środa, 31 lipca 2013

57. Magiczne struny głosowe.

Przeciętny dzień Nathana, odkąd wrócił do domu z Los Angeles, wygląda mniej więcej tak: wstanie koło jedenastej, zaspany pokręci się po domu jak małe dziecko, które zgubiło się w centrum handlowym, zrobi sobie herbatę, zanim zabierze się za śniadanie, ja zdążę zjeść trzecie, poogląda telewizję, posiedzi na internecie, koło czwartej, kiedy wróci jego mama kręci się po kuchni i udaje, że jej pomaga, kiedy ja naprawdę to robię, w czasie jedzenia powie ze dwa zdania, później wymiga się od włożenia głupich naczyń do głupiej zmywarki, posiedzi ze wszystkimi w salonie, późnym wieczorem, kiedy już siedzimy u niego w pokoju, stwierdza, że wystarczająco dużo nie mówił, przez cały dzień i może zamienić ze mną parę zdań, aż w połowie zaciekłej dyskusji stwierdza, że na dziś mu wystarczy i możemy dokończyć albo następnego dnia albo z tablicą. Oczywiście żadna z tych opcji nigdy się nie dokonała. Wyjątkowo dużo ma do powiedzenia też, kiedy mówię "Jadę jutro do Londynu na trzy dni", wtedy nabiera sił witalnych w wymyślaniu argumentów przeciw, co w pewnym sensie jest trochę słodkie. Ja rozumiem, że kiedy człowiek jest odsunięty od pracy, którą lubi, może być trochę zdemotywowany, ale do tej pory wydawało mi się, że wszystko ma swoje granice.
Aż pewnego dnia nastąpił przełom i to Nathan obudził mnie pytaniem, czy jadę z nim do Londynu.
- Po co? - mruknęłam w poduszkę.
- Jadę do lekarza obejrzeć struny głosowe.
- Za ile?
- Za godzinę wychodzę.
- Może zdążę - wstałam z łóżka i poczłapałam do łazienki.
Przemyłam twarz zimną wodą, wróciłam do pokoju wybrać ciuchy i znowu poszłam do łazienki. Po 20 minutach zeszłam na dół, zjadłam płatki i ze zdziwieniem zauważyłam, że jak mogłam nie zdążyć w godzinę. A jednak prawie okazało się to możliwe, bo nieważne ile czasu Nathan dostanie na przygotowanie się, zawsze trzeba na niego czekać, obeszło się jednak bez biegnięcia do pociągu. Trzy godziny później czekaliśmy w poczekalni przed gabinetem.
- Nie denerwuj się - powiedziałam.
- Nie denerwuję - odpowiedział Nathan.
- Kłamiesz - powiedziałam pewnie. - Bawisz się paskiem od zegarka, stąd wiem.
Sykes jednak nic nie zdążył odpowiedzieć, bo został wezwany do gabinetu.
- Chodź ze mną - złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą do środka.
Gabinet wyglądał podobnie jak ten w Los Angeles, co oznacza, że fotel był taki sam i stało to coś do grzebania w gardle.
- Wygląda to bardzo dobrze - powiedział doktor. - Rozmawiałem z twoim lekarzem ze Stanów, przesłał mi zdjęcia i dokumentację i jak na taki rozmiar guza, jakiego miałeś, to co teraz widzę, jest dużą niespodzianką.
- Co dokładnie to oznacza? - spytał Nathan.
- Kiedy miałeś operację?
- Trzy tygodnie temu.
- O śpiewaniu na razie zapomnij, ale rany po operacji się zagoiły i możesz rozmawiać normalnie.
- Tak szybko? - zdziwił się Nath.
- Uwierz mi, też jestem zdziwiony, ale sprawdzałem dwa razy. Wszystko się zagoiło.
Nathan nie mógł powstrzymać uśmiechu i szczerzył się od ucha do ucha.
- Ale powtarzam - powiedział lekarz - do śpiewania jeszcze długa droga, na pewno nie w tym roku.
Biorąc pod uwagę, że był prawie grudzień nie brzmiało to mega groźnie.
- Nadal nie powinieneś się przemęczać, pamiętaj, żeby dużo pić, musisz nawadniać gardło.
- Ale mówić normalnie mogę? - upewnił się Nathan.
- Tak - potwierdził lekarz.
Nathan podziękował i wyszliśmy na zewnątrz.
- Ale, ale, nie kozakuj, tylko załóż ten szalik porządnie - powiedziałam, kiedy znaleźliśmy się na dworze i sama wzięłam się za poprawianie. - W skali od jeden do dziesięciu jak zadowolony jesteś? - spytałam.
- Jedenaście. Jules, mam magicznie regenerujące się struny głosowe - powiedział z dumą.
- To jest dobra okazja, żeby zrobić coś dobrego dla ludzkości - stwierdziłam.
- Co masz na myśli?
- Zrobimy obiad. Chodź, musimy zdążyć na pociąg.
- Od zawsze zarzekasz się, nie że nie umiesz gotować, ja też nie potrafię i ty nazywasz to czymś dobrym dla ludzkości?
- Miałam bardziej na myśli, że odciążymy twoją mamę - wyjaśniłam. - I nie gadaj tyle na dworze, zimne powietrze połykasz - naciągnęłam mu szalik na usta i ruszyliśmy do dworca.
- Hola, hola, bez przesady z tym tempem, mam obcasy, pamiętasz? - zwolniłam go pociągnięciem za rękę.
- Kto normalny ubiera obcasy na chodniki? W tym się wygląda, a nie chodzi.
- Właśnie chciałam ładnie wyglądać, dzięki, że doceniasz - mruknęłam.
- Jules, ty zawsze ślicznie wyglądasz - pocałował mnie w czubek głowy. - Nawet w tych kapciowatych emu.
- Odczep się od moich emu! To są najwygodniejsze buty na świecie! A tetaz przestań gadać w końcu. Lepiej zadzwonię do mamy, żeby podpowiedziała mi, co umiem ugotować - wyciągnęłam telefon z torebki i wykręciłam numer. - Cześć, mamo.
- Cześć, Julka, stało się coś?
- Czy jeśli dzwonię poza ustalonymi dniami musi się coś stać? Chociaż... w zasadzie tak. Zamierzam zrobić obiad.
- Czym ci biedni ludzie tobie zawinili? - spytała.
- Dzięki, mamo. To jest forma do świętowania, bo okazało się, że Nathan ma magicznie regenerujące się struny głosowe.
- Już się zagoiły?
- Tak, właśnie wracamy od lekarza. Śpiewać na razie nie może, ale wolno mu normalnie jeść i mówić. Ale do rzeczy, masz jakiś pomysł, co mogę i umiem zrobić? - spytałam.
- Nie zniszczyć umiesz tylko kurczaka. I to filety. To nie wiem, usmaż je czy coś. Albo mam pomysł! Mama Nathana ma patelnię grilllową?
- O rany - mruknęłam. - Macie patelnię grillową? - zapytałam Natha, na jego twarzy pojawiło się ogromne skupienie... i nic. - Nieważne - wywróciłam oczami. - Nie mamy pojęcia.
- Trudno, nieważne, dziecko nie wysilaj się na jakieś cuda, zrób coś z kuraka, posyp ziemniaki przyprawą i wsadź do piekarnika i już. Może uda ci się nie przypalić.
- Świetnie, mamo, wyczuwam w tym nutkę ironi, ale mimo wszystko dziękuję za wiarę we mnie.
- Szczerze i z całego serca wierzę, że nikogo nie zatrujesz - zaśmiała się mama. - Zmiana tematu, kiedy przyjeżdżasz do domu?
- Za trzy tygodnie - powiedziałam i wtedy do mnie doszło. - O matko... Trzy tygodnie, a ja nie mam prezentów...
- O Boże, nie zaczynaj panikować - nawet nie widząc jej wiem, jaką zrobiła minę.
- Popanikuję, ale potem. Muszę kończyć, telefony do Polski nie są za darmo.
- Mogłaś zadzwonić z polskiego numeru, byłoby taniej - wtrąciła.
- Zostawiłam go w Gloucester, odezwę się, kiedy upewnię się, że nikogo nie zabiłam, papa - rozłączyłam się.
Po powrocie do Gloucester poszliśmy do sklepu i kupiliśmy rzeczy potrzebne na obiad, i także te, które pewnie się nie przydadzą i w drodze powrotnej się zaczęło...
- Jules, oddaj mi te zakupy, bo czuję się jak frajer, kiedy ty niesiesz zakupy - powiedział Nathan.
- Nic z tego, nie możesz dźwigać - pokręciłam głową.
- To tylko zakupy. Poza tym wszystko mi się zagoiło, oddawaj! - sięgnął po reklamówkę, ale wyciągnęłam rękę, więc nie mógł jej złapać.
- Zrobimy to inaczej - powiedziałam stając w miejscu, moja torebka była na tyle duża, że zmieściłam w niej reklamówkę z zakupami. - Proszę, po kłopocie, teraz nikt nie widzi, że ja noszę zakupy.
- Boże, jakaś ty uparta - westchnął i wywrócił oczami.
W domu od razu zakasałam rękawy i wzięłam się do gotowania, bo czasu nie miałam zbyt wiele. Znaczy, jeśli można to nazwać gotowaniem.
- Pomóc ci? - spytał Nathan.
- W zasadzie... obierz ziemniaki, zrób z nich sensowne kawałki, wysmaruj formę tłuszczem, wyłóż je i posyp przyprawą.
- Po co w ogóle pytałem...
- Nie marudź, tylko bierz się do roboty - powiedziałam podając mu nóż.

Wyrobiliśmy się idealnie na czas. Karen, Phil i Jess weszli do domu, kiedy wyciągałam mięso i ziemniaki z piekarnika, do tego jakaś bliżej nieokreślona sałatka z sałaty lodowej i pomidorów.
- Ładnie pachnie i wygląda - powiedziała mama Nathana.
- Mam nadzieję, że też smakuje nieźle i nie będę siedziała za wielokrotne mordestwo - stwierdziłam siadając do stołu.
O dziwo wszystkim smakowało, nikt nie narzekał na mdłości czy inne sensacje żołądkowe, więc można uznać, że mission complete. Complete do tego stopnia, że Nathan uznał, że skoro okazało się, że jednak umiem gotować, to będzie to sprytnie wykorzystywał w przyszłości. Niedoczekanie.
Po obiedzie urządziłam sobie z Jess babskie popołudnie, zamknęłyśmy się u niej w pokoju, malowałyśmy paznokcie, oglądałyśmy gazety i takie tam.
- Jess... - zaczęłam.
- Tak?
- Nie mam pojęcia, co kupić Nathanowi na święta.
- Mój brat nie jest wymagający, wystarczy mu nowy fullcap albo zegarek - stwierdziła Jess.
- To jest prezent na święta dla chłopaka, nie dla dawno niewidzianej starej ciotki na imieniny. Minusem bycia z gwiazdą popu jest to, że nie ma nic, czego nie może sam sobie kupić - powiedziałam gapiąc się tępo w sufit.
- Dobra, rozłóżmy Nathana na czynniki pierwsze. Co lubi Nathan...
- Herbatę, śpiewanie, czapki, mnie i Manchester United i Gloucester.
- Wiem! - krzyknęła. - Możesz mu załatwić czapkę pachnącą herbatą, która będzie miała na logo Manchesteru, twoje zdjęcie, a z tyłu napis "Gloucester".
- Jess, zaraz cię zamorduję, przysięgam! - rzuciłam w nią poduszką.
- Jules, ja sama nie wiem, co mam mu kupić.
- Nienawidzę świąt - jęknęłam. - Nie, poprawka. Kocham święta i dostawania prezentów, nie cierpię ich kupować.
- Wszyscy tak mają. Ale wyluzuj się, jeszcze miesiąc.
- Nie dla mnie. Trzynastego jadę do Polski - dalej gapiłam się tępo w sufit.
- Kiedyś chciał dostać koszulkę drużyny Gloucester w rugby - mruknęła.
- Dostał?
- Nie, powiedział o tym w filmiku opublikowanym w dniu jego urodzin, jak ktokolwiek miałby ją załatwić w kilka godzin?
- No racja.
Chwila ciszy...
- Kupuję koszulkę! - krzyknęłyśmy jednocześnie.
- Ja to wymyśliłam! - powiedziała Jess.
- Jessica! Masz więcej czasu, żeby coś skombinować coś innego! - zaprotestowałam.
- No dobra, patrzmy się dalej w sufit, jeśli nie wymyślimy nic innego odstąpię ci koszulkę - położyłyśmy się z powrotem na podłodze.
- Koszulka Manchesteru United z imieniem? - rzuciłam. - Chwila, nie miał już takiej?
- Miał z samym logiem - sprostowała Jess.
- To jak? Ja Gloucester, ty Manchester?
- Ja jestem z Gloucester, mieszkam w Gloucester, powinnam kupić Gloucester.
- Ale wiesz, Nathan kocha Gloucester i jeśli to ja kupiłabym Gloucester to pokazałoby, że zdaję sobie z tego sprawę i tak dalej. Czaisz?
- No rozumiem - powiedziała Jess. - Niech ci będzie, ty Gloucester, ja Manchester.
- Ale musisz mi pomóc ją załatwić. Ja tu potrafię trafić tylko do sklepu.
- Wydaje mi się, że można ją załatwić przez internet - Jess sięgnęła po laptopa i weszła na stronę drużyny Gloucester w rugby.
- Pięćdziesiąt funtów? Nieźle się cenią - powiedziałam. Nie żeby coś, ale to tylko drużyna w rugby.
- Bierzesz? - spytała.
- No biorę.
Jess wpisała nazwisko na tył koszulki.
- Jaki numer ma być? - spytała.
- Eeee... Jaka jest jego ulubiona liczba?
- Skąd mam wiedzieć? - zdziwiła się.
- No tak, w końcu jesteś tylko jego siostrą. Dobra, pisz moją, dwanaście. Chwila!
- Co jest?
- Paczka nie może przyjść tutaj. On siedzi cały dzień w domu, nie ukryjemy tego przed nim - powiedziałam. 
- Możemy wpisać adres mojej przyjaciółki, a ona dyskretnie nam to przyniesie - zaproponowała Jess.
- Idealnie.
- Tylko do niej zadzwonię - dziewczyna sięgnęła po telefon, po chwili wszystko było załatwione. - Tę ode mnie też wyślemy pod jej adres.
Od razu Jess zamówiła koszulkę od siebie.
- Dobra, teraz możemy zabrać się za jakiś film - zaklaskałam w ręce.
- "Wredne dziewczyny"?
- Zawsze na tak - uśmiechnęłam się.
Rozległo się ciche pukanie i w drzwiach pojawiła się głowa Nathana.
- Nudzę się - mruknął.
- To babski wieczór - powiedziała stanowczo Jess.
- Ale mam łapówkę - pomachał ręką z dwoma tabliczkami czekolady z orzechami.
Spojrzałyśmy po sobie z Jess, czekolada wyglądała kusząco.
- No dobra - powiedziałam w końcu. - Ale nie masz prawa głosu w kwestii wyboru filmu czy czegokolwiek innego.
- Spoko - zadowolony usiadł na łóżku pomiędzy nami, jedną tabliczkę dał mi a drugą siostrze. - Co oglądamy? - spytał.
- "Wredne dziewczyny".
- Znowu?! - jęknął i wywrócił oczami.
- Już marudzisz?
- Nie, skąd, siedzę cicho - uniósł obronnie ręce.
Wpuszczenie go do środka nie było taką złą decyzją, przynajmniej było ramię, na którym można było oprzeć głowę. Trzy filmy później okazało się jednak, że ramię jest też świetnym usypiaczem...

Nie podoba mi się ten rozdział. Przeleciałam go wzrokiem, zero akcji, same dialogi -.- Mam już pomysł na kawałek następnego, postaram się, żeby był bardziej interesujący :) xxx

środa, 24 lipca 2013

56. Krok do przodu.

Dwa dni później Nathan został wypisany ze szpitala, Jess i jego mama poszły na górę, pomóc mu, ja zostałam na dole i napisałam wiadomość do chłopaków. Wysyłając smsa zauważyłam czającego się w krzakach paparazzi, więc szybko weszłam do środka. Winda zjechała na dół i chociaż widok był bardziej przykry niż śmieszny, nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Nathan spojrzał na mnie pytająco.
- Przepraszam, nie powinnam się śmiać, ale... wózek? - powiedziałam próbując zachować powagę.
Wiem, że Nathan nie powinien się przemęczać i tak dalej, ale szpital chyba lubi dmuchać na zimne, skoro wsadzili do na wózek inwalidzki, żeby zjechać windą i podjechać sto metrów do auta. Ciekawe, czy chociaż przebrał się samodzielnie... W końcu wczoraj lekarz wyraźnie powiedział "Żadnego wysiłku fizycznego", dodatkowo powtarzając i podkreślając "żadnego" patrząc znacząco to na mnie, to na Natha i może byłoby to mniej krępujące, gdyby jego mamy nie było przy tym...
- Na zewnątrz jest paparazzi - poinformowałam. - W krzakach po prawej.
Wyszliśmy ze szpitala, Nathan pchany na wózku przez pracownika, który dowiózł go do samego auta.
Pojechaliśmy do hotelu, wzięłam torbę Nathana z rzeczami i iście żółwiowym tempem przeszliśmy przez hol, wzięłam z recepcji kartę do pokoju i poszliśmy do windy. Wjechaliśmy na piętro, weszliśmy do pokoju, rzuciłam torbę Natha na podłodze i położyłam się na łóżku. Nathan położył się obok mnie i objął mnie ręką. Pogłaskałam go po ramieniu i nagle przypomniało mi się:
- Kupiłam ci nową tablicę! - krzyknęłam.
Poklepałam go po ręce, żebym ją ze mnie zdjął i podeszłam do szafy. - Taaadam! - położyłam tablicę i pisak obok Nathana. Chłopak zaśmiał się bezgłośnie. Wziął pisak i napisał "Dziękuję :)".
Odłożył tablicę, przesunął się na łóżku, oparł plecami o ścianę i machnął na mnie ręką, żebym usiadła obok. Delikatnie wtuliłam się w niego.
- W sumie przez następne dni może być zabawnie - powiedziałam. - Mogę gadać, gadać, gadać, gadać, gadać, gadać, gadać i dalej gadać, a ty nie możesz powiedzieć mi, żebym się zamknęła. Mogę śpiewać, chociaż nie umiem i nie możesz powiedzieć, żebym przestała. Hmm, będzie fajnie.
W odpowiedzi poczułam palce wbijane w moje żebra.
- Przestań, nie możesz się zmęczyć! - powiedziałam bijąc go w ręce. - Przecież żartowałam, nie jestem wredna. Może troszeczkę - poprawiłam się i oparłam głowę o jego klatkę piersiową. Podniosłam wzrok i popatrzyłam na Nathana, patrzył zasępiony w ścianę.
Podsunęłam się do góry.
- Nathan, wiem, że operacja to nie koniec problemów, ale nie można się tak smucić. Musimy wierzyć, że wszystko będzie dobrze, za kilka miesięcy wrócisz na scenę i wszystko będzie jak dawniej. A przed tym będziesz słuchał lekarza jak nigdy, pracował nad głosem i tak dalej.
Nath pokiwał twierdząco głową i pocałował mnie w czoło. Chciałam mu się odwdzięczyć tym samym w policzek, ale skubany przekręcił głowę i trafiłam w usta i trochę się przeciągnęło ;), aż przerwał nam dzwoniący telefon.
- To wysiłek fizyczny - wskazałam na Natha oskarżycielsko palcem idąc do stołu po telefon.
- Hej, Jay, jak Anglia? - odebrałam telefon. Chłopcy dzień wcześniej wrócili do Londynu, kilka dni później mieli jechać do Azji i Australii.
- Zimno, mokro, jetlagowo, mówię wam, nie wracajcie.
- Spoko, chociaż myślę, że pogoda w Los Angeles też się kiedyś w końcu nudzi - stwierdziłam.
- Nie, jesteś w błędzie - zapewniał Jay. - Jak Nathan?
- Dostał ode mnie nową tablicę, więc nie powinien narzekać - zażartowałam. - Marudzić zacznie dopiero, kiedy płynna dieta zacznie go męczyć i będzie głodny.
- Nie miałbym nic przeciwko płynnej diecie. Widzisz te rzeki piwa?
- Nie może pić piwa. Ani innego alkoholu. Ani nic gazowanego. W zasadzie niewiele rzeczy może.
- Może w ogóle robić coś oprócz leżenia? - spytał Jay.
- Może robić wszystko oprócz jedzenia, wysiłku i mówienia. Może oglądać telewizję, słuchać muzyki, czytać książki, grać w gry planszowe...
- Przerwę ci - wtrącił Jay. - Słyszałaś siebie? Żadnego wysiłku fizycznego. Żadnego. Pamiętaj o tym w nocy.
- Jay! - oburzyłam się. - Jesteś okropny! I muszę zakończyć tą rozmowę nie tylko dlatego, że myślisz tylko o jednym, ale ktoś puka do drzwi.
- Trzymajcie się i pilnuj go.
- Będę, papa.
Odłożyłam telefon i poszłam otworzyć drzwi.
- Jess, czemu po prostu nie wejdziesz, tylko pukasz? - spytałam wpuszczając ją do środka.
- Nie byłam pewna czy to wasz pokój. Ale mam gry - pomachała pudełkami.
Nathan wziął tablicę i szybko napisał "SCRABBLE!".
- Nie, to nie fair! Ja nie jestem Angielką! - zaprotestowałam.
- Siedzisz prawie pół roku w Anglii, dasz radę - Jess machnęła ręką wskoczyła na nasze łóżko i rozłożyła planszę.
- Chcesz coś do picia? Colę? - spytałam.
- Może być.
Podeszłam do małej lodówki i wyciągnęłam dwie butelki. Nathan popukał w tablicę i machał rękami.
- Tak, o tobie też pamiętam - z półki wyjęłam butelkę wody.
- Możemy trochę przekręcić zasady i mogę zacząć ja? - spytałam.
- No dobra - zgodziła się Jess.

To była chyba najdłuższa runda w scrabble w dziejach, w dużej części przeze mnie, gdyż długo i intensywnie wysilałam swoją mózgownicę do pracy. I  tak przegrałam.
- Możemy teraz zagrać w coś miedzynarodowego? Na przykład Monopoly? - spojrzałam po Jess i Nathanie. Dziewczyna nie miała przeciwskazań, Nathan trochę kręcił nosem, ale nikogo to nie obeszło.
Po długich trzech godzinach, nastała chwila mojej chwały, kiedy to doprowadziłam starszego Sykesa do bankructwa.
- Dobra, zostawiam was, bo jetlag daje mi się we znaki - przeciągnęła się Jess.
- Dobranoc - pożegnałam dziewczynę, Nathan pomachał jej ręką.
- To na co teraz ma pan ochotę, panie Sykes? - spytałam. W odpowiedzi Nathan poruszał brwiami. - Nic z tego. Możemy oglądać telewizję, udawać, że nie ma nas na twitterze, a tak naprawdę siedzieć i czytać tweety innych, iść spać, czytać ksiazki, albo prowadzić jednostronną konwersację, czyli po prostu monolog, czyli to, co robię teraz.
Nathan zaczął pisać coś na tablicy.
"Wiem, że odeszłaś z pracy".
- Kto ci powiedział? - spytałam. - Z resztą nieważne - machnęłam ręką. - Tak, odeszłam. Nie wiem, gdzie znajdę pracę, w której dadzą mi trzy miesiące wolnego na kręcenie tego twoje reality show, ale to nic, tym będę martwić się później.
"Oprócz tego jesteś praktycznie bezdomna".
- Tak, Nathan, wiem! Naprawdę chcesz toczyć tą "rozmowę" - nakreśliłam cudzysłów w powietrzu - akurat teraz?
Z całych sił próbowałam zachować spokój i nie wybuchać nieuzasadnioną i nieopanowaną agresją. Zrobiłam głęboki wdech i usiadłam na łóżku.
- Myślę, że zwolnienie się było może zbyt pochopne. Jeśli lekarz pozwoli ci wrócić do Anglii po najbliższej kontroli będzie połowa listopada. Zespół leci do Australii i Azji, więc ty zapewne będziesz w Gloucester. Teraz dopiero naszło mnie, że lepszym rozwiązaniem może być, jeśli wrócę do pracy i będę przyjeżdżała do ciebie co kilka dni. Jack na pewno nie będzie robił problemów - powiedziałam spokojnie. Nathan znowu zaczął skrobać.
"Wiesz, że możesz siedzieć ze mną w Gloucester cały czas, prawda? Wiem, co kombinujesz z tym całym wracaniem do pracy... Tyle, że Twój plan kończy się na wyjeździe do Polski na święta, co nie zmienia faktu, że potem będziesz bezdomna i bezrobotna...".
Rozgryzł mnie skubaniec... Naszło mnie na wracanie do pracy, bo głupio będzie mi cały czas siedzieć jego mamie na głowie.
- Mam oszczędności, znajdę pracę, potem się zwolnię, wynajmę mieszkanie, które będę opłacała właśnie z oszczędności, chociaż będzie stało puste przez trzy miesiące. Dam radę.
"A nie myślisz, że to może znak żebyśmy razem zrobili krok do przodu?"
Serce podeszło mi do gardła. Żeby tylko nie miał na myśli tego, co myślę... 
- Mówisz o czymś konkretnym? - spytałam.
"My, w sensie The Wanted, wyprowadzamy się, każdy musi znaleźć coś swojego, więc może zamiast mojego mieszkania i twojego mieszkania zrobiliśmy jedno wspólne?".
O cholera, miał to na myśli...
- Nathan... - podsunęłam się bliżej i złapałam go za rękę. - Kocham Cię, wiesz o tym. Kocham Cię najbardziej na świecie i chcę być z Tobą już do końca, mieszkać razem, mieć dzieci i tak dalej, ale nie wiem, czy to nie za wcześnie... - Już miał zacząć pisać, kiedy kontynuowałam. - Mogę ci wymienić mnóstwo par, które rozstały się, bo wszystko poszło za szybko - założyłam ręce ma piersi, Nathan poruszał ręką, żebym kontynuowała. - Przykład pierwszy z brzegu. Max i Michelle. Byli ze sobą nieco ponad pół roku jak się jej oświadczył, planowali ślub, który pół roku później odwołali, a następne pół roku później się rozstali, a teraz biedny Max nie może nawet widywać psa, którego jej dał z pierścionkiem. Dalej, Frankie i The Saturdays i ten koleś z McFly. Zerwali po dwóch latach, kiedy Frankie miała 21, bo praktycznie od początku razem mieszkali, a ona czuła, że wszystko idzie za szybko i coś ją omija - moja wiedza na temat brytyjskich celebrytów zaczynała mnie przerażać.
"Dobra starczy. Ale zapominasz o jednej rzeczy..."
- Jakiej?
"Ani Max i Michelle, ani Frankie i Dougie nie są nami..."
Uśmiechnęłam się lekko. Miał trochę racji, w końcu nie byliśmy do końca normalni... Kiedy go poznałam miałam ochotę wylać mu piwo na głowę, kiedy pierwszy raz spaliśmy w jednym łóżku miałam czterdzieści stopni gorączki, Nathan pewnie do tej pory nie pamięta naszego pierwszego pocałunku, po którym sekundę później poszedł wymiotować, kiedy drugi raz spaliśmy w jednym łóżku, nie pamietałam jak się tam znalazłam, miałam kaca po piciu z Tomem i nie wiedziałam w jaki sposób zostałam przebrana.
- Dobra, punkt dla ciebie. Ale jest jeszcze jedna sprawa - powiedziałam, a Nathan wywrócił oczami. - Ludzie. Wiem, że nie interesuje cię, co mówią i tak dalej, ale mnie czasami to dotyka. A nie chcę, żeby wyglądało, że nie mam pracy, mieszkam w mieszkaniu kupionym przez mojego  sławnego chłopaka i generalnie nic nie robię. Dlatego mam pomysł - spojrzałam na niego, czekając czy da mi znak, żebym mówiła dalej. - Kiedy znajdę normalną pracę, w której nie będę pracowała po nocach i nie będę dostawała wolnego, kiedy tylko będę chciała i będę zarabiała normalne pieniądze, wrócimy do tej rozmowy, dobra?
Nathan podniósł kciuk do góry i pokiwał głową.
Byłam z siebie dumna. Udało mi się rozwiązać sprawę bez krzyków i awantur.

Tydzień po operacji przyszedł czas na kontrolę u lekarza.
- Denerwujesz się? - spytałam, kiedy jechaliśmy na miejsce.
Nathan dał znak ręką, że trochę.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze - powiedziała jego mama.
Dojechaliśmy niedaleko gabinetu, kawałek musieliśmy przejść, oczywiście napatoczyli się paparazzi, na miejscu wszyscy wpakowaliśmy się do gabinetu, a Nathan usiadł na fotelu.
- Otwórz buzię - nakazał doktor i pogrzebał mu czymś w gardle. - Dobra, na razie możesz odezwać się teraz do mnie. Czujesz różnicę?
- Tak, jest o wiele lepiej, już nie boli - brzmiał tak... inaczej.
- I wygląda lepiej. Ale chcę żebyś mnie zrozumiał. Żadnego wysiłku, sportu, dźwigania przez następne dwa tygodnie. Możesz jeść normalnie, ale żadnych ostrych rzeczy czy gazowanych napojów - powiedział lekarz.
- Mogę już wrócić do Anglii? - spytał z lekką nadzieją Nath.
- Tak, myślę, że tak.
- Kiedy mogę znowu śpiewać? - wiedziałam, no normalnie wiedziałam, tylko czekałam, aż o to spyta.
- Pośpiech nie jest wskazany. Powinieneś to zrobić, kiedy będziesz gotowy, ale nie może to nastąpić za szybko, bo uraz się odnowi i znowu trafisz na stół, a wtedy może się nie udać, rozumiesz?
- Tak - kiwnął głową Nath.

Pożegnał się z lekarzem, wyszliśmy na zewnątrz, Nathan wyjął telefon i zadzwonił do Nano.
- Siema, Nano - powiedział. - Tak, właśnie wyszedłem od lekarza... powoli, na razie muszę nawet ograniczać mówienie, a co dopiero coś więcej... Stary, nie mogę podnieść własnej walizki... Dobra, do zobaczenia - rozłączył się. - Nano załatwia bilety, za dwie godziny mam się spotkać z nim i Scooterem.
- Świetnie, starczy tego gadania, jak na piętnaście minut - zamknęłam mu usta ręką. Ugryzł mnie lekko w palca.
- Nathan, Jules ma rację - powiedziała jego mama.
- Dobra, już nic nie mówię - uniósł obronnie ręce i wróciliśmy do hotelu.

Siedzieliśmy chwilę w pokoju, nagle Nathan ogłosił:
- Idziemy na obiad.
- Myślałam, że masz się spotkać z Nano i Scooterem - spojrzałam na niego znad książki.
- Auto przyjedzie za godzinę, chodź, chcę zjeść coś normalnego - pociągnął mnie za rękę.
- Dobra, dobra, daj mi buty - podniosłam się z łóżka i zeszliśmy do restauracji.
- Co bierzesz? - spytałam czytając kartę.
- Mam ochotę na wszystko.
- Tylko patrz na składniki, żebyś jakiegoś chilli nie miał, czy ostrej papryki - upomniałam go.
- Tak, wiem. Jules?
- Tak - spojrzałam na niego.
- Dziękuję - powiedział patrząc mi prosto w oczy. - Za to że jesteś.
- Polecam się na przyszłość - uśmiechnęłam się.
W końcu postawiliśmy ja na sałatkę z kurczakiem, Nathan na jakiś makaron, wyciągając przy tym od kelnerki wszystkie składniki jakich używając, nie wymieniła chyba tylko wody do ugotowania makaronu. Aż nagle z nikąd pojawił się Nano.
- Co tu już robisz? - zdziwił się Nath.
- Wiesz, która godzina? - spytał.
- O jak już się późno zrobiło - nawet nie zauważyliśmy, kiedy minęła ponad godzina.
- Właśnie, zbieraj się. A to są wasze bilety na sobotę - Nano położył kopertę na stole.
- Nano, na Boga, to wygląda jakbyś dawał łapówkę albo narkotyki - powiedziałam otwierając kopertę i czytając bilety. - Wylot o siedemnastej.
- Jedziesz z nami? - spytał Nathan podpisując rachunek i oddając go kelnerce, żeby doliczyli go do pokoju.
- Nie, zaniosę bilety Jess i twojej mamie, pójdę do pokoju, może ktoś będzie na Skypie - powiedziałam wstając razem z Nathanem od stolika.
- Dobra, to lecim, niedługo wrócę - pocałował mnie w policzek i ruszył z Nano w stronę drzwi.
- O czymś zapomniałeś - powiedziałam głośniej. Nath odwrócił się zdziwiony. - Karta do pokoju - podeszłam bliżej i wyciągnęłam rękę.
- A, no tak - wyciągnął plastik i podał mi go.
- Leć już, leć - machnęłam ręką i poszłam do windy.
Wjechałam na piętro i zapukałam do drzwi, otworzyła je mama Natha.
- Hej Karen, mam bilety na sobotę - pomachałam kopertą.
- Tą sobotę?
- Tak za dwa dni - podałam bilety jej i Jess.
- Świetnie. Nathan pojechał?
- Tak, przed chwilą wyszli z Nano. Dobra, idę do siebie, znając mnie najlepiej byłoby jakbym już teraz zaczęła się pakować - zaśmiałam się i poszłam do swojego pokoju.
Spojrzałam na szafę, walizkę, ciuchy na krześle, na szafę, na półkę w łazience... Nie, nie chce mi się.
Włączyłam laptopa. Dobra, czego się spodziewałam, w Europie jest środek nocy, na Skypie ani śladu żywej duszy. Sprawdziłam fejsa, twittera, jakieś plotki, obejrzałam odcinek serialu, aż w końcu obawa, że nie zdążę się spakować, wygrała i otworzyłam walizkę...

W niedzielę w południe wylądowaliśmy w Londynie i byłam szczerze padnięta, bo w LA była czwarta rano. Tym razem jednak przespałam prawie cały lot, więc powinnam jakoś dotrwać do wieczora. Z lotniska odebrał nas tato Nathana i Jess, a następne dwie godziny później byliśmy już w Gloucester. Ze zmęczenia zapomniałam o zielonym gadzie, który miał czaił się w pokoju Nathana.
- O Boże - przestraszyłam się. - Nie mógł po prostu zdechnąć przez te prawie dwa tygodnie?!
- Tato pewnie przyszedł go nakarmić - powiedział Nath podchodząc do terrarium.
- Nawet go nie wyciągaj! - ostrzegłam.
- Jules, dawno mnie nie widział - powiedział obronnym tonem.
- Właśnie, może już nawet zapomniał, że ty to ty, przestań - powiedziałam odsuwając go na bok. - Znajdz sobie jakieś konstruktywne zajęcie, a ja idę zadzwonić do mamy.
Wzięłam telefon, ubrałam się i wyszłam przed dom.
- Cześć Phil - w drzwiach minęłam się z partnerem mamy Nathana. Dziwnie, jakby byli dwadzieścia lat młodsi, powiedziałabym, że to jej chłopak, ale w takim wieku nie ma takiego luźniego określenia. Konkubent brzmi patologicznie.
- Cześć Jules - uśmiechnął się. - Jak Los Angeles?
- Cieplej niż tu. Ale mimo wszystko do takiego listopada jestem przyzwyczajona. Nie mogłeś załatwić tego gada? - spytałam.
- Jakiego gada?
- Charliego. Przerobić go na parówki czy coś.
- Ja go nie ruszałem - zaśmiał się. - Harry przyjeżdżał dać mu jeść.
- Och gdybym wiedziała wcześniej - zmrużyłam oczy. - Gadałabym całą drogę z lotniska.
- Mała złośnica - zaśmiał się. - Wchodzisz do środka?
- Nie, dzwonię do mamy - pokazałam telefon trzymany w ręce.
Zostałam sama i wykręciłam numer.
- Cześć mamo, jestem już w Anglii - powiedziałam.
- Dobrze, dzięki, że dzwonisz. Co robisz?
- Teraz jestem w Gloucester, jak przestawię się na angielski czas, to pojadę na kilka dni do Londynu, potem wrócę, potem znowu do Londynu, potem wrócę, a potem przyjadę na święta.
- Czas najwyższy. Porozmawiasz ze swoim bratem, może ty coś od niego wyciągniesz.
- Co się dzieje? - lekko się zaniepokoiłam.
- Chyba nachodzą go jakieś głębokie przemyślenia i ma depresję przez nie.
- I zapewne to nie na telefon? Dobra, zostawimy to na święta. Jestem trochę zmęczona i nie do życia, zadzwonię jutro na skypie, pa.
Rozłączyłam się i zadzwoniłam do taty, porozmawiałam z nim kilka minut i wróciłam do środka.

Kilka dni później stwierdziłam, że jestem już w stanie funkcjonować normalnie i mogę pojechać do Londynu popracować.
- Mimo to nie rozumiem - marudził Nathan, kiedy pakowałam ciuchy.
- Nath, to tylko cztery dni, w poniedziałek po południu wrócę.
- Nie możesz robić na odwrót? Jechać w poniedziałek i wracać w czwartek?
- Jaka to różnica dla ciebie? - spytałam. - Żadna - sama odpowiedziałam. - A dla mnie ogromna, bo w weekend wyciągnę więcej z napiwków. Przyjmijmy, że to taka mini trasa, tylko ja pracuję, a ty czekasz aż wrócę.
Usłyszeliśmy trąbienie z dołu.
- Twoja taksówka - powiedział wciąż dziecinnie nadąsany Nathan.
- Nath - jęknęłam, oparłam swoje czoło o jego. - Cztery dni. Marudzisz bardziej niż ja, kiedy jedziesz na inny kontynent na trzy tygodnie. Pa - pocałowałam go, wzięłam torbę i zeszłam na dół.
Dwie godziny później byłam w Londynie, gdzie złapałam następną taksówkę, która zawiozła mnie do pubu i śmiało weszłam do środka.
- Otwieramy za pół godziny - powiedział majstrujący coś przy telewizorze Jack.
- Myślałam, że dla mnie jest otwarte zawsze.
- Jules - mężczyzna uśmiechnął się na mój widok. - Myślałem, że nieprędko cię zobaczę - podszedł do mnie i mocno mnie przytulił. 
- Wiesz, sprawa jest taka, że może zbyt pochopnie się zwolniłam i myślałam, że mogłabym popracować co kilka dni - przeszłam od razu do rzeczy.
- Wiesz, że moje drzwi zawsze stoją dla ciebie otworem. Znaczy, dopóki są moje.
- Dzięki Jack - uśmiechnęłam się. - Gdzie wszyscy?
- Dave i Liz wyszli, a Eva na górze.
- To lecę się przywitać.
Cicho weszłam po schodach, rzuciłam torbę u siebie w pokoju i bez pukania wpadłam do Evy.
- Jules?! - zdziwiła się.
- Cześć!!! - rzuciłam się na nią i mocno przytuliłam. - Przyjechałam popracować do poniedziałku.
- A jednak - zaśmiała się.
- Co u ciebie, opowiadaj, masz już jakiś plan, co zrobisz po zamknięciu?
- Mam - poprawiła się i usiadła prosto. - Wracam do Manchesteru.
- Co? - zdziwiłam się. - Ale jak?
- Rozmawiałam z prawnikiem i zamierzam sądzić się z w świetle prawa moją matką, o dom po tacie - wyjaśniła.
- Wow... to... odważne. Rozmawiałaś z Jayem?
- Jeszcze nie...
- Eva, musisz to zrobić, Manchester jest daleko...
- Nic z tego nie będzie - weszła mi w słowo. - Ja i Jay... To nie działa.
- Co? - zamurowało mnie.
- Ten związek nie ma przyszłości, Jules. Skończę to i zacznę wszystko od początku w Manchesterze.
- Ev, to złamie mu serce.
- Mi też będzie smutno, ale to jest najodpowiedniejsze - stwierdziła Eva, no i atmosfera się trochę siadła...

W piątek spotkałam się z Kelsey i Nareeshą i od początku wiedziałam, że coś je gryzło.
- Dobra, powiecie w końcu, o co chodzi? - spytałam.
- O Jaya i Evę - powiedziała w końcu Kels.
- A konkretnie? - serce na chwilę mi stanęło. Boże, a co jeśli on ma wobec niej jakieś poważne plany? O rany, to złamie mi serce podwójnie.
- Eva może cię potrzebować w najbliższym czasie, bo Jay planuje to zakończyć - powiedziała spokojnie Nareesha.
Odetchnęłam z ulgą, co trochę je zdziwiło.
- A ja tak się bałam... To wspaniale, bo Eva wraca do Manchesteru.
- Chyba nie rozumiem... - Kelsey i Nareesha spojrzały po sobie.
- Już wyjaśniam - zaczęłam. - Eva po zamknięciu baru wyjeżdża do Manchesteru i zamierzała zostawić Jaya, bo stwierdziła, że to nie wypali.
- O rany, a my tak martwiłyśmy się, że będzie smutna - powiedziała Naree.
- Ja martwiłam się o Jaya - powiedziałam i wybuchłyśmy śmiechem.
- Ale dziewczyny - Kels przerwała śmiech - nie mogą dowiedzieć się tego od nas. Muszą sami to załatwić.
- To oczywiste.
- A tak z ciekawości, skąd wiecie? - spytałam.
- Od Toma - powiedziała Kelsey.
- Od Sivy - powiedziała w tym samym momencie Nareesha.
- Udani są, nie ma co - zaśmiałam się.

Po czterech dniach pracy przez całą noc naprawdę chciałam wrócić do Gloucester i wyspać się. Wiele wysiłku włożyłam, żeby nie zasnąć w pociągu, ani taksówce, środki lokomocji zawsze działały na mnie usypiająco, aż w końcu dotarłam na miejsce. - Witaj, Jules, wróciłaś idealnie na obiad - drzwi otworzyła mi mama Natha.
- Cześć, Karen. Och, świetnie, mam nadzieję, że nic smażonego, bo jadłam smażone przez ostatnie cztery dni - powiedziałam ściągając kurtkę i buty.
- Nie, nie, same delikatne rzeczy, musimy uważać na gardło Nathana - powiedziała z uśmiechem.
- A propo, Nath u siebie? - spytałam.
- Tak, możliwe, że zasnął, co z resztą nie dziwi w taką pogodę.
Spojrzałam za okno - szaro, pochmurno, mokro i niskie ciśnienie. Tak... angielsko, możnaby pomyśleć, że ludzie tu urodzeni powinni być na to odporni.
Weszłam na górę i cicho otworzyłam drzwi. Jednak mama ma zawszw rację. Nathan leżał na łóżku i słodko spał. Delikatnie położyłam się obok, objęłam go ręką i pocałowałam w policzek.  Zaczął się przebudzać, aż zorientował się, że czuje coś obok siebie i leniwie otworzył oko.
- O, cześć - uśmiechnął się.
- Hej, stęskniłeś się? - spytałam.
- I to jak - przytulił mnie. - Ale skoro już jesteś, to super, możemy pospać razem.
- Nie ma spania, twoja mama kończy obiad - szturchnęłam go łokciem.
- Tylko minutkę...
- Tę minutkę można wykorzystać w inny sposób - powiedziałam i zaczęłam delikatnie muskać jego usta.

Hej, hej, hej, przepraszam, że tyle musiałyście czekać, ale sama nie wiem, co ze mną jest, jakoś nie mogę się zebrać do pisania...
Stąd też moje pytanie - wolicie krótsze rozdziały a częściej czy dłuższe, ale co tydzień, półtora?
No to jeszcze Liebster Awards, pytania od Dzaga253

1.Jak masz na imię?
Karina
2.Kto i z jakiego bandu jest twoim ulubieńcem? (IM5,One direction,The wanted itd.) 
Kocham wszystkich w TW :)
3.Masz jakiegoś zwierzaka w domu?
Młodszy brat się liczy?
4.Ile masz lat?
195.Kiedy utworzyłaś bloga?
Jakoś w listopadzie.
6.Co cie zainspirowało do pisania bloga?
Zaczęłam czytać fanfici, a ze kiedyś już pisałam, to tak jakoś się zaczęło ;)
7.Czy twoi przyjaciele zawsze cię wspierają?
Tak. Znaczy kiedy powiem im, że coś jest nie tak.
8.Masz BFF?
Raczej nie.
9.Z jakiej sieci masz telefon?
T-mobile
10.Czy już kiedyś nominowano cię do Liebster Award?
Tak
11.Co wolisz pop czy rap?
Pop

piątek, 19 lipca 2013

55. I'll be your strength.

Jest ileśtam miliardów kilometrów od Los Angeles, a i tak świeciło rano idealnie w miejsce na poduszce, gdzie leżała moja głowa.
- To sobie pospałam - mruknęłam. Przeciągnęłam się i spojrzałam na Nathana.
- Wstawaj - szturchnęłam go łokciem. - Nathan, wstawaj - potrzęsłam nim.
- Zaraz - mruknął i objął mnie ramieniem.
- No wstawaj. Nie będę obudzona sama.
- Czyli co? - przetarł oczy. - Budzisz mnie, bo ty się obudziłaś?
- Sama się nie obudziłam. Słońce świeciło mi w twarz - wzruszyłam ramionami.
- Ja wczoraj obudziłem się i zamówiłem ci śniadanie, a ty obudziłaś się, to postanowiłaś obudzić też mnie? - podparł się na łokciu.
- No tak - uśmiechnęłam się.
- Złą kobietą jesteś - powiedział Nathan i wziął głęboki oddech - i musisz ponieść karę! - krzyknął i zaczął mnie łaskotać. 
- Ała, Nathan! Przestań - krzyczałam przez śmiech. - Nathan! - zaczęłam wierzgać na ślepo rękami i nogami.
Nagle Sykes znieruchomał i stoczył się ze mnie na bok.
- Nath?
- Walnęłaś mnie w interes - skulony mruknął w poduszkę.
- O rany, przepraszam! - zasłoniłam usta ręką. - Chcesz lodu czy coś?
- Możesz pocałować - zaśmiał się.
- Jesteś obrzydliwy, za to powinieneś dostać jeszcze raz - rzuciłam w niego poduszką.
Rozległo się pukanie do drzwi.
- Ja otworzę, ty cierp - założyłam na pizamę jego bluzę i ruszyłam do drzwi. - Siema, chłopaki - uśmiechnęłam się do Sivy i Jaya.
- Macie coś do picia? - spytał zmarnowany Jay.
- Słyszeliście o room service? - zapytałam wpuszczając ich do środka.
- Zanim oni doniosą picie do naszych pokoi, umrzemy z pragnienia - mruknął Siva.
- Ktoś wczoraj zabalował? - zaśmiałam się.
- Bardziej ciekawi mnie Max - zamyślił się Jay.
- Nie tyle on, co jego koleżanka. Ciekawe, czy miała już ścieżkę wstydu przez hol... - dodał Seev.
- O czym wy gadacie?
- Max wczoraj wrócił do pokoju z koleżanką.
- Znowu? - mruknął Nathan.
- O to ty nie śpisz? - zdziwił się Siva.
- Nie śpi, cierpi po nokaucie - wzruszyłam ramionami. - Dobra, co z tym Maxem? Jest ta laska jeszcze u niego?
- No właśnie nie wiemy...
- Który to jego pokój? - spytałam.
- Na końcu korytarza po lewo. Ale co, chcesz tam iść? - lekko przeraził się Seev.
- Ja niby nie wiem, że wrócił wczoraj do hotelu z towarzystwem, idę na przeszpiegi - wyszłam z pokoju i na palcach pobiegłam do Maxa.
Drzwi oczywiście otwarte. Cicho je uchyliłam, rozejrzałam się, że wokół nie ma żadnych damskich ciuchów i wskoczyłam na Maxa zakrytego kołdrą po sam czubek głowy.
- Maaax! Z kim się szmaciłeś w nocy? Wstawaj, pijaku! - gadałam skacząc po nim.
- Jezu, Jules - wychylił głowę zza kołdry.
- To jak?  Wyszła i zostawiła otworte drzwi, każdy mógł cię okraść - pokręciłam głową z dezaprobatą.
- Zejdź ze mnie - mruknął i nieźle zaleciało od niego alkoholem.
Zeskoczyłam na ziemię i zrobiłam dwa kroki w tył.
- Wyglądasz jak siedem nieszczęść - stwierdziłam, robiąc jeszcze jeden krok w tył i poczułam, jak na coś nadepnęłam. "Pewnie jakiś papierek", pomyślałam. Podniosłam stopę i ręką odkleiłam...
- O Boże! - pisnęłam i odrzuciłam zużytą prezerwatywę. Max lekko stłumił śmiech. - Fuuu! - krzyknęłam podskakując w miejscu i machając rękami.
- Jules, to tylko gumka.
- Twój zużyty kondom! Mam na ręce DNA twoje i tej laski z ostatniej nocy! - krzyknęłam.
- Co się tak drzecie? - do pokoju wpadli Nathan, Seev i Jay.
- Max ma porozrzucane po pokoju zużyte prezerwatywy...
- Jedną - przerwał mi.
- W którą właśnie wdepłam i lekkomyślnie dotknęłam ręką - powiedziałam z obrzydzeniem. - Fuu! - ostrożnie, patrząc pod nogi, pobiegłam do łazienki i dokładnie umyłam ręce. Jay i Siva wybuchnęli śmiechem, Nathan trochę się hamował.
- Okej, Jules, za jakiś czas będziesz się z tego śmiała, pewnie jeszcze dzisiaj - Nathan podszedł i przytulił mnie. - Chodź, zejdziemy na dół na śniadanie - powiedział rozbawiony.
- Max George, jesteś obrzydliwy! - spojrzałam na łysego z wyrzutem wychodząc z jego pokoju.
Poszłam z Nathem do naszego pokoju, przebraliśmy się i z resztą spotkaliśmy się w hotelowej restauracji.
- Oj, Jules, wiem, to było obrzydliwe - powiedział Max, kiedy siadając do stołu nawet nie uraczyłam go spojrzeniem.
- O co chodzi? - spytał niewtajemniczony Tom.
- Jules chciała zrobić sobie rano z Maxa jaja i przypadkiem nadepnęła na jego prezerwatywę - streścił Jay, na co Tom wybuchnął śmiechem. Tym, dokładnie tym parkerowym śmiechem.
- Jules, co zjesz? - spytał Nath, akurat podeszła kelnerka.
- Nie jestem głodna - mruknęłam.
- Nie żartuj, masz coś zjeść.
- To idealna dieta, wdepnąć z rana w zużytą gumkę - stwierdziłam. - Sałatkę owocową i sok.
- Jak w ogóle weszłaś do środka? - spytał Max.
- Mówiłam już, drzwi nie były zamknięte - wzruszyłam ramionami.
- Świetnie...
- Mnóstwo razy mówiliśmy ci, żebyś się pilnował, więc nie marudź - powiedział Nathan.
- Mi rodzice mnóstwo razy mówili, żebym się ludziom do pokoju nie ładował bez zaproszenia - łysy spojrzał znacząco na mnie.
- Chciałam ci zrobić miłą pobudkę! - broniłam się.
- Jules, ty zaczęłaś po mnie skakać!
- Ty przynajmniej nie dostałeś kolanem w interes - mruknął Nathan.
- Co wyście robili?! - spytał Tom.
- On mnie torturował - wskazałam palcem na Natha.
- Więc tak to nazywacie?
- Na miłość boską... - załamałam ręce.
Na moje szczęście przyniesiono nam śniadanie i wszyscy mieli buzie zajęte jedzeniem. Nawet mi wrócił apetyt i dosiadłam się do jajecznicy Nathana.
Kilka godzin później chłopcy szykowali się do wejścia na scenę, ja włączałam laptopa w garderobie. Stwierdziłam, że fakt, że Nathan leci z playbacku, jest dla niego wystarczająco podłamujący i lepiej będzie, jeśli nie będę patrzyła na niego zza kulis. A jeśli Nano, człowiek, dzięki któremu jeszcze żyją i nie siedzą w więzieniu, się ze mną zgodził, to w mojej pokrętnej logice jest sens. Odprowadziłam tylko chłopaków pod scenę.
- Nie załamuj się, pamiętaj, nikogo nie zawodzisz - powiedziałam Nathanowi.
- Okej - uśmiechnął się słabo, założył odsłuch, dał mi szybko buziaka i wybiegł z chłopakami na scenę.
Ja wróciłam do garderoby i włączyłam Skype'a. Szczerze wątpiłam, że ktoś ze znajomych będzie dostępny, bo jakby nie patrzeć w Londynie było po trzeciej w nocy, a w Polsce po czwartej. A jednak.
- Marta?
- Heeej, Jula! - krzyknęły moje trzy kumpele.
- Co robicie na skypie o czwartej w nocy?
- Mamy babski wieczór! A raczej noc. Co u ciebie? Co robisz na skypie o trzeciej w nocy?
- Kotenieńki, u mnie jest po dziewiętnastej. Jestem w Los Angeles! - uśmiechnęłam się.
- Nie żartuj! - oczy zrobiły im się jak pięć złotych.
- Podeszłabym z laptopem do okna czy coś, ale nie ma okien.
- Zamknęli cię w więzieniu czy co? Jak może nie być okien? - zdziwiły się.
- Nie, jestem w garderobie, to dlatego, The Wanted grają koncert.
- Ach no tak, ty i twoje światowe życie - zaśmiały się.
Nagle drzwi otworzyły się, szybko się odwróciłam.
- Jezu, Nano, zawału dostanę - przestraszyłam się, bo naprawdę nie było nikogo, kto miałby tu wchodzić, dlateho też nie spodziewałam się otwieranych drzwi.
- A słyszałaś o zamku w drzwiach? - spytał. - Wierzę, że to twoje - podał mi moją komórkę.
- O rany, skąd go masz? - zdziwiłam się.
- Był w tylnej kieszeni Nathana.
- No tak, sama go tam włożyłam. Dzięki - uśmiechnęłam się.
- Wracam do nich.
-  Na razie - machnęłam ręką i wróciłam do laptopa.
- Kto to był? - spytała Magda.
- Nano, drugi manager. Na czym skończyłyśmy?
- Że masz światowe życie w Los Angeles.
- Mniej więcej - wolałabym tu po prostu być, a nawet kręcić jakiś reality show, niż być tu tylko dlatego, że Nathan może mieć operację. - Rany, tęsknię za wami!
- Kiedy przyjeżdżasz?
- Na święta.
- To musimy się zobaczyć.
- Koniecznie - uśmiechnęłam się.
Po rozmowie napisałam dwa obszerne maile, po jednym do mamy i taty, w którym zapewniłam, że wszystko jest super i ze nawet w Kalifornii potrafi złapać mnie deszcz. Po skończonym koncercie czekałam jeszcze ponad godzinę na zespół, bo mieli spotkanie z fanami, w efekcie w hotelu wylądowaliśmy grubo po jedenastej.
Rano Nathan nie brzmiał najlepiej. Albo inaczej, brzmiał jeszcze gorzej niż dzień wcześniej.
- Brałeś leki? - spytałam.
- Tak - wychrypiał.
- Może napisz do Nano, lekarza czy kogokolwiek?
Bez słowa sięgnął po telefon, napisał wiadomość, Nano był na miejscu po godzinie, razem z nim do pokoju wszedł Kevin.
- Jak się czujesz? - spytał na wejściu.
- Beznadziejnie.
- Jules, zostawisz nas na chwilę? - zapytał.
- Tak, jasne - wzięłam portfel i telefon ze słuchawkami. - Idę po kawę, będę za jakiś czas - wyszłam z pokoju i hotelu.
Przeszłam kilka przecznic w poszukiwaniu jakiejkolwiek kawiarni, w końcu wracałam  kubkiem frappucino w ręce. Nie miałam pojęcia, ile może im się zejść, więc nie poszłam od razu do pokoju, usiadłam w hotelowym patio, gdzie dobrze śmigało już wifi i przeglądałam strony i portale. Na telefonowej skypowej aplikacji zadzwoniła do mnie Nareesha.
- Siema, Londyn! - odebrałam.
- Siema, LA! Jak leci?
- W miarę. Wprawdzie Nathan nienajlepiej, teraz siedzi w pokoju z Nano i Kevinem, nie wiem, co kombinują, ale mam nadzieję, że będzie dobrze.
- Musi być... Biedny Nath.
- Powiedz mi lepiej, co robisz, kiedy wszyscy jesteśmy tutaj? - spytałam, żeby rozluźnić atmosferę.
- Pracuję, spotykam się z konsultantem, wychodzę z Kelsey... Nic specjalnego. Jules, wiesz, co robi Siva?
- Nie mam pojęcia. Z tego, co mi się wydaje, chyba już nie śpi, bo chyba słyszałam go, jak rozmawiał z Jayem, ale głowy nie daję. Coś poważnego? - spytałam.
- Nie, byliśmy tylko umówieni na Skype. Może jeszcze śpi.
- I tak już będę wracała do pokoju, to mogę do niego zajść, jeśli chcesz - zaproponowałam.
- Mogłabyś? Dziękuję.
- Nie ma sprawy. Do usłyszenia.
Rozłączyłam się i ruszyłam do windy. Na piętrze dobijałam się chwilę do pokoju Sivy. Cisza. Zapukałam do Jaya. To samo. U Maxa i Toma tylko podsłuchiwałam pod drzwiami, nie chciało mi się stukać. Cisza. Dziwne. W ostateczności mogą być u nas, bo jeśli byliby w restauracji, widziałabym ich. Weszłam do pokoju i zobaczyłam Nano i Keva stojących obok, a chłopaków przytulonych na łóżku. Poczułam, że to nie oznacza nic dobrego.
- Co się dzieje? - spytałam.
- Dobra, chłopaki, zostawcie ich samych - powiedział Nano i cała banda wyszła.
- Zadzwoń do Nareeshy - powiedziałam do wychodzącego Sivy.
- Siadaj - Nathan poklepał miejsce na łóżku.
Zrzuciłam buty, usiadłam obok niego i oparłam się plecami o ścianę.
- Nathan, co się dzieje? - spytałam ponownie, bo nie wyglądał dobrze.
- Rozmawiałem z lekarzem, powiedział, że na tym etapie, kiedy nie pomogły leki, steroidy i inne cuda jedynym wyjściem jest operacja...
- Co? - powiedziałam słabo, a oczy zaszły mi łzami.
- Muszę mieć operację najszybciej, jak to tylko możliwe. Nie będę mógł śpiewać przez kolejne kilka miesięcy, jeśli w ogóle będę mógł.
- O Boże... - szepnęłam i spuściłam głowę.
- Hej, nie płacz, bo makijaż ci ucieknie - złapał mnie delikatnie za brodę i podniósł buzię do góry. - Widzisz, ucieka! - otarł mi z policzka spływającą maskarę.
- Nath, wszystko będzie dobrze - przytuliłam go. Przez moment pomyślałam, że mogło to wyglądać troszkę śmiesznie z boku, bo to ja płakałam, on mnie przytulał, a ja mówiłam, że będzie dobrze.
- Nie martw się, Jules - odsunął się ode mnie i popatrzył mi w oczy. - Muszę zadzwonić do mamy i Jess.
- Jasne, idę do łazienki się ogarnąć.
Weź się w garść, powiedziałam sobie w duchu. Nathan potrzebuje oparcia i wsparcia, a nie małego mazgaja. Twardym trzeba być, wiem, jak to się robi. Wyjechałam sama do Londynu mając niespełna dziewiętnaście lat, dam sobie radę ze wszystkim. Kiedy wyszłam z łazienki, Nathan kończył rozmawiać z mamą.
- ... Nano zajmie się biletami, potem wyślę wam maile i wydrukujecie karty. To na razie.
- Mama i Jess przylatują? - spytałam.
- Tak, Nano szuka najbliższego lotu i wtedy umówimy operację.
- Boisz się? - usiadłam obok niego.
- Trochę... Nie wiem... Jeszcze do mnie nie dochodzi, że to może być koniec mojej kariery...
- Ej, nie mów tak. Nie wolno ci tak mówić. Musisz wierzyć, że wszystko będzie dobrze - ścisnęłam mocno jego rękę.
Rozległo się pukanie i do pokoju wszedł Nano.
- Są bilety na poniedziałek, rozmawiałem z lekarzem, możesz mieć operację we wtorek - powiedział.
- Okej, załatw wszystko i prześlij mamie i Jess karty pokładowe.
- I zaraz zadzwonię do Scootera - Nano wyszedł i znowu zostaliśmy sami.
- Na czym skończyliśmy? A, że wszystko będzie dobrze - powiedziałam.
- Zobaczymy... Chodź się przejść - podniósł się i wyciągnął do mnie rękę.
Długo spacerowaliśmy po mieście, bezskutecznie i na wszystkie możliwe sposoby próbowałam podnieść Nathana na duchu. Wieczorem poszedł do łazienki się umyć, a ja po cichutku wyszłam do pokoju Maxa, bo wiedziałam, że tam mieli się spotkać przed pójściem na imprezę.
- Cześć, chłopaki - usiadłam w fotelu.
- Jak Nathan? - spytał Jay.
- Źle. Jest tak strasznie przybity, a ja nie mogę mu pomóc... Jestem totalnie bezużyteczna...
- Wcale nie - powiedział Tom. - Tak dobrze, że tu jesteś. On cię potrzebuje. Tylko po to, żebyś była przy nim.
- To będzie ciężkie kilka miesięcy... - westchnęłam. - Nie wiem, co robić.
- Po prostu bądź przy nim.
- Okeeej... Dobra, wracam do siebie. Miłej zabawy - powiedziałam wychodząc.
W poniedziałek po południu przyleciały Jess i mama Nathana. We wtorek rano wszyscy pojechaliśmy do kliniki. Czekaliśmy chwilę na przyjęcie Nathana, w międzyczasie ten dostał ataku paniki.
- A co... a co, jeśli coś pójdzie nie tak? Jak nie będę mógł śpiewać? A co, jeśli coś pójdzie tak źle, że nie będę mógł nawet mówić? - panikował.
- Nathan przestań - powiedziała Jess.
- Nawet w najgorszym scenariuszu nie ma takiej opcji, żebyś został niemową - dodała jego mama.
- Ze mną wszystko jest możliwe - mruknął i przysięgam, że do oczu lekko naszły mu łzy. 
- Nath, wszystko będzie dobrze - złapałam go za rękę. 
- Panie Sykes, prosimy - zawołała go pielęgniarka. 
Nathan odetchnął głęboko, wstał z krzesła, przeszedł dwa kroki, wrócił się, szybko mnie pocałował i zniknął w pokoju. 
Jak tylko drzwi się zamknęły zaczęłam nerwowo stukać nogą.
- Julie, co ci jest, byłaś taka spokojna - zauważyła mama Natha.
- Udawałam. Wie pani, żeby nie denerwował się jeszcze bardziej.
- Och, dzieciaki, wszystko będzie dobrze - uśmiechnęła się lekko. - I mówiłam, żebyś mówiła mi po imieniu a nie per pani. I zacznij się słuchać, bo ja zacznę panikować, a tego nie chcemy.
- Jules, po prostu mów do niej Karen, niech się nie denerwuje - powiedziała błagalnie Jess.
- Dobra, spróbuję zapamiętać - zaśmiałam się
- Pani Sykes? Doktor prosi panią na chwilę - powiedziała pielęgniarka i po chwili mama Natha zniknęła w pokoju. 
- Martwię się - powiedziała Jess.
- Wszyscy się martwią - mruknęłam. - Do tego fani... I paparazzi... W sumie oni jak oni, gorsi są hejterzy. Dasz wiarę, że wczoraj ktoś napisał do Nathana, że ma nadzieję, że chirurgowi omsknie się skalpel?
- Niech zgadnę, czyim fanem była ta osoba? - udała zamyślenie Jess.
- One Direction - powiedziałyśmy razem. 
- Nie chcę, żeby zabrzmiało to źle, ale mniej dziwiłyby mnie takie rzeczy napisane na przykład do Toma, bo on zawsze daje się sprowokować przez tych tumanów, ale Nathan zawsze trzyma się z daleka od walk.
- Są ludzie i parapety - mruknęła.
- Dziewczyny - na korytarz znowu wyszła ta sama pielęgniarka - możecie wejść dosłownie na minutę. 
Weszłyśmy do sali. 
- Wow, Nathan, to powinny być wasze stroje na następną trasę - zażartowałam widząc go w typowym szpitalnym stroju do operacji. 
- Taa, czuję się bardzo seksownie - zaśmiał się. 
- Co powiedział lekarz? - spytała Jess.
- Będę pod pełną narkozą, wybudzę się jakieś dwie godziny po operacji, nie mogę się odzywać do czasu kontroli u lekarza, więc znowu powitam tablicę zmywalną.
- Musimy już zaczynać - do sali wszedł lekarz.
Karen i Jess przytuliły się po kolei do Nathana, ja podeszłam ostatnia i złapałam go za rękę. 
- Czekam na zewnątrz - powiedziałam i próbowałam się lekko uśmiechnąć. 
Usiadłam na krześle pod salą operacyjną, nikomu nie chciało się rozmawiać. 
- Idę do automatu - podniosłam się, ale zamiast podejść do tego na końcu korytarza, zjechałam windą na parter, kupiłam colę i M&M'sy i wyszłam przed szpital. 
Włączyłam telefon, którego nie mogłam używać w budynku, gdyby ktoś chciałby się do mnie dodzwonić, miałby na to jakieś dziesięć minut. A na telefon nie musiałam długo czekać. 
- Hej, Max - odebrałam.
- Hej, Jules - usłyszałam chór złożony z wszystkich czterech. 
- Myśleliśmy, że nie można mieć włączonego telefonu - powiedział Jay.
- Bo nie można, wyszłam na zewnątrz - odpowiedziałam. - Przed chwilą się zaczęło. 
- Ile będzie trwało? 
- Koło godziny. Ale Nathan wybudzi się za jakieś trzy.
- Wybudzi?
- Jest pod pełną narkozą - wyjaśniłam. - Chyba ni wyobrażacie sobie, żeby miał tylko znieczulenie i zerkał, jak chirurg będzie mu grzebał w gardle. 
- Niby racja. Przyjdziemy potem - powiedział Seev.
- Okej, kończę, bo wracam do środka, na razie - rozłączyłam się, dokończyłam jedzenie i picie i wróciłam do szpitala.
- Długo cię nie było - zauważyła Jess.
- Byłam na zewnątrz - odpowiedziałam. 

Kilkadziesiąt minut później operacja się skończyła, wszystko zostało wysprzątane i mogłyśmy siedzieć w sali Nathana. Cały czas patrzyłam na zegarek czekając, aż Nath się wybudzi, a wskazówki zdawały się poruszać coraz wolniej i wolniej, w pewnym momencie myślałam, że całkiem stanęły w miejscu. Rozległo się ciche pukanie do drzwi i pojawiła się w nich głowa Maxa, zatrzymałam go przed wejściem ręką i wyszłam na korytarz, bo sala była za mała żeby zmieścić dziewięć osób łącznie z Kevinem, którego w sumie mogłabym policzyć jako dwie. 
- Jeszcze śpi? - spytał Jay.
- Tak, niedługo powinien się obudzić. 
- Co powiedział lekarz? - zapytał Seev.
- Wyciął, co miał wyciąć, nie było jakiś problemów - wzruszyłam ramionami.
- Jules, uśmiechnij się - Tom pokręcił mną. 
Wygięłam usta w uśmiechu, ale raczej wyszedł mi niezidentyfikowany grymas niż uśmiech. 
Nad drzwiami do sali zaświeciła się lampka i po sekundzie przyszedł lekarz z dwoma pielęgniarkami.
- Wybudza się? - spytałam.
- Proszę tu poczekać - usłyszałam w odpowiedzi.
- Szlag mnie zaraz trafi - syknęłam.
- Spokojnie Jules, zaraz cię wpuszczą - powiedział Max.
- Oczywiście, że wpuszczą, bo inaczej wejdę sama. 
Po chwili, która zdawała się być wiecznością drzwi otworzyły się, Jess wychyliła głowę i machnęła ręką, żebyśmy weszli do środka. 
- Nathan - powiedziałam cicho wpadając do środka. 
Zobaczyłam go i zaczął się u mnie ten dziwny moment, kiedy jednocześnie płakałam i śmiałam się. Płakałam, sama nie wiem czemu, a śmiałam się, bo już było po wszystkim i dlatego, że Nathan zaraz po narkozie wyglądał wręcz rozkosznie - niby przytomny, a jeszcze zaspany i jakby nie do końca wiedział, co się dzieje.
Podeszłam do jego łóżka, delikatnie go przytuliłam, a on pogłaskał mnie po policzku. Odsunęłam się, żeby chłopcy mogli do niego podejść i zobaczyłam z boku jego szyi drobny, czarny plaster. Wszyscy się do niego przytulili, Siva zrobił dla niego kartkę, Max się lekko rozpłakał, a Nathanowi niewiele brakowało. Widocznie był na tyle nie do życia, że nie miał sił się rozpłakać. Chłopcy siedzieli tylko chwilę, lekarz chciał, żeby Nathan odpoczywał.
Wprawdzie przez tydzień albo i więcej nie będzie mógł mówić, miną miesiące zanim znowu będzie mógł śpiewać, ale najważniejsze, że najgorsze było już za nami...


NO WYSZEDŁ JAKO TAKI... SZAŁU NIE MA, ALE MOGŁO BYĆ GORZEJ ;)

PS SŁYSZELIŚCIE ZAPOWIEDŹ NOWEJ PIOSENKI TW? 
TYLE DOBRYCH WIADOMOSCI... NOWY SINGIEL, DUET NATHANA Z ARIANĄ, W NAJBLIŻSZYCH TYGODNIACH INFORMACJE O TRASIE... MIEJMY NADZIEJĘ, ŻE W KOŃCU PRZYJADĄ DO POLSKI :) XXX

środa, 10 lipca 2013

54. La la land.

Przeszłam przez wszystkie odprawy, przy wejściu do samolotu podałam stewardessie kartę pokładową.
- Pierwsza klasa na lewo - powiedziała z uśmiechem.
- Słucham? To pewnie jakaś pomyłka, jestem prawie pewna, że to nie może być pierwsza klasa - odpowiedziałam.
- Proszę chwileczkę poczekać - odeszła z moją kartą do telefonu, po chwili wróciła.
The Wanted latali ekonomiczną, dlatego posłanie mnie pierwszą klasą było bez sensu.
- Wszystko się zgadza, pierwsza klasa - powiedziała stewardessa z uśmiechem. - Rząd po lewo.
- Emm, dziękuję - poszłam we wskazanym przez nią kierunku. Pierwsza klasa, nieźle panie Sykes.
Fotel był przynajmniej półtora raza szerszy niż normalny, od fotela naprzeciw oddzielała mnie ścianka, na której przymocowany był ekran.
- Wow - mruknęłam.
Wrzuciłam torbę do schowka nad głową i usiadłam.
W mgnieniu oka doszła do mnie inna stewardessa.
- Proszę, dla pani - podała mi kieliszek z szampanem.
- Dzięki -odpowiedziałam zdziwiona.
O matko, to naprawdę był szampan. Nie ruskie wino musujące. Autentyczny szampan.

Pierwsza klasa czy nie, jedenaście godzin w samolocie to dno, zwłaszcza, że za punkt honoru postawiłam sobie przechytrzenie jet lagu. Obmyśliłam, że prześpię się do dziewiątej londyńskiego czasu, a po przylocie położę się o dziewiątej, ale lokalnego, co da jakąś szóstą rano w Londynie. Skomplikowane, ale ja widziałam w tym logikę.
W Londynie była północ, zostały jeszcze trzy godziny lotu, ale to się nie liczyło, bo w Los Angeles była szesnasta, a o szesnastej się nie śpi. Przyciskiem nad głową przywołałam stewardessę.
- W czym mogę pani pomóc? - spytała z uśmiechem. Nie mogłabym być stewardessą. One cały czas się uśmiechają. Non stop.
- Macie może energy drinki? - spytałam.
- Tak, oczywiście.
- To poproszę - odwzajemniłam uśmiech. - I kanapkę wegetariańską.
Jedną z moich głównych zasad było, że nie jadłam mięsa nieznanego pochodzenia, niewiadomo, jak przechowywanego, tym bardziej dziesięć kilometrów nad ziemią.
Zjadłam, wypiłam i... zasnęłam. Obudziłam się, a raczej obudziła mnie stewardessa prosząc, żebym zapięła pas, bo podchodzimy do lądowania. Dobra, w Los Angeles jest przed dziewiętnastą, muszę wytrzymać jakieś trzy godziny i będę mogła pójść spać normalnie. Samolot wylądował, powoli ruszyłam do wyjścia, na terminalu przeszłam przez wszystkie odprawy, wystałam się czekając na swoją walizkę i poszłam do toalety. Odświeżyłam się, umyłam zęby, poprawiłam makijaż. Nie było źle, ale wciąż było widać, że pół doby spędziłam w samolocie. W końcu trafiłam do hali przylotów, gdzie jedni się witali, inni czekali na rodzinę czy znajomych, którzy jeszcze nie doszli tu z samolotu. Najgorsze było, że nie wiedziałam, czy mam szukać wzrokiem Nathana, czy może jednak Nano. Szlam przez halę rozglądając się na około, aż ktoś pobiegł do mnie i objął od tyłu.
- Witamy z Los Angeles - mruknął mi do ucha i pocałował w policzek.
Odwróciłam się z uśmiechem.
- Wszystkich tak tu witają? - spytałam.
- W sensie, że tak? - Nathan pocałował mnie. Długo i namiętnie. - Tak więc, panno Miller, żeby być tak powitanym, trzeba wiedzieć z kimś się zadawać.
- Czyli chyba zadaję się z kim trzeba - stwierdziłam.
- No ba - uśmiechnął się. - Daj mi to i chodź - wziął ode mnie walizkę, a drugą ręką złapał moją dłoń. - Jedziemy do hotelu, pewnie jesteś zmęczona.
- Spałam trochę w samolocie, nie jestem, aż tak zmęczona - odpowiedziałam, ale jak na komendę włączyło mi się ziewanie. 
- Kłamczucha, w Londynie jest środek nocy, przecież widzę, że ledwie widzisz na oczy.
- Sugerujesz, że źle wyglądam?
- Nie, Jules, nie to miałem na myśli - zaczął się tłumaczyć.
- No przecież wiem, wygłupiam się - zaśmiałam się. - Fakt, jestem zmęczona, ale opracowuję perfekcyjną metodę walki z jet lagiem.
- Nie ma na to metody. Trzeba przecierpieć te kilka dni.
- A ja ci właśnie udowodnię, że jest - stwierdziłam na przekór, zsuwając okulary na oczy, bo wyszliśmy na zewnątrz, gdzie czekał na nas samochód z kierowcą, który zawiózł nas do hotelu.
- Ile gwiazdek ma ten hotel? - spytałam, gdy Nathan wpuścił mnie do środka. - Osiem? To wygląda jak mieszkanie. Ma nawet aneks kuchenny! Serio? Kuchnia w pokoju hotelowym? Uwielbiam LA - wpadłam w słowotok.
- Nie żeby ktoś tego używał - zaśmiał się Nathan stawiając moją walizkę koło szafy.
- Najpierw samolot, teraz to - mruknęłam oszołomiona. - Wow. Właśnie!
- Co jest? - spytał siadając na łóżku. 
- Pierwsza klasa? Mogłeś mi powiedzieć, wyszłam na głupka, bo zawzięcie próbowałam przekonać stewardessę przy wejściu, że mają błąd w systemie, bo nie mam biletu w pierwszej klasie - opowiadałam siadając mu na kolanach i oplatając ręce wokół jego szyi.
- Bo to miała być niespodzianka - uśmiechnął się. - I widzę, że się udała.
- Robisz absolutnie najlepsze niespodzianki na świecie - odwzajemniłam uśmiech.
- Tęskniłem za tobą - powiedział odgarniając mi niesforny kosmyk z policzka.
- Ja za tobą też - odpowiedziałam.
Nathan zaczął składać pocałunki na mojej szyi, policzku i kiedy w końcu zbliżał się do ust rozległo się łomotanie do drzwi. Nie pukanie, łomotanie.
- Zawsze to samo - westchnął Nathan.
Zsunął mnie ze swoich kolan i poszedł otworzyć.
- Mogłem się domyślić - powiedział i otworzył szerzej drzwi, a do środka wpadli Siva, Max, Tom, Jay i rzucili się na mnie. Dosłownie.
- Jules! - przekrzykiwali się
- Ała, też się cieszę, że was widzę, ale zejdźcie ze mnie! - powiedziałam próbując złapać oddech.
Stanęli naprzeciwko mnie w rzędzie, a Tom nadstawił policzek.
- Oj no chodźcie - każdemu dałam cmoka w polika.
- Jak lot? - spytał Siva.
- Bardzo dobrze.
- Jesteś padnięta - stwierdził Tom.
- A ty bardzo taktowny. Jak zawsze z resztą.
- Ja nazywam to szczerością.
- Jeśli do Kelsey też odnosisz się z taką szczerością, to dziwię się, że jeszcze w łeb nie dostałeś - zaśmiałam się.
- Dostałem - powiedział niezadowolony.
- Jedziesz z nami obejrzeć teledysk? - spytał Max.
- Co, jaki teledysk? Teraz?
- Nie, jutro, jedziemy obejrzeć teledysk do "Walks Like Rihanna", jedziesz? - wyjaśnił Jay.
- Jasne, mogę pojechać - wzruszyłam ramionami. - Ale to nie może być wcześniej niż po południu, bo nie wstanę - ziewnęłam.
- Dobra chłopaki, jest Jules, wszyscy się cieszą, ale ona idzie spać - powiedział Nathan.
- Nath nie powinien mówić, nie możecie prowadzić tych swoich długich rozmów... Co potencjalnie możecie robić, hmmm - powiedział Tom idąc do drzwi.
- Nie podsłuchuj, bo się zawstydzisz - mruknęłam.
Chłopaki wyszli, a Nathan powiedział:
- Idź pod prysznic i idź spać, co?
- Już, tylko muszę napisać - podniosłam się z łóżka i poczłapałam do torby. Grzebałam w niej i grzebałam i nie mogłam znaleźć telefonu.
- Poszukaj mojej komórki - podsunęłam ją Nathowi. Jemu zlokalizowanie było ułamek sekundy.
- Była na widoku - mruknął.
Telefon włączał się i włączał, w końcu mogłam napisać smsy do mamy, taty i Evy.
Siedziałam na krześle i podawałam Nathanowi polecenia:
- Otwórz walizkę... Wyjmij kosmetyczkę... Nie tą, tą drugą... I te spodenki i bokserkę... Nie dżinsowe, Nathan na Boga... Spodenki i bluzkę złożone razem... Tak... Dokładnie... I daj mi. Dziękuję - wzięłam od niego rzeczy i poczłapałam do łazienki.
Wzięłam prysznic, wyjątkowo krótki jak na mnie, bo bałam się, że zasnę pod prysznicem. W piżamie i z mokrymi włosami wróciłam do Nathana, który właśnie oglądał telewizję.
- Wskakuj tu koło mnie, ślicznoto - powiedział uśmiechając się na mój widok.
- Ślicznoto brzmi w tym momencie bardzo ironicznie - stwierdziłam kładąc się i wtulając w niego.
- Głupoty gadasz - powiedział obejmując mnie ramieniem i pocałował w czoło.
Drugą ręką sięgnął po pilot i już miał wyłączać telewizor, ale powiedziałam, żeby tego nie robił. Dla mnie nie było różnicy, i tak zasnę od razu.
- Będziesz miał mokrą koszulkę od moich włosów - mruknęłam już odpływając.
- Wyschnie - powiedział bawiąc się nimi.
Zamknęłam oczy i od razu zaczęłam odpływać. Po pewnym czasie resztkami świadomości usłyszałam, jak ktoś puka do drzwi.
- Proszę - powiedział cicho Nathan.
- Jay ma piwo w pokoju, reflektujesz? - usłyszałam Toma.
- Nie dzięki - szepnął Nathan.
- Stary, ona śpi - oburzył się Tom. - Wyjdziesz na godzinę, nawet się nie zorientuje, że Cię nie było!
- Nie krzycz - syknął Sykes. - Nie odczuwam potrzeby napicia się piwa i wolę zostać tutaj.
- Serio i co tak robisz?
- Patrzę na nią.
- Dobra, mdli mnie od was, idę wypić twój przydział - drzwi zamknęły się.

Kiedy przebudziłam się pierwszy raz, Nathan spał obok mnie z ręką wokół mojej talii. Następnym razem nie było go obok mnie, ale z łazienki słyszałam szum wody, więc pewnie brał prysznic, to poszłam spać dalej. Kiedy w końcu postanowiłam wstać ostatecznie, Nathan siedział w fotelu i pił zapewne herbatę.
- Która godzina? - spytałam leniwie się przeciągając.
- Przed jedenastą.
- O rany, ile godzin spałam?
- Jakieś trzynaście, czternaście.
- O matko, jak niemowlę - zaśmiałam się.
- To teraz niemowlaku jedz i zbieraj się.
- Gdzie?! - dopiero wstałam, a on już chciał mnie gdzieś ciągnąć.
- Jedziemy obejrzeć teledysk, potem reszta jedzie do studia, a my pokręcimy się tu i tam, możemy coś zjeść... A propo jedzenia - poszedł do blatu, wziął z niego, jak się okazało tacę, i położył obok mnie na łóżku - smacznego.
- To wszystko dla mnie? - spytałam patrząc na tosty, rogaliki, sałatkę owocową, herbatę, sok pomarańczowy...
- No tak, ja już jadłem.
- O matko, utuczysz mnie jak prosiaka - stwierdziłam biorąc łyk soku.
- Kiedy coś jadłaś ostatni raz?
- Kanapkę w samolocie.
- No właśnie, musisz nadrobić. Jedz.
Może na początku trochę pomarudziłam, ale fakt, byłam głodna jak wilk, i niewiele z tego, co było na tacy, zostało.
- Myślisz, że zdążę się rozpakować przed wyjściem? - spytałam otwierając walizkę.
- Mamy godzinę, twój wybór czy wolisz się stroić czy rozpakować.
Popatrzyłam na stertę ubrań w walizce.
- Zdążę zrobić obydwa - stwierdziłam i szybko pomalowałam się i uczesałam, a potem wyciągałam ciuchy, przy okazji je przeglądając, bo nie miałam pojęcia, co założyć.
- Jaka jest temperatura w Los Angeles w listopadzie? - spytałam.
- Ciepło.
- O Boże... - wywróciłam oczami. - Ale ciepło ciepło, ciepło ale lepiej wziąć coś długim rękawem, ciepło, ale na pewno weź długi rękaw?
- Eee, no możesz sobie wziąć sweter czy coś...
- Dobra, już mam pomysł - wyciągnęłam z torby długą sukienkę i katanę, resztę ciuchów ułożyłam w szafie.

O umówionej porze zeszliśmy na dół, standardowo lekko spóźnieni.
- Jeśli na kogoś trzeba czekać, to można być pewnym, że to Nathan i Jules - powiedział Kev czekając na nas przy aucie.
- Też się cieszę, że cię widzę - klepnęłam go w ramię wsiadając do środka.
- Co robicie po obejrzeniu teledysku? - spytałam.
- Mamy próbę dźwięku - powiedział Siva.
- Co? - zdziwił się Nathan. - A nie jutro?
- Jutro kochany to my występujemy, nie ma czasu na próby - odpowiedział Max.
- Świetnie - mruknął Nathan.
- Spokojnie, gołąbeczki, zdążycie się jeszcze powłóczyć.

Po jakiejś pół godzinie dojechaliśmy na miejsce, szłam za chłopakami korytarzem, na ścianach którego wisiały zdjęcia Biebera, Carly Rae Jepsen, PSY, a nawet moich chłopców, czyli było to pewnie centrym dowodzenia Scootera. Weszliśmy do pomieszczenia, w którym czekał już, jak zgadłam, Nano.
- Spóźnieni jak zwykle - powiedział wstając i podając sobie rękę z każdym z chłopaków.
- Nano, to Jules, Jules, to Nano, nasz manager na codzień w Ameryce - przedstawił nas sobie Nathan.
- Miło mi - uścisnęlismy sobie ręce. - Teraz w końcu weźmiesz się do roboty? - zwrócił się do Nathana.
- Nie, nie, nie, pokaż co, tam masz.
- To jest pierwsza i ostateczna wersja teledysku - powiedział Nano włączając telewizor.
Była dziewczyna, bo co to za teledysk bez laski, były pokazane teledyski starych, dobrych boysbandów w wykonaniu The Wanted, aż w końcu byli oni jako oni, w swoim najlepszym wydaniu, w normalnych, czarnych garniturach.
- Czy ona zapomniała spodni? - spytałam widząc dziewczynę w samym body.
- Ee, no wiesz, nie my ją ubieraliśmy - powiedział Nathan. Przyszedł moment na solo Nathana, kiedy dziewczyna kręci się obok niego. - To też nie był mój pomysł, wiesz, od tego jest reżyser - powiedział szybko obronnym tonem.
- Litości, Nathan, ale ona jest o głowę wyższa od ciebie, ta scena wzbudza we mnie śmiech, a nie chęć zamordowania jej, bo lepi się do mojego chłopaka - stwierdziłam, a wszyscy zarechotali, no może oprócz Natha, chociaż on ledwo się powstrzymywał.
- I jak wrażenia? - spytał Nano po obejrzeniu teledysku.
Wszyscy zgodzili się, że był świetny, chociaż Siva był średnio zadowolony, w sumie mu się nie dziwiłam - jako jedyny nie miał solowej części i to z resztą nie pierwszy raz. Prosto stamtąd pojechaliśmy na próbę dźwięku.
- Jak zamierzasz wystąpić? - spytałam cicho Nathana.
- Playback - odpowiedział gorzko.
Siedziałam w pierwszym rzędzie, kiedy zespół stroił instrumenty, Nathan kręcił się w tę i z powrotem. Kiedy zaczęli śpiewać bez słowa minął mnie i usiadł w tylnym rzędzie. - O rany... - westchnęłam i powoli ruszyłam w jedno stronę i usiadłam obok.
- Czuję się beznadziejnie. Jak frajer - powiedział po chwili patrząc na scenę. - Playback - prychnął.
- Oh, Nathan  - odwróciłam się bokiem do niego. - Wiem, że to dla ciebie bardzo ciężkie, nie móc robić tego, co kochasz najbardziej... Gdybym mogła zrobiłabym wszystko, żeby ci pomóc.
- Oj, Jules - kiwnął głową, żebym podeszła do niego i posadził mnie na swoich kolanach. - Jesteś tu, i to się liczy.
- Wszystko będzie dobrze - pocałowałam go w czoło.
- Chodźmy stąd - powiedział.
- A próba?
- Ruszania ustami nie trzeba ćwiczyć - stwierdził.
Podeszliśmy pod scenę, Kevin pomógł Nathan ściągnąć odsłuch, Nath porozmawiał chwilę z Nano i wyszliśmy.
- To gdzie idziemy? - spytał.
- Nie mam pojęcia, to ty siedzisz tu od dwóch tygodni.
- Dobra, wiem, gdzie jedziemy na początek - otworzył mi drzwi od samochodu i szepnął kierowcy coś na ucho.
- Gdzie jedziemy?
- Zobaczysz - uśmiechnął się.
- Może chociaż mała podpowiedź?
- Nie. Zaraz będziemy, jeny, jesteś gorsza niż małe dziecko - wywrócił oczami.
- Och, już tak nie marudź - dałam mu kuśkańca w bok.
- Dobra, prawie jesteśmy. Zamknij oczy i nie podglądaj - pogroził palcem.
Zrobiłam, o co prosił, po chwili poczułam, że samochód się zatrzymał, Nathan wysiadł, otworzył moje drzwi, złapał mnie za rękę i pomógł wysiąść, co z zamknietymi oczami, jest trochę kłopotliwe. Poprowadził mnie kawałek,  aż w końcu powiedział:
- Otwórz oczy.
Powoli je otwierałam, przyzwyczajając je do słońca naokoło.
- O rany! - krzyknęłam. - Nie mogłeś po prostu powiedzieć, że wieziesz mnie, żebym zobaczyła napis HOLLYWOOD?!
- Gdzie wtedy niespodzianka? - spytał.
- Nathan! Jesteś najlepszy na świecie! - rzuciłam się na niego i czule pocałowałam.
- Dobra, czas na zdjęcie i idziemy coś zjeść - powiedział, kiedy w końcu się od niego odczepiłam.
Zrobiliśmy sobie masę zdjęć, po czym pojechaliśmy do restauracji na obiad, a auto odesłaliśmy do zespołu.
- To co z tym programem? - spytałam.
- Właśnie, mieliśmy pogadać.
- Jak dokładnie będzie to wyglądać?
- Będzie dom, będą kamery i tak dalej.
- Edytorzy będą manipulować naszymi wypowiedziami, wycinać zdania z kontekstu... - wymieniałam.
- Jules, to reality show, nie manipulacja dziennikarska.
- Serio? - spojrzałam na niego z powątpiewaniem. - Myślisz, że ludzie będą chcieli oglądać Jaya, Maxa i Toma robiących sobie zawody w piciu, Sivę przytulonego z Nareeshą na kanapie i ciebie grającego na fortepianie? Żeby ludzie chcieli oglądać musi się coś dziać. Kłótnie, krew, pot, łzy, bójki, tłuczone szklanki...
- Przerażasz mnie.
- Przecież wiem, że w pewnym sensie mam rację.
- No wiem - westchnął głęboko. - To jak wchodzisz w to? - spytał z nutką nadziei.
- Mam do wyboru dwa miesiące tysiące kilometrów od ciebie, albo dwa miesiące w Los Angeles pod okiem kamer. Myślę, że może wytrzymam, obcych ludzi filmujących mnie dwadzieścia cztery godziny na dobę.
- Czyli tak?
- Tak - powiedziałam z uśmiechem. - Tylko błagam, sprzątajcie tam czasami - zaśmiałam się.
- Tego nie mogę obiecać - zaśmiał się Nath.

Zjedliśmy obiad i resztę dnia spacerowaliśmy po mieście.
- Nathan, jeszcze raz stań na mojej sukience, a przysięgam, że nie dożyjesz ten reality show - zagroziłam mu.
- Pierwszy raz to zrobiłem! - zaczął się bronić.
- Nie, pierwszy raz zwróciłam ci uwagę, bo nie chciałam być niemiła.
- Dobra, przepraszam - pocałował mnie w policzek.
- Wybaczam - uśmiechnęłam się i spojrzałam w niebo. - Nie podobają mi się te chmury, Sid.
- Sid, serio?
- Wszyscy wiedzą, że wyglądasz jak Sid z Epoki Lodowcowej, więc nie rób takiej zdziwionej miny - zaśmiałam się. - Dobra, wróćmy do chmur.
- Jules, to Los Angeles, tu pada kilka dni w roku i to nie będzie dzisiaj.
- Skoro tak mówisz - wzruszyłam ramionami.
Szliśmy dalej, wypiliśmy kawę, zjedliśmy frytki.
- Nathan, przysięgam, coś kapnęło mi na nos - zatrzymałam się.
- Przestań wkręcać, jesteśmy naprawdę daleko od hotelu - powiedział.
- Nathan, naprawdę. O znowu - spojrzałam do góry i rozpadało się na dobre.
- Wykrakałaś! - krzyknął i wciągnął mnie pod drzewo.
- Nie wykrakałam, tylko przepowiedziałam.
- Dobra, co robimy? - spytał. - Może szybko przejdzie.
- Taka pompa? Serio? - rozejrzałam się do góry. - Wiesz, raz się żyje - zdjęłam katanę i rozłożyłam nad głowami. - Chodź, idziemy - kiwnęłam głową i wyszliśmy spod drzewa.
Nathan przejął ode mnie katanę i szliśmy tak spokojnie ulicą. Lało niemożliwie mocno, ale my śmialiśmy się bez powodu.
- Pada kilka dni w roku i to musi być akurat, kiedy ja jestem w LA? - zaśmiałam się. - Moje typowe szczęście.
- Jules, jesteś jedną z tych dziewczyn, które całe życie marzą o pocałunku w deszczu? - spytał Nathan.
- Jest tylko jeden sposób, żebyś mógł to sprawdzić - powiedziałam.
Nathan stanął w miejscu, opuścił ręce z kataną i przyciągnął mnie do siebie. Spojrzał mi w oczy, odgarnął lepiące się do twarzy mokre włosy i pocałował mnie. Najpierw czule i delikatnie, potem bardzo namiętnie.
- Chyba polubię deszcz - powiedziałam.
- Nie przyzwyczajaj się - cmoknął mnie w policzek.
- Taksówka! - krzyknęłam, machnęłam ręką, auto się zatrzymało, a my wsiedliśmy do środka. - Może i chodzenie w deszczu bywa śmieszne, całowanie się jest fajne, ale dobrze wsiąść do suchej taksówki - odetchnęłam.
- Musimy to powtórzyć - stwierdził Nathan.
- Przed chwilą powiedziałeś, że mam się nie przyzwyczajać!
- Oj, nie łap mnie za słówka! - dał mi kuśkańca w bok.
Dojechaliśmy do hotelu i wsiedliśmy do windy.
- Zaniesiesz mnie do pokoju? - spytałam.
- Nie ma mowy - zaśmiał się.
- No weź, jestem taka zmęczona - pociągnęłam go za rąbek od koszulki.
- No dobra - wywrócił oczami.
Zadowolona podciągnęłam trochę sukienkę,  wskoczyłam mu na plecy i zawinęłam ręce wokół jego szyi. Wysiedliśmy tak w windy i szliśmy do pokoju, aż na korytarzu spotkaliśmy Toma.
- Jeśli ktoś może zmoknąć w Los Angeles to tylko wy - powiedział na nasz widok.
- Bardzo fajnie, powinieneś też spróbować - odpowiedziałam zeskakując z pleców Nathana.
- W ogóle czemu uciekliście z próby? - spytał.
- A co miałem tam robić? - wzruszył ramionami Nathan wyciągając z kieszeni kartę do pokoju.
- Nie łam się stary, będzie dobrze - Tom poklepał go po plecach.
- Jak na razie z dnia na dzień jest coraz gorzej - Sykes posmutniał.
- Dobra, idźcie się wysuszyć, bo się rozchorujecie - powiedział Parker i poszedł do siebie.
Weszliśmy do środka, poszłam do łazienki, po dwa ręczniki, jeden podałam Nathowi. Chciałam pozbyć się z siebie sukienki, bo była mokra, cała się do mnie lepiła i było to trochę nie przyjemne, ale jak na złość zaciął się zamek.
- Nathan pomóż mi z tym zamkiem - stanęłam bokiem do niego. Oczywiście, jemu rozpiął się bez problemu. Złośliwość przedmiotów martwych. - Dzięki.
Poszłam do łazienki, zdjęłam ją z siebie i rzuciłam gdzieś obok, stojąc przed lustrem osuszałam ręcznikiem włosy, co było be sensu, bo i tak zamierzałam wziąć kąpiel. No właśnie, zamierzałam. Nathan stanął w drzwiach i lustrował mnie wzrokiem.
- Przestań, bo się krępuję - powiedziałam i tak samo obejrzałam go z góry do dołu. Dalej miał na sobie mokrą koszulkę, która przylepiła mu się do ciała, co tworzyło bardzo miły dla oka widok.
Powoli podszedł do mnie od tyłu, przejechał palcem po mojej ręce, delikatnie pocałował mnie w szyję. Obróciłam się przodem do niego i delikatnie pocałowałam.
- Uważam, że - mruknął Nathan podnosząc mnie do góry, a ja instynktownie owinęłam nogi wokół jego bioder - łazienka jest złym miejscem i powinniśmy się przenieść do łóżka...

O rany... Przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam. Bo ten rozdział to po prostu coś strasznego. Nie dość, że lepiłam to coś prawie dwa tygodnie, to wyszło takie... blee :(