wtorek, 27 sierpnia 2013

60. Jesteś najlepsza

- Ok, ok, tęskniłem za wami, teraz się odwalcie - powiedział Nathan, kiedy reszta któryś raz z kolei zabierała się do łaskotania go.
- No ładną niespodziankę zrobiliście, ładną - stwierdził Tom.
- Jak twoje gardło? - spytał Jay.
- Lepiej... Jeszcze kawałek drogi przede mną, ale pracuję nad tym - odpowiedział Nathan siadając obok mnie.
- Będziesz na noworocznym koncercie Capital FM? - zapytał Max.
- Czemu w tym roku nie robią Jingle Bell Ball przed świętami? - wtrąciłam.
- Zmienili koncepcję. Zamiast dwóch dni na o2 robią jeden wielki koncert na Wembley, montują lekkie ogrzewanie, zamkną dach, będzie prawie jak na Summertime - powiedział Tom.
- Chcę tam być - odezwał się Nathan. - To mój cel na najbliższe tygodnie, będę pracował nad głosem tyle, ile się da, żeby... - przestałam słuchać, bo cicho wyszłam do kuchni. Nie chciałam tego słyszeć.
- Jules, wszystko ok? - za mną przyszły Kelsey i Nareesha.
- Tak. Po prostu nie mam ochoty tego słuchać - powiedziałam nalewając sobie soku. - Nie chcę być świadkiem, jak Nathan nakręca się i robi sobie nadzieje na coś, co może nie wypalić. Oczywiście wspieram go, nieważne co by się działo, ale nie muszę przy tym być.
- Oj słońce - Kels mnie objęła. - Nathan jest rozsądny, nie zrobi czegoś, co miałoby mu zaszkodzić.
- Poza tym zdaje sobie sprawę, że z gardłem musi uważać i to nie zależy od jego widzimisi - dodała Nareesha.
- Wiem, niby wiem - westchnęłam.
Chwilę milczałyśmy, w tym czasie usłyszałyśmy Jaya:
- Gdy ci się udało, mógłbyś zrobi drugi come back w Ameryce na People's Choice Awards, to byłoby coś, Wembley i rozdanie nagród.
- A oni średnio pomagają - mruknęłam.
Wróciłyśmy do salonu, starałam się zachowywać jak najbardziej naturalnie, ale chyba średnio mi wyszło.
- Wszystko dobrze? - spytał cicho Nath, kiedy usiadłam obok.
- Tak, jasne - powiedziałam, lekko się uśmiechając.
- To robaczki, powiedzcie lepiej, jak wytrzymaliście ze sobą non stop tyle czasu - zaśmiał się Max.
- Uciekałam do Londynu pracować - odpowiedziałam.
- Pracować, jasne - powiedział przeciągle Jay.
- Ty to jednak jesteś głupi - pokiwałam ze zrezygnowaniem głową.
Siedzieliśmy razem do wieczora, potem wszyscy rozeszli się do swoich pokoi.
- No dobra, teraz mów, co ci jest? - spytał Nathan, kiedy grzebałam w walizce szukając kosmetyczki.
- Nic mi nie jest - zawsze byłam beznadziejnym kłamcą.
- Jules, mnie nie okłamiesz - podniósł mnie za ręce do góry. - Mów - powiedział patrząc mi w oczy.
- Jestem z tobą i wspieram cię niezależnie od twoich decyzji i wiem, że kiedy wrócisz na scenę zrobisz to w wielkim stylu, ale nie wiem, czy powinieneś się tak nakręcać, żeby wrócić zaraz po nowym roku tylko dlatego, że to Wembley. Po prostu nie chcę, żebyś był zawiedziony, jeśli jednak okaże się, że nie jesteś  jeszcze gotowy - wyznałam.
- Oj, Jules - westchnął i przytulił mnie. - Marzy mi się powrót na Wembley, ale wiem, że to nic pewnego i jestem świadomy, że mogę nie dać rady. Ale dziękuję, że tak się troszczysz i martwisz, mimo że jest to niepotrzebne.
- Kocham cię - powiedziałam wtulona w niego.
- Ja ciebie też - Nathan pocałował mnie w czoło. - Będę tęsknił.
- Spoko, będziemy się umawiać na randki na Skypie - zaśmiałam się.
- Obowiązkowo! Będziesz mówić mi, co robiłaś, ja będę mówił tobie...
- O już to widzę, to będzie tak: "Hej Jules, dzisiaj wstałem w południe, wypiłem herbatę, obejrzałem Family Guy, wypiłem herbatę, pojechałem na lekcję śpiewu, wypiłem herbatę, wróciłem, potajemnie czytałem tweety, wypiłem herbatę, co u ciebie? - udawanie jego wychodziło mi coraz lepiej.
- Nieprawda! - oburzył się. - Najpierw pozwoliłbym mówić tobie, to po pierwsze, a po drugie potrafię robić coś konsktruktywnego.
- W szafie już posprzątałeś, masz spokój na jakieś 10 lat - stwierdziłam.
- Ty idź już lepiej do łazienki, kobieto - powiedział,  "grożąc" mi ręką.
- Idę, już idę, póki - podeszłam do drzwi i zajrzałam przez nie - jest wolna - wyciągnęłam z walizki kosmetyczkę i piżamę i poszłam się umyć.
Po dwudziestu minutach wróciłam świeża, czysta i pachnąca i pierwsze, co to zjechałam w myślach nieobecnego w pokoju Sykesa za otworzenie wszystkich okien i wyziębienie w pokoju. No tak, zrobił zimno i polazł w cholerę. Wsunęłam się pod kołdrę i za cel bojowy postawiłam sobie zaśnięcie zanim Nathan wróci do pokoju i znowu mu się zamarzy małe co nieco.
- Julie... - usłyszałam przez sen i poczułam delikatne szturchanie. - Julie...
- Od kiedy mówisz do mnie Julie? - spytałam i przeciągnęłam się.
- Nie ruszaj się! - ostrzegł Nathan, a ja powoli wróciłam do poprzedniej pozycji i otworzyłam oczy.
- Nathan! - pisnęłam uśmiechnięta. - Wow, czym sobie zasłużyłam? - moim oczom ukazała się taca ze śniadaniem.
- Dzisiaj są nasze święta, musimy je uczcić odpowiednio - powiedział.
- Kurde, jeszcze polubię nasze święta bardziej od normalnych. Nathan, ty naprawdę pociąłeś plasty sera w choinki?
- No ba, trzeba wczuć się w świąteczny klimat - powiedział dumny.
- Muszę to uwiecznić, bo nikt mi nie uwierzy - stwierdziłam i zrobiłam zdjęcie plastrowi, jakkolwiek głupio to brzmi. - Czy to już czas na prezenty? - spytałam.
- Nie, powiem ci kiedy - odpowiedział.
- To fajnie, bo w sumie nie chce mi się wstawać z łóżka po prezent dla ciebie - powiedziałam z pełną buzią.
- Czy zdajesz sobie sprawę, jak często sama sobie zaprzeczasz? - zaśmiał się Nathan.
- Uwierz mi, wiem. Dasz wiarę, trzy lata temu nienawidziłam brytyjskiego akcentu najbardziej na świecie, a teraz wszystko bym za taki oddała - wyznałam.
- Przecież mówisz bardzo ładnie.
- Nie chcę mówić ładnie, chcę mówić jak Brytyjka! - powiedziałam.
- Spoko, spoko, na wszystko przyjdzie pora.
Rozległo się pukanie do drzwi i do środka wszedł Jay.
- Zbieraj się młody - powiedział.
- Nie wydaje mi się - stwierdził Nathan.
- Scooter jest w Londynie, zarządził spotkanie.
- Walcie się, jestem na zwolnieniu - stwierdził Nathan, lekko na mnie zerkając.
- Litości Nath, nikt nie będzie ci kazał śpiewać arii operowych - Jay wywrócił oczami.
- Jules jutro wyjeżdża, serio nie możecie tego przełożyć?
- Scooter też jutro wraca do LA.
- Idź - powiedziałam.
- Ale... Mieliśmy dzisiaj być razem.
- Idź, na szczęście nie jesteśmy bliźniętami syjamskimi, można nas rozdzielić, poza tym nie zajmie to całego dnia - nie chciałam, żeby szedł, ale nie chciałam też odsuwać go od pracy, poza tym należy mu się trochę czasu z chłopakami.
- Na pewno? - upewnił się.
- Tak, spadaj już - strąciłam go nogą z łóżka.
- Będę gotowy za pięć minut - powiedział do Jaya.
- Ty to raczej czterdzieści pięć - mruknął wychodząc.
Nathan szybko się przebrał, postawił perfekcyjnie swoje włoski, fakt zeszło mu się więcej niż 5 minut, ale jak na niego, to i tak krótko. Ja w piżamie, opatulona kołdrą, zeszłam z nim na dół.
- I pamiętaj pij, kiedy potrzebujesz, nie śpiewaj, nie krzycz i nie rozmawiaj dużo na dworze - instruowałam go jak małe dziecko.
- Baby Nath - zaczął Max. - Skoro już przyjechałeś do Londynu nową furą, to zawieź nas nią - powiedział.
- Pewnie - zgodził się Nathan - tylko gdzie dałem kluczyki? - podrapał się po głowie.
- Kurtka, prawa kieszeń - podpowiedziałam.
- Dzięki, pa - uśmiechnął się, pocałował mnie w czoło i wyszedł z chłopakami do garażu. Wyjechali Camaro i sama musiałam tam iść, żeby zlokalizować przycisk do zamknięcia bram. Wróciłam na górę, wzięłam tacę ze śniadaniem i telefon, zeszłam do salonu i włączyłam telewizor. Wrzuciłam na twittera zdjęcie nathanowego arcydzieła:
Coraz bliżej święta :)
Zjadłam w spokoju, posprzątałam w kuchni, bo bałagan tam panujący był wprost proporcjonalny do staranności wykonania, zadzwoniłam do mamy, spytałam o pogodę, żeby wiedzieć, czego spodziewać się po przylocie, wiadomo, mogło być -15 stopni i śniegu po pachy, a równie dobrze mogło być +5. Niby można to było sprawdzić w telewizji, ale przestałam polegać na brytyjskich stacjach, kiedy jedna z nich nadała Polsce kształt mniej więcej Brazylii. Ale przynajmniej była w Europie i Berlin był prawie nasz. Przez swoją nerwicę natręctw zaczęłam znowu sprawdzać w torbach czy wszystko mam, ze słuchawkami na uszach ostrożnie przeglądałam zawartość. Byłam tak zaabsorbowana, a muzyka grała tak głośno, że nie zauważyłam, kiedy chłopcy wrócili do domu i niemal dostałam zawału, kiedy Nathan objął mnie od tyłu.
- Jezu, Nath - przestraszona wzięłam głęboki oddech.
- Czemu nie jesteś jeszcze gotowa? - spytał.
- Gotowa na co?
- Wychodzimy - powiedział jakby to była najoczywistsza oczywistość.
- Na kolację - spojrzał na zegarek. - Późny obiad - poprawił się.
Przekręciłam jego rękę, żeby sprawdzić godzinę.
- Kiedy zrobiła się szesnasta? - zdziwiłam się.
- Kiedy, kiedy, jak się biły Szwedy, ubieraj się! - zaklaskał w dłonie.
- A-a-ale w co? - spytałam.
- Idziemy na kolację, wymyśl coś, masz pół godziny - powiedział.
- Szlag - mruknęłam, wzięłam kosmetyczkę i poleciałam do łazienki się pomalować, w międzyczasie zastanawiałam się, czy mam w walizce coś odpowiedniego.
Znając Nathana nie powie mi, gdzie idziemy, muszę zdać się na swój instynkt, kobiecy szósty zmysł. To Pizza Hut chodzimy ot tak, z McDonald'sa nie robiłby takiej hecy, musi to być mega mega mega porządna restauracja. Niestety, wszystkie moje sukienki są gdzie na dnie. Podobnie jak płaszcz, ale on jest  mi niezbędny dzisiaj. Kupiłam go przy okazji zakupów prezentowych, a dzisiaj jest idealna okazja, żeby go założyć. Bóg jeden raczy wiedzieć jakim sposobem moja koszula przetrwała w niemalże idealnie wyprasowanym stanie. Restauracja restauracją, ale wiem, co się dzieje, kiedy koszulę włożę do środka do spodni, poza tym chcę czuć się swobodnie, dlatego zostawiłam ją na zewnątrz i podwinęłam rękawy. Nigdy nie używam czerwonej szminki, ale skoro takową z niewiadomego powodu mam, to dzisiaj jest dobra okazja. Ubrana zeszłam na dół, gdzie czekał już odwalony w koszulę Nathan.
- Mam nadzieję, że nie będziemy długo na dworze, bo odmarzną mi stopy - powiedziałam.
- Spokojnie, ze mną krzywda ci się nie stanie - powiedział. - Ślicznie wygladasz - szepnął mi do ucha, a ja odpowiedziałam uśmiechem.
Poszliśmy do auta, pojechaliśmy na miejsce, przeczucie mnie nie myliło, restauracja była pierwsza klasa do tego stopnia, że czytając menu musiałam się nieźle skupić, żeby zrozumieć, co oni dam w ogóle dają do jedzenia.
Zjedliśmy, czekaliśmy na deser, kiedy Nathan ogłosił:
- Czas na prezenty.
- Mogę pierwsza? - spytałam.
- Nie - powiedział krótko, wystawił język i sięgnął po coś do kieszeni kurtki, w tym samym czasie ja wyciągnęłam ślicznie zapakowaną koszulkę.
- Jules. Pewnie powiem ci to samo w święta, ale jak już dajemy prezenty, to zróbmy to porządnie. Jules, moja najukochańsza. Życzę ci, żebyś jak najlepiej spędziła czas z rodziną i przyjaciółmi, mam nadzieję, że będziesz się świetnie bawić w Polsce, doładujesz sobie akumulatory na przyszły rok i trzy miesiące w Los Angeles, spędzimy tam niesamowite chwile, i nie tylko tam, bo będzie takich chwil dużo przez całą wieczność, kiedy będziemy razem. Wesołych Świąt - w uśmiechem podał mi małe pudełeczko. Delikatnie je otworzyłam i moim oczom ukazał się śliczny wisiorek z łańcuszkiem.
- Jeju, Nathan, to najpiękniejszy wisiorek, jaki widziałam - powiedziałam zachwycona. - Dziękuję ci bardzo - uśmiechnęłam się. - Teraz moja kolej. Tak więc życzę ci, żeby już nigdy nieprzytrafiło ci się nic złego, żebyś miał swój wielki powrót na scenę ze swoim wielkim jak dzwon głosem i nieważne czy zrobisz to w styczniu na Wembley czy jakimkolwiek innym miesiącu w innym miejscu, niezależnie od tego będę przy tobie i będę cię wspierać. Życzę ci tylu sukcesów, ile tylko będziesz chciał, najlepszej możliwej płyty i co tylko będziesz chciał. Ach, no i żeby twoja dziewczyna dalej była taka odlotowa - musiałam rozładować atmosferę, bo kiedy robi się zbyt wynośle, wzruszam się, a nie po to perfekcyjnie malowałam rzęsy. - Wesołych Świąt - podałam mu paczkę.
Kiedy ją rozpakowywał oczy świeciły mu się, jak małemu dziecku. Przygryzłam wargę w oczekiwaniu na jegi reakcję.
- Jules - powiedział powoli oglądając koszulkę z każdej strony - jesteś najlepsza - powiedział zadowolony.
- Cieszę się, że ci się podoba - odpowiedziałam.
Przyszła kelnerka z naszymi deserami.
- Zabrać od pana papier? - spytała wskazując na opakowanie po koszulce.
- Tak, dziękuję - odpowiedział z uśmiechem.
Kelnerka wzięła papiery i odeszła.
Wyciągnęłam łańcuszek z pudełeczka.
- Zapniesz mi? - spytałam.
- Oczywiście - Nathan wstał z krzesła, podszedł do mnie, delikatnie zgarnął mi włosy z szyi i zapiął biżuterię.
Zjedliśmy, Nathan zapłacił, ale zamiast trafić do domu, jeździliśmy autem po mieście, tak to prostu. W końcu, w środku nocy wróciliśmy,  wszyscy już spali, a ja po dwóch krokach stwierdziłam, że zanim dojdę na górę, obudzę wszystkich stukotem obcasów.
- Czekaj, muszę zdjąć buty - szepnęłam do Nathana.
- Mam lepszy sposób - powiedział i wziął mnie na ręce.
- Nathan! Nie możesz! - pisnęłam.
- Mogę - odparł zadolowony. - Byłem dzisiaj u lekarza - spojrzał na mnie wymownie.
- Ach tak? - zaśmiałam się. - I co ci ten lekarz powiedział? - spytałam.
Zanim odpowiedział, weszliśmy do pokoju i zamknął drzwi.
- Lekarz powiedział, że rekonwalescencja może przejść na lżejszą fazę - mówił powoli, odkładając moją torebkę i płaszcz na bok - w zasadzie muszę już tylko uważać ze śpiewaniem - szepnął muskając ustami moje ucho.
- Yhhym, i co zamierzasz z tym zrobić? - spytałam cicho.
- Najpierw to - powiedział i zaczął mnie całować...
Hej hej helloł.
Mam kilka wiadomości.
1. Zainteresowani będą głównie ci, którzy mają twittera. Założyłam konto, na którym będę informować o nowych rozdziałach na tym blogu oraz na drugim. Mogę też odpowiadać tam na Wasze pytania, jeśli jakieś macie, lub będziecie mieć :) Nazwa: @Ka_renBlogger
2. Druga trochę gorsza. Mianowicie jeśli nie dodam następnego rozdziału do piątku, to nie będzie go aż do września (około dziewiątego). Dzieje się to dla tego, że jadę na obóz z uczelni i nie będę miała jak pisać.
3. Zauważyłam, że więcej rozdziałów dodawałam w roku szkolnym niż na wakacjach, więc jest szansa, że znowu tak będzie od października, kiedy już będę miała swojego własnego lapka i nikt nie będzie nade mną sterczał przy komputerze :P
4. Wiele z Was podaje mi linki do swoich blogów - nimi też się zajmę od września, obiecuję :)
To teraz jeszcze The Versatile Blogger.
Dostałam nominację od Pat ki. Dziękuję :)
Zasady :
podziękować za nominację osobie, dzięki której zostałeś włączony do gry;
pokazać na blogu nagrodę Versatile Blogger Award;
ujawnić 7 faktów dotyczących własnej osoby;
nominować 15 blogów, które według nominowanego na to zasługują;poinformować o fakcie nominowania autorów blogów.
Fakty o mnie
1. Mam ofidiofobię (lęk przed wężami).
2. Nie ruszam się z domu bez słuchawek.
3. Piosenki na moim telefonie to totalny miszmasz.
4. Nie cierpię Rihanny.
5. Uwielbiam głos Taylor Momsen (kto nie zna, niech posłucha The Pretty Reckless "Make Me Wanna Die", "Just Tonight" czy "Superhero").
6. Moimi ulubionymi książkami są wszystkie Harlana Cobena.
7. Nie wiem, jak to sformułować po polsku, ale moimi "girl crush" są Miranda Kerr i Cheryl Cole.
Mam nadzieję, że widzicie godzinę (prawie druga), poza tym nie znam 15 blogów, więc niech każdy śmiało przyzna sobie nominację, mam nadzieję, że wybaczycie moje lenistwo :) xxx

czwartek, 15 sierpnia 2013

59. Back in London

Poszliśmy szybko na górę i spakowaliśmy swoje rzeczy.
- Czarne Camaro, mamy Camaro - mruczałam podekscytowana.
- My mamy? - Nathan popatrzył na mnie z powątpiewaniem.
- No chyba dasz mi czasami się przejechać! - tupnęłam nogą.
- No może, masz szczęście, że Cię lubię - powiedział z udawaną łaską.
- To ty masz szczęście, że ja cię lubię i nie wezmę kluczyków siłą - stwierdziłam.
- Przecież tylko się droczę, głuptasie - rzucił we mnie koszulką. - Jesteś wpisana w ubezpieczeniu.
- Że co? - spytałam.
- Nie wiem jak w Polsce, ale w Anglii, żeby móc legalnie jeździć czyimś autem musisz być wpisana jako współwłaściciel w ubezpieczeniu - wyjaśnił.
- Więc kilka miesięcy temu jeździłam autem Maxa nielegalnie? - spytałam.
- W zasadzie to tak.
- Bez sensu - mruknęłam.
Spakowaliśmy nasze rzeczy, pożegnaliśmy się ze wszystkimi i szybko pojechaliśmy do Gloucester. W drodze wyciągnęłam telefon i zrobiłam Nathanowi zdjęcie, jak kierował.
- Wrzucę to na twittera - powiedziałam.
Patrzcie, jaki szczęśliwy chłopiec z nową zabawką :)
Zgodnie z przewidywaniami w domu byliśmy pierwsi, Nathan dumnie zaparkował na podjeździe. Zanim jednak zdążyliśmy przejść do domu, przyjechali Karen i Phil.
- No jakie cacko - powiedział z uznaniem.
- No wiem - przyznał nieskromnie Nathan.
Zaczęli omawiać sobie jakieś techniczne szczegóły, ale przerwałam, mówiąc:
- Nathan nie mów tyle na dworze, wejdźmy do środka.
Tak też zrobiliśmy, a że nikomu jakoś nie chciało się gotować, zadzwoniłam do Jess, żeby po drodze do domu kupiła pizze.
- Co stoi na podjeździe? - spytała wchodząc do domu.
- Auto - Nathan błyskotliwy jak zawsze.
- To wiem - Jess pacnęła brata w głowę. - To twoje? - spytała.
- Tak - odparł z dumą.
- Świetnie, będziesz miał czym uczyć mnie jeździć - stwierdziła zadowolona.
- Chyba zdurniałaś! - pisnął z przestrachem w oczach. - Mamo, powiedz jej, że nie będzie uczyć się na moim aucie.
- Jess, camaro jest za mocne, żeby się na nim uczyć - powiedziała Karen.
- A moje nerwy za słabe - mruknął Nath.
- Ludzie, przecież wiem! - powiedziała obronnie Jess. - Gdzie wyparowało poczucie humoru w tym domu? - spytała.
- Nathana opuściło, kiedy spytałam, kiedy da mi kierować - powiedziałam.
- Nie wątpię - zaśmiała się Jessica.
A okazja do wyciągnięcia od Nathana kluczyków nadażyła się szybciej, niż się spodziewałam, bo już następnego dnia.
- Jules, mogę cię prosić na chwilę? - spytała Jess, kiedy oglądałam z Nathem film.
- Jasne - podniosłam się i wyszłam z nią z pokoju. - Co jest?
- Dzwoniła do mnie Rhiannon, przyszły już koszulki, ale nie może ich przynieść, bo ma okropną grypę - powiedziała cicho.
- Spoko, załatwimy to - otworzyłam z impetem drzwi i powiedziałam do Nathana - Potrzebuję auto.
- Co mam z tym wspólnego? - spytał.
- Nathan! - tupnęłam. - Mamy z Jess coś do załatwienia, nie będziemy iść na nogach, bo na dworze piździ.
- Mogę pojechać z wami.
- To damskie sprawy - powiedziałam stanowczo.
- No nie wiem, nie wiem - westchnął.
- Dobra, spróbujmy to rozwiązać matematyką. Policz ponad miesiąc od operacji i dodaj do niego dwa tygodnie, kiedy będę od piątku w Polsce. Jak długo ci wychodzi? - spojrzałam na niego wymownie.
Najpierw nie rozumiał, o co chodzi, w końcu zajarzył, a jego oczy robiły się coraz większe i większe.
- Nieeee.
- Owszem tak - twardo obstawałam przy swoim.
- Pierwsza szuflada - westchnął.
Z satysfakcją wzięłam kluczyki i zgarnęłam torebkę.
- To jak teraz z tym będzie? - spytał.
- Zobaczę, jak się jeździ - uśmiechnęłam się i wyszłam z pokoju.
Razem z Jess zeszłyśmy na dół, ubrałyśmy kurtki i buty i poszłyśmy do auta.
- Już zagląda przez okno - mruknęłam, kiedy wsiadłyśmy do środka.
- No to pokaż mu, jak się jeździ - powiedziała z uśmiechem Jess.
Powoli wycofałam z podjazdu, ale z drogi ruszyłam z piskiem opon.
- Jak bardzo mnie zabije? - spytałam.
- Bardzo, bardzo - zaśmiała się Jess.
Dalej jechałam już bez ekscesów, auto chodziło jak marzenie, kilka minut później byłyśmy na miejscu. Wyszłyśmy z samochodu, Jess zadzwoniła do drzwi, otworzyła jej dziewczyna, która spokojnie mogłaby uchodzić za jej kuzynkę.
- Cześć, wchodźcie - otworzyła szerzej drzwi i weszłyśmy do środka.
- Jules, to moja przyjaciółka Rhiannon, Rhiannon, to Jules dziewczyna Nathana - przedstawiła nas Jess.
- Hej, miło mi - wymieniłyśmy uścisk dłoni.
- Pijecie coś? - spytała zakatarzona Rhiannon.
- Nie, daj nam tylko te paczki i kładź się do łóżka, przecież widzę, że ledwie żyjesz - powiedziała Jess.
- Jasne, już przynoszę - dziewczyna poszła na górę.
Po chwili wróciła z paczkami, rozliczyłyśmy się z nią, życzyłyśmy powrotu do zdrowia i wróciłyśmy do domu.
Resztę dnia spędziłam na pakowaniu. Wylot miałam wprawdzie dopiero w piątek, ale dzisiaj The Wanted wrócili do Londynu, stwierdziliśmy z Nathanem, że pojedziemy do nich jutro i spędzimy z nimi dwa dni. Trzeba korzystać z ostatnich tygodni ich wspólnego mieszkania.
- Nath, w życiu nie zmieszczę się do tej walizki - jęknęłam zrezygnowana siadając na łóżku.
- Przecież masz w niej jeszcze mnóstwo miejsca.
- Ale nie mam tam nawet połowy ciuchów, nie mówiąc o tych wszystkich rzeczach, które kupiłam do rodziny i przyjaciół, które są w moim pokoju w pubie - kiedy weszłam do galerii, rzuciłam się na sklepy i nakupowałam wszystkim butów, ubrań i innych pierdół. Niby to sami jest w polskich sklepach, z tym że drożej, ale to chyba taka mentalność, kiedy moja babcia przyjechała z Anglii, też przywiozła masę rzeczy. - Idę coś zjeść i zacznę od początku - wyrzuciłam całą zawartość walizki i wyszłam z pokoju.
- Pomogę ci z tym - krzyknął Nathan.
Zeszłam do kuchni, wsypałam płatki do miski i nalałam mleka.
- Julie? - usłyszałam z salonu mamę Nathana.
- Tak, to ja - poszłam do niej z miską.
- Jak pakowanie? - spytała.
- Jak krew z nosa - burknęłam. - Znaczy powoli.
- Pakujesz Nathana, z sobą też sobie poradzisz - uśmiechnęła się.
- Przyznał się pani, że go pakuję?! - zdziwiłam się. Mama Nathana zgromiła mnie spojrzeniem. - Znaczy przyznał się tobie, że go pakuję?!
- Tak lepiej - zaśmiała się. - Znam go całe życie, wiem, że jest beznadziejny w tym.
Porozmawiałyśmy chwilę do momentu, aż zjadłam płatki, później umyłam miskę i wróciłam na górę. Kiedy weszłam do pokoju, Nathan gadał do komputera.
- Co robisz? - spytałam.
- Twitcam.
- Twitcam? Miałeś mi pomagać.
- Eee tak - podrapał się po głowie. Niesamowite. Zapomniał o tym w dwie minuty. - Mogę robić dwie rzeczy na raz - stwierdził.
- Jesteś facetem, jedynymi dwoma rzeczami, które możesz robić na raz, jest jedzenie i oddychanie - stwierdziłam. - Skoro już robisz twitcam, to zrób go porządnie i zajmuj się tymi ludźmi, którzy do oglądają - powiedziałam.
- Jesteś kochana - uśmiechnął się do mnie i wrócił do komputera. - O czym mówiłem? A tak, dziękuję za wasze wsparcie, to bardzo wiele dla mnie znaczy, ale jeszcze nie wiem, kiedy będę mógł wrócić do zespołu...
Dobra, nadajmy temu ręce i nogi. Dwa tygodnie w Polsce. Wydawać się może, że muszę wziąć masę ciuchów, ale mam pralkę w domu, a proszek do prania nie gryzie. Wezmę te ładne nowe sukienki, na święta jak znalazł. Dżinsów nigdy za wiele, ale znowu - mam pralkę. Trampki są mi mało potrzebne, bo w przeciwieństwie do Anglii, w Polsce ludzie na ogół nie noszą ich, kiedy jest mróz. Botki, szpilki, moje kapcie, czyt. Emu, swetry, bluzy... Właśnie, bluza.
Podeszłam do szafy, upewniłam się, że Nathan dalej zajmuje się twitcamem i wyciągnęłam jego pomarańczową bluzę. Po cichutku podeszłam do Nathana i pomachałam bluzą do kamerki.
- O Boże, wiedziałem, żeby to spalić - załamał się. - Dzięki, teraz wszyscy piszą, żebym to założył.
- To załóż - powiedziałam i założyłam mu kaptur na głowę.
- Dobra, starczy tego pomarańczu - strącił kaptur i dał mi kuśkańca.
Roześmiana wróciłam do pakowania. Znowu znalazłam się w martwym punkcie, kiedy wiedziałam,  że nie zmieszczę się w jednej walizce. Zrezygnowana wzięłam swoją dużą kosmetyczkę i poszłam do łazienki zabrać swoje kosmetyki, wróciłam do pokoju i przez dobrą minutę patrzyłam na walizkę. Nathan wyczuł, że stoję w bezruchu, albo zobaczył mnie gdzieś w kącie obrazu z kamery, bo odwrócił się w moją stronę.
- Może weź drugą walizkę? - zaproponował.
- Nie ma mowy, to tylko dwa tygodnie - stwierdziłam i znowu wyłożyłam całą zawartość na łóżko.
- O matko - zrezygnowany Nathan wrócił do komputera.
Patrzyłam na walizkę, ale lekko słuchałam tego, co mówi.
- ... taa, dwa tygodnie, nienawidzę jej za to. Ale tak na serio, jasne, jest mi smutno, ale nie widziała rodziny od lipca, więc to wcale nie jest długo - powiedział.
Lekko uśmiechnęłam się, zawsze byłam pewna, że rozumie, co czuję i dlaczego nie jadę do domu na cztery dni tylko dwa tygodnie, ale teraz poszło to w eter, wszyscy o tym wiedzą.
- Jules?
- Co? - spytałam.
- Skończyło mi się picie.
- Nie - powiedziałam krótko. - Teraz już wiem, jak się zmieścić, rozstrzygam sprawę limitu wagowego.
- Wiesz, że możesz dopłacić? - spytał, mama nadzieję, retorycznie.
- Nie dam im na mnie zarabiać, wystarczy, że kupiłam bilet na najgorętszy okres w roku w lotach - powiedziałam stanowczo.
- Jak se chcesz - westchnął. - Dobra, nie odchodźcie nigdzie, zaraz wrócę - powiedział do komputera i poszedł z kubkiem na dół.
Zerknęłam lekko w stronę laptopa... A co mi tam. Usiadłam przy komputerze.
- Hej, nie mówcie mu, że tu byłam - powiedziałam i zaczęłam czytać pytania skierowane głównie do Nathana, bo chwilę trwało zanim zaczęli pisać do mnie, zdziwiłam się, że w ogóle zaczęli. - Oczywiście, że cieszę się, że jadę do domu, stęskniłam się bardzo za moją rodziną. Tak, jest mi trochę smutno, że będę zdala od Nathana, ale jesteśmy przyzwyczajeni do tego - zaśmiałam się. - Polecę, o ile w końcu zmieszczę się w walizce. Teraz już mam plan, jak ją dopiąć, ale martwię się o limit wagowy, bo kupiłam mnóstwo prezentów dla rodziny i znajomych, a wykupiłam tylko 15 kg limitu... Chwila! - olśniło mnie. - Mam jeszcze bagaż podręczny. Ekstra dziesięć kilo, jestem uratowana! - ucieszyłam się. - Co my tutaj mamy... O tak, tęsknię za Jayem, Sivą, Tomem i Maxem, oczywiście, że tak. Czy Jaythan istnieje na prawdę? Jakbym wam powiedziała musiałabym was zabić. Dobra, słyszę kroki, idzie Nathan, pamiętajcie, nie było mnie tu - pomachałam do kamerki i odeszłam od komputera.
Wróciłam do pakowania i do pokoju wszedł Nathan.
- Potrzebuję twój plecak - powiedziałam.
- Po co?
- Mogę wziąć dziesięć kilo podręcznego, a do torebki nie zmieszczę.
- Leży w szafie, weź sobie - powiedział siadając do komputera.
Wzięłam plecak, położyłam obok walizki, w końcu skończyłam pakowanie, ukradkiem też wsadziłam do walizki pomarańczową bluzę Nathana. Zadzwoniłam jeszcze do Jacka, że o dwunastej przyjadę po swoje rzeczy, żebym nie musiała się dobijać dwadzieścia minut.
Rano wyjechaliśmy, pojechaliśmy do pubu, wzięłam swoje rzeczy i pojechaliśmy do domu The Wanted, który świecił pustkami. Po drodze kupiliśmy jedzenie i coś do picia i zamowiliśmy pizzę, żeby przyjechała o określonej godzinie, w domu auto schowaliśmy do garażu.
- Tak tu dziwnie kiedy nikogo nie ma... - powiedziałam, kiedy weszliśmy do środka.
- W ogóle tak dziwnie tu wrócić po tak długim czasie - dodał Nathan.
- A niedługo już nie będzie do czego wracać - stwierdziłam pamiętając, że w styczniu wszystkich czeka wyprowadzka.
- Co do tego - zaczął Nath. - Stwierdziliśmy, że skoro w drugiej połowie lutego jedziemy do Los Angeles, to zostajemy tu do tego czasu. Czyli zabierzemy swoje graty dopiero przed LA i dopiero po powrocie nie będziemy mieli, gdzie się podziać.
- To świetnie! - ucieszyłam się, wiedząc, że jeszcze przez dwa miesiące będę miała stałą bazę, do której będę mogła przyjść o każdej porze. - Oni w ogóle wiedzą, że tu jesteśmy?
- Nie, tylko Nareesha - powiedział zadowolony Nathan. - Myślą, że zobaczymy się dopiero w nowym roku - zadzwonił mu telefon. - A teraz właśnie Nareesha dała mi znać, że już są niedaleko, będą za jakieś pięć minut.
- Musimy się schować. I nasze rzeczy - stwierdziłam, szybko schowałam jedzenie do półki w kuchni, wzięliśmy nasze rzeczy i poszliśmy do pokoju Nathana.
Spędziliśmy chwilę w ciszy czekając, aż w końcu usłyszeliśmy hałas na dole, cicho otworzyliśmy drzwi i nasłuchiwaliśmy.
- O jak dobrze być w domu - powiedział Tom i za pewne rzucił się na kanapę.
Lekkie uderzenie, pewnie Max wszedł w jego walizkę, bo później wyzwał go od idiotów.
- Szkoda, że nie możemy zobaczyć się z Nathanem - powiedział Jay.
- Wiesz, chodzi o jego głos, musi odpoczywać - usprawiedliwiała Nareesha.
- Odpoczywać, ale Camaro to miał czas kupić - stwierdził Siva.
- A Jules też nie wpadnie przed wylotem? - spytał Tom.
- Ma samolot rano, chyba wyjedzie wcześnie z Gloucester i pojedzie prosto na lotnisko - powiedziała niewtajemniczona w naszą niespodziankę Kelsey.
- Rany, jaka leniwa, jakby nie mogła przyjechać wcześniej - prychnął Tom.
Rozległ się dzwonek do drzwi, Nareesha zaoferowała się, że otworzy, chwilę pokłóciła się z dostawcą, że niczego nie zamawiała, ale w końcu zapłaciła. Musiało to wyglądać naturalnie, normalnie nikt od razu nie zapłaciłby za niezamówioną pizzę.
To był znak, żebyśmy zeszli na dół. Wyszliśmy z pokoju, ale Nathan czekał przy schodach, ja cicho zaczęłam schodzić.
- A jeśli ktoś to zatruł? - spytał Max.
- Albo dodali tam coś, co ma zniszczyć nasze głosy? - kombinował Tom.
Wtedy wkroczyłam ja.
- Po co ktoś miałby was truć? - zapytałam wychodząc zza ściany.
- Jules! - cała czwórka się na mnie rzuciła, zaczęła ściskać mnie i całować. Nareesha i Kelsey były bardziej okrzesane, z nimi niedawno się widziałam. - Ty zamówiłaś pizzę?
- Tak - zaśmiałam się.
- Gdzie Nath? - spytał Siva.
- W Gloucester - powiedziałam smutno. - Naprawdę chciał przyjechać, ale nie mógł.
- Jak w ogóle się ma?
- Dobrze. Odpoczywa, wprawdzie wciąż nie wie, kiedy będzie mógł śpiewać, ale pracuje nad tym. Ma terapię, uczy się panować i operować głosem - wyjaśniłam. - Dobra, to co, jemy? - spytałam. - Kupiłam jeszcze picie i inne jedzenie - Kelsey poszła ze mną do kuchni i wszystko przyniosłyśmy. - No, to opowiadajcie, jak było?
Zaczęli mówić wszyscy na raz, w końcu się opanowali, Siva umiał nawet powiedzieć coś po japońsku, byli tak zajęci opowiadaniem, że w pierwszej chwili nie zauważyli, kiedy stanął w wejściu do salonu. Tom mówiąc coś z pełną buzią spojrzał na wejście, wrócił do jedzenia, minęły dwie sekundy zanim do niego doszło, co zobaczył i zdziwiony znowu spojrzał w tamtym kierunku.
- Nath! - krzyknął, wtedy reszta go zobaczyła i rzucili się na niego.
 
 
Póki pamiętam - dziecko ze zdjęcia, które wrzuciłam dwa dni temu to kuzynka Toma, z tego co pamiętam ma na imię Amy albo Emily :) Czyli nie, nie jest z Polski :)
 
Druga sprawa jest taka, że w sobotę jadę nad morze, więc bardzo prawdopodobne, że w przyszłym tygodniu rozdziału nie będzie :(
 
A auto - od początku myślałam o Camaro, bo wywołuje u mnie i mojego taty przyjemny dreszczyk, ale Nathan raczej nie wygląda na kogoś kto kupiłby żótły samochód :)
 
Dobra, to tyle, do następnego, wracam do szukania lokum zanim zostanę bezdomna xxx

wtorek, 13 sierpnia 2013

So cute...

To jeszcze nie rozdział, ale muszę być pewna, że każdy to zobaczy, bo to najpiękniejsze i najsłodsze zdjęcie na świecie :')
Panie i... panie (?) Ojciec moich dzieci :)

czwartek, 1 sierpnia 2013

58. Big city life

Przebudziłam się po drugiej, komputer dawno wszedł w tryb uśpienia, moja głowa leżała na ramieniu Nathana, a jego na Jess.
- Nathan - szturchnęłam go lekko, chłopak gwałtownie się obudził. - Cicho, napij się, masz suche gardło - podałam mu kubek z sokiem. - Wstań, poprawię Jess i pójdziemy spać.
Leniwie zszedł z łóżka, ja zsunęłam lekko Jess i wyciągnęłam spod niej kołdrę, którą ją nakryłam. Poszliśmy z Nathanem do jego pokoju, wzięłam piżamę, poszłam do łazienki zmyć makijaż i umyć zęby, kiedy wróciłam Sykes już smacznie spał.

Obudziłam się, otworzyłam jedno oko i niespodzianka - Nathana nie ma w łóżku. 
- A to ci dopiero - mruknęłam.
Usiadłam i spojrzałam na zegarek, było przed dziesiątą.
- Ostatnimi czasy to rekord, panie Sykes - mruknęłam.
Do pokoju wszedł Nathan, trzymał w rękach puste worki.
- Hej, co robisz? - spytałam.
- Sprzątam w szafie - powiedział jednocześnie wyrzucając całą zawartość na podłogę, oprócz dwóch półek, które ja zajęłam, a zmieściłam się tylko dlatego, że część moich ciuchów jest wciąż w Londynie.
- To wyglada mi na przeciwieństwo sprzątania - stwierdziłam. - Okej, idę na dół, zrobić sobie coś do jedzenia - założyłam bluzę na piżamę i ruszyłam do drzwi.
- Weź moją herbatę, jak będziesz szła - dopowiedział jeszcze Nathan.
Zeszłam do kuchni, zrobiłam sobie kanapkę i herbatę, w międzyczasie dodałam cukier i mleko do herbaty Nathana i wróciłam na górę.
- O rany! - pisnęłam. Nathan spojrzał na mnie pytająco. - To ta pomarańczowa bluza, którą miałeś w starych filmikach - chwyciłam ciuch i przyjrzałam mu się. - Nie wiem, czemu już w niej nie chodzisz - stwierdziłam i spojrzałam na niego wymownie.
- Nie ma mowy - stwierdził biorąc łyka herbaty.
- Nathan, no proszę, załóż ją, tylko na minutę, wyglądasz w niej tak słodko - powiedziałam błagalnie.
- I to jest powód, żeby tego nie robić.
- Nathan, proszę - powiedziałam słodkim głosikiem.
- Tylko na chwilę - westchnął i wziął ode mnie bluzę.
- O jeju! - pisnęłam. - Nathan, to jak powrót do przeszłości do 2010.
- Dobra, starczy.
- Poczekaj zrobię ci zdjęcie! - rzuciłam się po telefon i już miał protestować, kiedy dodałam - Nie wrzucę go na twittera ani nigdzie indziej, niedługo jadę do Polski na święta, ustawię sobie je na tapetę.
Zrobił niezadowoloną minę, ale to nie przeszkodziło mi pstryknąć fotki.
- Świetnie - stwierdziłam uśmiechając się patrząc na zdjęcie.
Jak na chłopaka, jego szafa była ogromna i było w niej ogromnie dużo ciuchów. Siedziałam na łóżku i wyrażałam swoje opinie: "Zostaw", "Wywal", "Błagam, spal to", "Nathan, to wciąż ma metkę". Na końcu oczywiście ja zostałam zagoniona do składania tych wszystkich ciuchów, bo Nathan ma dwie lewe ręce. Takim sposobem minęły dobre trzy godziny.
- Kiedy jedziesz do Londynu? - spytał Nathan.
- Jutro.
- A wracasz?
- W poniedziałek po południu. Wcześniej pójdę poszukać prezentów na święta.
- A nie możesz iść na zakupy na przykład w sobotę albo niedzielę i wrócić wcześniej? - spytał.
- Jak człowiek pracuje do trzeciej w nocy, to średnio chce mu się iść potem na zakupy.
- Nie podoba mi się, jak jedziesz do Londynu i cię nie ma.
- To trochę logiczne, że jak jestem w Londynie, to nie ma mnie tu - zaśmiałam się. - Nathan, to działa na takiej samej zasadzie, jak twoje wyjazdy w trasy. Tylko ja jadę na trzy czy cztery dni, a ty tygodnie.
- To całkiem co innego - stwierdził.
- Nie, Nathan, to dokładnie to samo. Obydwoje jesteśmy wtedy w pracy. Marudzić będziesz mógł, jak pojadę do Polski.
- Kiedy wracasz?
- Dwudziestego któregośtam, nie pamiętam - wzruszyłam ramionami.

Następnego dnia pojechałam do Londynu, w kolejnych trzech znalazłam czas, żeby między pracą i spaniem szukać prezentów. Mamie dostanie się ogromniasta paleta cieni do powiek, naprawdę ogromna i w przeliczeniu na złotówki naprawdę droga, ale ona lubiła bawić się makijażem, więc powinna się jej spodobać, tacie w niedzielę przez internet kupiłam wszystkie sezony "Przyjaciół", przyjdą na polski adres, więc w mamy interesie jest, żeby je schować. Mój brat chyba miał nosa, że będę na zakupach, bo dobre pół godziny żalił mi się przez Skype'a, że popsuło mi się PSP. W ten sposób moje oszczędności ociupinkę się skurczyły, ale przed świętami ludzie przychodzący do pubu robią się bardzo hojni, więc wydaje mi się, że do czasu wyjazdu do Polski wyjdę na zero, jeśli nie na plus.
Tydzień później obyło się bez nathanowego marudzenia. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po porannej toalecie wróciłam do pokoju i zobaczyłam Nathana panującego swoje rzeczy.
- Co robisz? - spytałam.
- Jadę do Londynu.
- Po co?
- Mam lekcje.
- W sensie śpiewu? - zdziwiłam się. - To nie za wcześnie, powiedz, że to twoja decyzja, a nie naciski Scootera, bo przysięgam, że go zabiję.
- Spokojnie, nie lekcja śpiewu. Bardziej mała terapia, na której będę się uczył, jak odczytywać sygnały z mojego gardła, jak mniej męczyć struny i tak dalej - wyjaśnił.
- Aha, no ok - wróciłam do swojego pakowania. - Kiedy masz tą sesję?
- Dzisiaj i w poniedziałek, dlatego musimy zdążyć na ten pociąg o jedenastej.
- Nathan, jest za pięć dziesiąta - spojrzałam na zegarek.
- Dlatego musimy się pospieszyć - powiedział wrzucając rzeczy szybciej do plecaka.
- Świetnie - mruknęłam i nawet nie patrzyłam, co wrzucałam do torby.
- Za dwadzieścia pięć jedenasta przyjedzie taksówka - dodał.
- I tak będziemy musieli czekać na ciebie - stwierdziłam.
- To ty jesteś jeszcze w piżamie.
- Ale to ty masz nieułożone włoski - poklepałam go po policzku i poszłam się przebrać.
Ubrałam się do wyjścia, szybko pomalowałam i wróciłam do pokoju po moją torbę.
- Skubany, będzie pierwszy - mruknęłam widząc, że Nathana nie ma w pokoju.
Zeszłam na dół, zobaczyłam Natha w kurtce i butach z satysfakcją na twarzy.
- Raz ci się udało - powiedziałam zanim zdążył zacząć prawić swoje mądrości.
Kiedy skończyłam zakładać buty, przyjechała taksówka, wyjątkowo nie musieliśmy wbiegać do pociągu.
- Pojedziemy do pubu, zostawię swoje rzeczy i pojadę na lekcję - powiedział Nathan, kiedy wsiadaliśmy do taryfy, tym razem już w Londynie.
- Oki doki - powiedziałam oglądając miasta za szybą. Jednak to jest to - big city life.
Tego chciałam przez całe swoje życie mieszkania na małym zadupiu, dlatego pojechałam do Londynu, dlatego potem miałam iść na studia. Dlatego całe życie marzę o chociaż kilku dniach w Nowym Jorku. A gdzie skończyłam? W Gloucester.
- Nathan nie będę mieszkać w Gloucester - powiedziałam ni z tego ni z owego.
- Słucham? - spytał zdezorientowany.
- Nie wynajmę mieszkania w Gloucester.  Chcę dużego miasta, a ty uwielbiasz Gloucester i tu następuje konflikt interesów.
- Jules, spoko, nie zamierzam mieszkać całe życie z mamą. Kocham Gloucester, wychowałem się tam, dziwne, żeby było inaczej, ale wszyscy wiedzą, że życie toczy się w Londynie. Spora część mojej pracy toczy się w Londynie, a jeżdżenie pociągami to żadna frajda.
- Więc nie zamierzasz kupować mieszkania w Gloucester? - spytałam.
- Nie - powiedział rozbawiony, nie wiedzieć czym.
- Dobrze - kontynouwałam patrzenie przez okno. - O której wrócisz? - spytałam, gdy dojechaliśmy do pubu.
- Myślę, że gdzieś koło szesnastej - powiedział zabierając się do wysiadania.
- Okej, nie wychodź, wezmę twój plecak.
- Kochana jesteś - uśmiechnął się.
- Wiem, wiem - powiedziałam zamykając drzwi od auta.
Chwilę się dobijałam, aż ktoś raczył mi otworzyć, w końcu się doczekałam, zaniosłam nasze rzeczy do pokoju i wróciłam na dół.
- Niech wam będzie, że posprzątam za was - mruknęłam i wzięłam się za zakładanie krzeseł na stoły, pozamiatałam i umyłam podłogę, wsadziłam na trzy tury naczynia do zmywarki, ręcznie umyłam kufle do piwa, bo Jack ma teorię, że przez środki do mycia piana jest mniejsza. Apropos Jacka, zszedł na dół, kiedy kończyłam robotę i wycierałam blat.
- Jesteś aniołem, mała Jules - powiedział.
- Bo co, bo sprzątam, jak przychodzę? - spytałam.
- Nie tylko dlatego, jak możesz posądzać mnie o taką interesowność?! - oburzył się na żarty.
- Nathan przyjechał ze mną - poinformowałam.
- Co, nie mógł wytrzymać czterech dni bez ciebie? - zaśmiał się Jack.
- To też. Ma jakąś sesję czegoś tam z głosem - wyjaśniłam.
- Kiedy będzie mógł śpiewać?
- Tego jeszcze nie wiemy. Boję się tylko, bo na początku stycznia jest wielki, ogromniasty koncert, kilkanaście artystów, kilkadziesiąt tysięcy ludzi... Nie rozmawiałam z nim o tym, ale myślę, że może próbować wrócić do zespołu tego dnia. I boję się, że potem okaże się, że to jednak było za wcześnie - westchnęłam.
- Nathan jest rozsądny, na pewno nie zrobi nic, co mogłoby mu zaszkodzić - pocieszył mnie Jack.
- Być może. Gorzej jeśli manager wymyślił tą datę na dzień jego powrotu.
- Przecież to Nathan decyduje...
- A słyszałeś o czymś takim jak perswazja? - zapytałam.
Na dół zszedł Dave, ale tylko po to, żeby wziąć wodę i wrócił znowu do spania.
- Oni wszyscy jeszcze śpią? - spytałam.
- Tak, mieliśmy dużą grupę, siedzieli prawie do piątej, ale wydawali dużo kasy, więc cierpliwie czekaliśmy, aż wyjdą.
- W czwartek?!
- Też byliśmy zdziwieni. Skoro o tym mowa. Obiecałem im, że mogą zacząć później, a muszę wyjść załatwić kilka rzeczy związanych z wyjazdem, dasz sobie radę sama? Do siedemnastej powinienem wrócić.
- Pewnie, Nathan będzie o szesnatej, najwyżej on mi pomoże.
- Dzięki, Jul. Idę się przygotować - poszedł na górę i tyle go widziałam.
Skoro już miałam być sama, nie mogłam wychodzić z sali, więc musiałam być pewna, że wszystkiego starczy, więc naniosłam z zaplecza piwo i inne napoje. Wypuściłam Jacka, otwierając tym samym pub, kilkanaście minut siedziałam sama oglądając telewizor, chwilę zajęło, zanim zaczęli przychodzić ludzie. Eva i Liz zeszły na dół, spytać czy mi pomóc, ale zapewniłam, że dam sobie radę i pozwoliłam im rengenerować siły na noc. Zaczęłam się martwić, kiedy Nathana nie było i nie było, aż w końcu do niego zadzwoniłam.
- Nath, co się z tobą dzieje? - spytałam.
- Wszystko dobrze, miałem coś jeszcze do załatwienia, będę za pół godziny.
- Okej.
No i przyjechał, godzinę później, kiedy Liz i Eva same z siebie wzięły się do pracy.
- Martwiłam się, głupku - rzucił w niego ścierką.
- Byłem jeszcze u lekarza, potem wpadłem na Nareeshę i tak jakoś wyszło - pocałował mnie w policzek.
- Nie mogłeś przyjść z nią tutaj, pierdoło?!
- Jestem tu minutę i zdążyłaś obrazić mnie dwa razy - zauważył.
- Nie zmieniaj tematu. Co u niej?
- Robi kolekcję sukienek - powiedział biorąc butelkę soku.
- Nathan, ona jest projektantką butów...
- Przecież wiem. Ale teraz robi sukienki. Jestem facetem, ale potrafię rozróżnić jedno od drugiego. Pomóc wam w czymś?
- Dajemy sobie tu radę, możesz iść do Jacka i Dave'a do kuchni.
- Okej - Nathan zniknął za drzwiami.
O trzeciej napiwki nie mieściły mi się w kieszeni, poza tym byłam zmęczona, stwierdziłam, że na dzisiaj mi starczy i poszłam do kuchni.
- Siema chłopaki - powiedziałam do Natha, Dave'a i Jacka siadając na stole.
- Skończyłaś już? - spytał Nathan.
- Tak, ledwie stoję na nogach - ziewnęłam. - Dobranoc.
- Idę z tobą, trzecia to nie jest moja godzina - Nath wstał z krzesła i poszliśmy na górę.
Wzięłam piżamę z torby i poszłam prosto do łazienki, prawie zasnęłam pod prysznicem. Po mnie poszedł Nathan, u mnie w tym czasie ujawniło się uzależnienie od Twittera i spędziłam dobre dwadzieścia minut udając, że wcale mnie tam nie ma.
- Jules, jest trzecia w nocy, daruj sobie tego twittera - westchnął Nathan widząc mnie nakrytą po samą brodę z telefonem w ręce.
- No już, szpiegowałam - odłożyłam telefon na półkę i wtuliłam się w Sykesa. 
- Dobranoc - powiedział i pocałował mnie w czubek głowy.

Rano, gdzieś mniej więcej w południe, pociągnęłam Sykesowi łokciem po żebrach, jak to często miałam w zwyczaju, kiedy zapomniałam, że śpi obok mnie. Nie jestem do tego przyzwyczajona, dziewiętnaście lat miałam łóżko całe dla siebie.
- Nie ma to jak dostać strzała na dzień dobry - mruknął zaspany.
- Najpierw pijesz, potem mówisz - przeciągnęłam się. Chodziło o to, żeby nawadniał gardło,  nie mogło być suche, bo dla niego nie było to bezpieczne. Podałam mu butelkę wody, którą sama wzięłam z dołu, widać, które z nas bardziej pamięta o gardle.
- Zawsze pamiętasz o wszystkim - powiedział odstawiając butelkę na półkę i obejmując mnie w pasie.
Leżeliśmy tak przytuleni, po jakimś czasie Nathan zaczął rysować palcem wzorki na moim brzuchu, wokół pępka i na udzie, delikatnie muskał ustami moje ramię...
- Nathan, Nathan, Nathan... - westchnęłam. - Dobrze wiesz, że nic z tego.
- Jules, to już miesiąc - mruknął zrezygnowany.
- Nie, Nathan, to dopiero miesiąc. A pytałeś lekarza?
- Nie.
- Masz dwadzieścia lat, a nie potrafisz spytać się lekarza czy kogoś kto prowadzi te twoje dziwne lekcje, czy możesz uprawiać seks?
- Nie przywykłem do tego, że muszę kogokolwiek pytać o pozwolenie na seks. Co on ma do rzeczy ze stronami głosowymi?!
- Widać kto uważniej słuchał lekarza - mruknęłam. - Chodzi o ciśnienie krwi. W czasie wysiłku wzrasta, a jak widać tobie nie może wzrastać - wzruszyłam ramionami.
- Bez sensu.
- Wyluzuj, panie Sykes, jeszcze tylko kilka tygodni - poklepałam go po ramieniu.
- Tygodni?! Ty jedziesz do Polski za tydzień.
- A co to ma do rzeczy? - spytałam. - Jak łaskawie pójdziesz do lekarza i pozwoli ci na powrót do pewnych czynności fizycznych, jak już nie będzie mnie w Anglii to... zawsze masz prawą rękę.
Nathan spojrzał na mnie, jakby oczy miałby mu zaraz wyjść z orbit.
- Tylko nie nazywaj jej moim imieniem, bo to obrzydliwe. I nie oglądaj pornosów - upomniałam.
Nathan dalej patrzył na mnie, jakby zabrakło mu języka w gębie.
- To było dziwne - stwierdziłam po chwili.
- Trochę...
- Nie powtarzaj tego nikomu. I tak nikt ci nie uwierzy - stwierdziłam.

Dwa dni później w poniedziałek Nathan poszedł rano na tą swoją dziwną terapię, ja byłam zmęczona i nie chciało mi się włóczyć. Zrobiłam za to, co zawsze robiłam w leniwe poranki, kiedy jeszcze tu mieszkałam. Zeszłam taka nieogarnięta na dół, zrobiłam sobie kanapki i herbatę, siadałam przy barze i włączyłam telewizor. Zjadłam,  ogarnęłam swój wygląd, posprzątałam po sobie, posprzątałam cały pub po ostatniej nocy, w międzyczasie wstała Eva, w końcu wrócił Nathan ucieszony od ucha do ucha.
- A ty co, u lekarza byłeś? - spytałam.
- Śmieszne - pokazał mi język. - Chodź na zewnątrz - machnął ręką.
- Ale kurtkę mam na górze.
- Tylko na chwilę.
Westchnęłam i wyszłam za nim na chodnik.
- No i? - spytałam tupiąc w miejscu.
Nathan wskazał ręką na zaparkowany na chodniku samochód.
- No i? - powtórzyłam.
I wtedy wyciągnął z kieszeni kluczyki i pomachał nimi.
Otworzyłam szeroko buzię, popatrzyłam to na auto, to na kluczyki w ręce Nathana, znowu na auto...
- To twoje? - spytałam.
- Dlatego w piątek wróciłem później i nie spotkałem Nareeshy przypadkiem, stało u niej w garażu podziemnym - powiedział dumny.
- No no no. Klasa panie Sykes - pokiwałam głową z uznaniem.
- Dobra, jedziemy do domu, muszę być przed mamą i Philem na podjeździe - powiedział i weszliśmy do środka po swoje rzeczy.
-  Ale dasz mi poprowadzić? - spytałam.
- Może kiedyś.
- Masz to auto od trzech dni, a kochasz je bardziej ode mnie! - powiedziałam z udawanym wyrzutem.

Bry, nie wiem, co mam powiedzieć o tym rozdziale... Może tylko tyle, że nie wiem, jaki to jest samochód, więc piszcie jakieś marki i modele w komentarzach, a ja wybiorę ;)