotać rzęsami.
- Oj, Jules - Nathan zaśmiał się lekko i mocno mnie przytulił.
- Dobra, idę, bo jednak polecą beze mnie - powiedziałam i resztkami swojej stanowczości uśmiechnęłam się do Natha i ruszyłam w stronę bramek.
Doszłam do celnika, ostatni raz obrócił się do Nathana, który pomachał mi i powoli ruszył w stronę wyjścia.
Rany, pożegnania są takie okropne. Nawet jeśli nie są na zawsze, bo przecież wrócę, to świadomość, że nie zobaczę Natha ani jutro ani za dwa dni jest przygnębiająca i mam ochotę na m&m'sy i colę. Do tego wydaje mi się, że jest to jeszcze trudniejsze, bo przez ostatnie tygodnie byliśmy razem praktycznie non stop, nie mówię, że gdyby było jak wcześniej - pracowałabym normalnie, a Nathan dawał wywiady, koncerty albo pracował w studio, to na lotnisku byłoby "Cześć, do zobaczenia za dwa tygodnie", ale z pewnością operacja i wszystko co z nią związane mocno nas zbliżyło.

Po dwóch godzinach lotu byłam w końcu w Polsce. Nauczona doświadczeniem, że zawsze trzeba czekać aż bagaże wyjadą na taśmę, poszłam do toalety, poprawiłam włosy, chociaż nie jest to odpowiednie słowo, bo skoro rano nic z nimi nie zrobiłam, to nie miałam co poprawiać, poprawiłam makijaż i dopiero wtedy poszłam po swoją walizkę. Plecak założyłam na oba ramiona, wielką walizę ciągnęłam za rączkę, wyglądałam jak prawdziwy Jaś Wędrowniczek. Przeszłam długim korytarzem, doszłam do drzwi, które się rozsunęły i zobaczyłam tłum ludzi czekających na swoich bliskich. Fajnie, ale chciałabym znaleźć swoją rodzinę. Co w sumie nie było takie trudne, bo zaraz podleciał do mnie mój brat.
- Julka! - o rany, przez całe życie nigdy nie cieszył się tak na mój widok.
- Maciek - mocno go przytuliłam. - Gdzie mama?
- Tam, przy filarze. Daj, wezmę to - szybko zabrał ode mnie plecak i walizkę.
- O rany, urosłeś! - powiedziałam zdziwiona. Jeszcze niedawno był niższy ode mnie.
- No ba, na każdego w końcu przychodzi pora - stwierdził z dumą.
Ruszyliśmy do filara, przy którym spodziewałam się tylko mamy, a tymczasem...
- Tato?! Co ty tu robisz? Powinieneś być w pracy, myślałam, że przylatujesz dopiero za tydzień - zdziwiłam się na widok obojga rodziców.
- A tymczasem widzisz. Zmieniłem pracę, nie ma już żadnego latania - powiedział zadowolony.
- zmieniłeś pracę? Kiedy?
- Jakiś miesiąc temu.
- Chcieliśmy zrobić ci niespodziankę - dodała mama.
- No i się udała - powiedziałam.
Byłam z rodziną niecałe dwie minuty, a uderzyło we mnie tyle nowości, że mój mózg nie był w stanie ich przetrawić.
- Pojedziemy coś zjeść? - zapytałam.
- Pewnie, chodźmy. Jeszcze sobie zapalę - tato jeszcze w budynku wyciągnął papierosa z paczki. Przynajmniej to się nie zmieniło.
- Ty pal, ja zapłacę za parking - mama zaczęła szukać drobnych w portfelu.
- To ja szybko zadzwonię do Nathana - stwierdziłam. - Młody, daj mi szybko plecak - z plecaka wyciągnęłam torebkę - już możesz wziąć.
Przed budynkiem odeszła trochę na bok, włączyłam telefon,  który automatycznie połączył się z lotniskowym wifi, więc przyszła mi masa powiadomień, które na razie zignorowałam. Wybrałam numer i zadzwoniłam do Natha.
- Halo?
- Hej, doleciałam.
- To dobrze - ucieszył się szczerze Nathan. - Ale nie brzmisz jakoś wesoło.
- W dwie minuty wpłynęło do mnie tyle informacji, że trochę mnie wszystko przytłoczyło. Ale jest dobrze - zapewniłam.
- Na pewno?
- Julka, idziesz? - krzyknął Maciek.
- Już idę! - odkrzyknęłam. - Tak na pewno. Muszę kończyć, jedziemy coś zjeść, mam nadzieję, że nie wpłynie do mnie więcej nowych informacji - lekko zaśmiałam się próbując zrobić z tego żart.
- Jules pamiętaj, że zawsze możesz do mnie zadzwonić - powiedział poważnie Nathan.
- Tak, wiem. Odezwę się potem, pa - schowałam telefon do torebki i pobiegłam do rodziny.
Nie jesteśmy bardzo wymagający, albo przynajmniej ja, więc zadowolił mnie McDonald's.
- Młody, jak w szkole? - spytałam gryząc frytkę.
- A wiesz, że nie szykuje mi się żadne zagrożenie? - powiedział.
- wow, to rzeczywiście coś nowego - zaśmiałam się. - A wiesz już, gdzie chcesz iść po gimnazjum?
- Jeszcze nie.
- Nie przejmuj się, co byś nie wybrał i tak będziesz robić coś innego - stwierdziłam.
- Nie mogę się doczekać, aż zobaczysz nowy wystrój - powiedziała podekscytowana mama.
- Wystrój czego? W końcu przekonałaś właściciela do zmiany tych okropnych zasłon w restauracji? - spytałam.
- Nie, skarbie, wystrój domu.
- Domu?
- Tak, widziałam przepiękną kuchnię w Ikei, żeby ją wmontować trzeba było trochę zmienić na dole...
- Wyburzyć ścianę - wtrącił tato.
- Nieważne, ale efekt jest świetny.
- O, wspaniale - powiedziałam.
- Przy okazji przemalowałam też ściany na korytarzu - poinformowała mama.
- Wow, kiedy to wszystko zrobiłaś?
- Kilka tygodni temu.
- Czemu nic mi nie powiedziałaś? - spytałam.
- Och, miałaś wtedy tyle na głowie, byłaś z chłopakiem w Los Angeles, miał operację, nie chciałam zawracać ci głowy. Poza tym pomyślałam, że będziesz miała niespodziankę, kiedy przyjedziesz.
- I udało ci się - zaśmiałam się słabo. - Przepraszam was na chwilę, muszę iść do toalety - dyskretnie wzięłam ze sobą telefon i szybko odeszłam od stolika, bynajmniej nie miałam potrzeby korzystania w sposób fizjologiczny z tego pomieszczenia.
Oddychaj Julka, oddychaj Jules... Oddychaj, jakie kurde oddychaj?! Brat urósł jakieś półtora metra, tato nagle zmienił pracę, mam rozwaliła pół domu, dowiaduję się o tym po czasie i mam oddychać?! Do tego malowała ściany SAMA. BEZE MNIE. Co jak co, ale ściany zawsze malowałyśmy razem. Spojrzałam na telefon. Nie, nie będę dzwonić. Drugi telefon w trakcie godziny to byłoby za wiele. Dwa głębokie wdechy i wychodzę. Zamiast do stolika podeszłam do lady i kupiłam duże lody z polewą karmelową.
- Więc - zaczęłam, kiedy usiadłam z rodziną - co jeszcze się wydarzyło, kiedy mnie nie było?
A co, wezmę wszystko na raz na klatę.
- Ania zaczęła mówić! - powiedziała podekscytowana mama.
Moją reakcją było wpakowanie sobie do buzi pełnej łyżki lodów. Ania to najmłodsza kuzynka, absolutnie najsłodsza istotka pod słońce?  ponad dwa latka i kiedy wszystkie dzieci w okolicy już mówiły, ona jakby na złość się przed tym broniła. A kiedy zaczęła, oczywiście mnie to ominęło. Czuję, że będę potrzebowała dużo więcej lodów...

Hej, hej, hej, dawno mnie nie było, wiem, przepraszam i obiecuję poprawę :)
Przy okazji chcę wyrazić moją skruchę wobec tych, którzy chodzą już do szkoły :( oraz pogratulować tym, którzy dalej mają wakacje :D
Jak wiecie albo nie byłam na obozie adaptacyjnym z uczelni i powiem, że to były najlepiej wydane pieniądze w moim życiu :) to właśnie tam miałam wojnę na balony z wodą i rzucałam tymi kolorowymi proszkami, nie mogę się doczekać aż zobaczę filmik, ale powiem Wam, że było przezajebiście :)
Powiem Wam też, że szykuję trochę dramatu w opowiadaniu, co by nie było tak kolorowo, ale to jeszcze jakieś 6-7 rozdziałów :) xx