czwartek, 27 czerwca 2013

UWAGA WAŻNE THE WANTED LIFE

Nareesha i Siva odczuli ostatnimi czasy wiele nieprzyjemności, głównie na Twitterze, związanych z The Wanted Life. Najbardziej oberwało się jednak Nareeshy, zwłaszcza od osób, które wiedzą o niej tyle, ile zobaczą w telewizji. Doprowadziło to nawet do tego, że odcięła się ostatnio na dwa tygodnie od Twittera, bo dostawała bardzo dużo hejtów. A dzisiaj wychodzi na to, że miarka się przebrała, bo napisała, że program jest napisany. Poza tym Siva też już wcześniej o tym pisał :)

PS Nareesha przed chwilą napisała, że kiedy ona i Siva poszli spać na imprezie w pierwszym odcinku była czwarta rano.

wtorek, 25 czerwca 2013

53. To prawie romantyczne.

Po dwudziestej pierwszej wyjechałyśmy z Nottingham. Przez chwilę w samochodzie panowała cisza.
- Twoje siostrzenice są świetnie - powiedziałam z uśmiechem. - Twoje siostry zresztą też - dodałam.
- Dzięki, mają to po mnie - powiedziała z uśmiechem Nareesha.
- Charlene jest starsza...
- Wchłonęła to ode mnie.
- Ach no tak - zaśmiałam się.
- Co sądzisz o programie? - spytała.
- Nie wiem. Nie chcę nic mówić zbyt pochopnie, myślę, że muszę najpierw pomyśleć o tym na spokojnie.
- A twoja pierwsza myśl?
- Będzie przesrane. Potem Nathan powiedział, że też możemy tam być i zaczęłam mieć trochę mieszane uczucia. A jak z tobą?
- Sama nie wiem - westchnęła. - Kocham Sivę, chcę żeby się spełniał, odniósł sukces, był szczęśliwy w tym, co robi, a program na pewno zwiększy popularność zespołu. Z drugiej strony tęsknię trochę za normalnością. Wiesz, pójść do restauracji i zjeść spokojnie kolację czy pojechać na wakacje... Poza tym mieszkałam z nimi wszystkimi przez jakiś czas...
- I jak było?
- Ummm... To było interesujące przeżycie. Nie wiem, może teraz trochę się zmienili, poza tym mają sprzątaczkę, ale bywały dni, kiedy łatwiej byłoby zburzyć dom i postawić od nowa niż sprzątać ich syf.
- Wiesz, może przy kamerach będą się bardziej zachowywać - próbowałam znaleźć plusy tej sytuacji.
- Więc jak, jedziesz? - spytała.
- Mamy porozmawiać z Nathanem o tym, kiedy się zobaczymy, ale myślę, że trzy miesiące to stanowczo za długo, więc chyba tak. A ty?
- Chyba też. Sama mówiłaś, może będzie nieźle - dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
Po dwudziestej trzeciej byłyśmy znowu w Londynie, Nareesha podwiozła mnie pod same drzwi pubu i nie odjechała dopóki nie weszłam do środka.
- Hej, Jack, już jestem - weszłam do kuchni, żeby się przywitać.
- Och, hej Jules. Jak wycieczka?
- Byłam z Nareeshą u jej siostry w Nottingham. Było bardzo miło, poznałam jej siostrzenice, urocze dziewczyny - powiedziałam nalewając soku do szklanki.
- To dobrze - uśmiechnął się. - Ale ważniejsza sprawa, masz wizę?
- Mam! - uśmiechnęłam się. - Mam przyjść odebrać paszport we wtorek.
- Bardzo się cieszę - poklepał mnie po ramieniu. - Nathan na pewno też, rozmawiałaś z nim?
- Tak, dzwonił do mnie. Jeszcze zobaczymy, czy w najbliższym czasie mi się przyda, na razie nie wiadomo, co z jego gardłem, nie może rozmawiać i śpiewać.
- To w takim razie życzę wam, żebyś nie musiała używać tej wizy.
- Dzięki - uśmiechnęłam się. - Chloe, Olivia i Mia mnie wymęczyły, idę do siebie.
- Dobranoc.
Weszłam na górę, ale zamiast położyć się spać, włączyłam komputer. O, mama na Skypie. Zdecydowałam się porozmawiać z nią chociaż chwilę.
- Hej mamo.
- O proszę, kto się odezwał, już myślałam, że porwali cię kosmici.
- Bardzo śmieszne. Wiem, że długo się nie odzywałam, ale dzieje się bardzo dużo. Aż za dużo.
- No opowiadaj, jak wytrzymałaś do końca trasy?
- Daliśmy radę, Nathan przestał wyżywać się na wszystkich dookoła, po powrocie pojechał na tydzień do Gloucester, ale w poniedziałek pojechał do Los Angeles, więc jesteśmy osobno na bliżej nieokreślony okres czasu.
- A jak jego gardło?
- Był u lekarza w LA, nie może przez dwa tygodnie odzywać się ani śpiewać, a potem się zobaczy. Ma to samo, co Adele w zeszłym roku.
- Czyli on też będzie miał operację?
- Tego próbuje uniknąć, ale jeśli to będzie jedyne wyjście... Dlatego wyrobiłam sobie wizę.
- O, możesz pojechać do tego swojego Nowego Jorku - zaśmiała się.
- Może kiedy indziej, na razie jednak wolałabym jej nie używać.
- Ale jesteś trochę przybita, prawda? - spytała z troską.
- Taa... nawet nie trochę. To jest całe jego życie, jeśli coś pójdzie nie tak i nie będzie mógł śpiewać, kompletnie się załamie...
- Tak już jest, że jak ludzi spotyka coś złego to całą serią.
- Co masz na myśli?
- Twojego maila o pracy.
- A to - mruknęłam. - Nie martw się, dam sobie radę.
- A nie sądzisz, że to znak?
- Mamo, już o tym rozmawiałyśmy.
- Och, wiem, ale muszę popróbować ściągnąć cię do domu od czasu do czasu.
- Mam już bilet na święta.
- Kiedy przylatujesz? - spytała uśmiechnięta.
- Trzynastego, a wracam do Londynu dwudziestego dziewiątego.
- Dwa tygodnie?
- Tak.
- Nie tak znowu źle... Chwila, jest piątek, czemu nie pracujesz?
- Dzisiaj mam wolne, zaraz idę spać.
- Tak z czystej ciekawości, co robisz, jak nie pracujesz? Zwłaszcza jak Nathana nie ma w Londynie?
- Dzisiaj załatwiałam wizę, potem spotkałam Nareeshę i porwała mnie do Nottingham, odwiedziłam z nią jej siostrę, poznałam jej trzy siostrzenice, naprawdę kochane dziewczyny. Przed chwilą wróciłam i zaraz chyba pójdę spać.
- To leć, ja też już się kładę, jutro pracuję.
- Mamo, ty zawsze pracujesz.
- Jeśli myślisz, że skoro jesteś w Londynie, nie dam rady skopać ci tyłka, to się mylisz.
- Wierzę ci na słowo. Pa.
- Pa, uważaj na siebie.
Skończyłam rozmowę, umyłam się i położyłam się spać.

Rano zauważyłam nieprzeczytanego maila, który nie był reklamą, spamem ani powiadomieniem z Twittera, co jest poniekąd nowością.
- Mail od Nathana? To jakaś nowość - powiedziałam do siebie i otworzyłam wiadomość.

Nano, Scooter i chłopaki chyba zorientowali się, że tak czy siak rozmawiam z Tobą i Jess, bo nie opuszczają mnie na krok. Dlatego to, z czym chciałem do Ciebie zadzwonić, napiszę Ci w mailu. To prawie jak list, czyli to prawie romantyczne ;)
Zanim się wkurzysz - dowiedziałem się o tym wczoraj. Kiedy w końcu wrócimy ze Stanów, mamy tydzień przerwy, a potem mamy mały rajd po Austalii, Japonii i paru innych krajach. Czy ja mam, to się okaże, po prostu wolę, żebyś wiedziała.
Inną sprawą jest moje gardło. Chcemy uniknąć operacji, ale nie jest powiedziane, że to się uda. Samolot masz dwa dni po następnej wizycie u lekarza, jeśli nie powie mi nic konkretnego, to znaczy, że on sam nic nie wie i będzie trzeba mnie ciąć, wtedy dam ci znać i przylecisz tym lotem do Los Angeles. Zgoda? Więc już teraz ułóż sobie w głowie listę ubrań i pamiętaj o limicie wagowym ;)
Ach, jeśli lekarz powie mi coś poważnego, czytaj, że czeka mnie operacja, razem z Tobą przylecą Jess i mama.
Z jednej strony chcę wyzdrowieć, ale z drugiej chcę się z Tobą zobaczyć...
Uważaj na siebie.
Kocham, Nathan  xx

Uśmiechałam się czytając maila i szybko wzięłam się za odpisywanie.

Spryciarze, wyczuli Cię. Ale wiesz, że mają rację pilnując Cię? Nieważne, co się dzieje, pamiętaj, że jestem w Tobą i przylecę tak szybko, jak będę mogła.
Jeśli ktoś z naszej dwójki powinien na siebie uważać, to Ty ;)
Tęsknię xx

Jak tylko wcisnęłam "wyślij", zadzwonił mój telefon. Oho, komuś chyba popuścili smycz.
- Czy w LA nie jest 1:30? - spytałam.
- Jest, ale wróciłem do hotelu, po koncercie, na którym musiałem lecieć na playbacku, do tego reszta została w klubie na popijawie, a ja nie mam dwudziestu jeden lat i musiałem wrócić. Poza tym po prostu chciałem cię usłyszeć.
- Och, to takie słodkie. Przykro mi, że nie mogłeś dać z siebie wszystkiego na występie i że wyrzucili cię z klubu.
- Trochę pocieszające jest, że Siva też wrócił.
- On ma dwadzieścia cztery lata, więc w czym problem?
- Po prostu nie czuł się dobrze, tęskni za Nareeshą, poza tym nie kręci do siedzenie w klubie do białego rana. Więc teraz pewnie rozmawia z Naree na Skypie.
- To też jest słodkie z jego strony.
- Tom chyba trochę się wkurzył, ale trudno, stało się.
- Tom? Czemu?
- Wiesz, ci dwaj są kompetnie różni, potrafisz sobie wyobrazić Sivę zachowującego się przynajmniej w połowie jak Tom?
- Nie potrafię. I już rozumiem, o co ci chodzi.
- No widzisz... Dostałaś maila?
- Tak, przed chwilą na niego odpisałam. To było prawie romantycznie.
- Spędzimy czas romantycznie sami, kiedy się zobaczymy.
- Trzymam cię za słowo, a teraz idź już spać. Dobranoc.
- Dla ciebie chyba raczej dzień dobry.
- Nieważne. I nie gadaj.
- Dobrze, mamo.
Rozłączyłam się, przebrałam w dresy, włosy luźno związałam i zeszłam do kuchni. Wszyscy wczoraj pracowali, więc jeszcze spali, starałam się robić jak najmniej hałasu. Zrobiłam sobie kanapki i herbatę. Czas to przyznać, Nathan robi świetną herbatę. Postawiłam jedzenie barze, usiadłam na stołku i włączyłam cicho telewizor. Leciała powtórka "Coronation Street". Serial kręcą od jakiś 40 lat, nie mam pojęcia, o co w nim chodzi, ale chciałam zobaczyć Michelle. Ona i Max to jedna z tych par, które po prostu muszą być razem i wiem, że prędzej czy później dojdzie do tego, że się zejdą. Po obejrzeniu odcinka, z którego nic nie rozumiałam, przełączyłam na kanał muzyczny. One Direction. To znak, żeby wyłączyć telewizor. Wróciłam do kuchni, włożyłam naczynia do zmywarki i poszłam do siebie. Dopiero po dziewiątej, zaczynam o piętnastej... Od niechcenia spojrzałam na szafę i już wiedziałam, co powinnam zrobić. Zaścieliłam łóżko, po czym wyrzuciłam na nie zawartość szafy. Sprzątnęłam na toaletce i na niej układałam kolejno ciuchy po czym kładłam je na półce. Moim problemem było to, że nie miałam problemu w rzuczeniu bluzki byle jak, do półki. Gorzej, gdy chciałam ją potem założyć, a ona wyglądała jakbym wycierała nią podłogę. Po dwóch godzinach uporałam się ze stertą ciuchów, ale dalej nie było śladu żywej duszy, wszyscy spali. Dobra, niech im będzie posprzątam sama. Czasami, raz na kilka miesięcy chce nam się sprzątać zaraz po zamknięciu, najczęściej jednak zostawiamy to na rano. Założyłam słuchawki na uszy, puściłam muzykę i zeszłam na dół. Powycierałam blaty i stoły, założyłam krzesła do góry, pozamiatałam podłogę i zaczęłam wywijać z mopem. Szorowałam zaschniętą frytkę, dopóki nie doznałam mini ataku serca. Odwróciła się gwałtownie, po tym jak ktoś uszczypnął mnie w boki.
- Chryste, Dave - ściągnęłam słuchawki. - Chcesz, żebym zawału dostała?
- Co ty taka lękliwa? Jak po nocach wracasz przez pół Londynu to się nie boisz? - zaśmiał się.
- Nigdy nie wracam na nogach, więc nie mam się czego bać - wystawiłam język.
- To co tam wczoraj robiłaś?
- Byłam w Nottingham z Nareeshą, bardzo miło było.
- A, no i gratulacje z powodu wizy.
- Dzięki - uśmiechnęłam się.
- Idę po wodę i wracam spać - przeciągnął się leniwie. - Ktoś zapłacił wczoraj za całą butelkę Jacka Daniel'sa i prawie całą zostawił. To ja i Liz się nią zajęliśmy.
- Idź spać! Pracujesz dzisiaj ze mną, masz żyć wieczorem! - wygoniłam do gestem ręki.
Gdy wyszedł założyłam z powrotem słuchawki i dokończyłam mycie podłogi.

We wtorek odebrałam paszport z wizą w środku. Bawiłam się z Nathanem w maile, aż do następnego poniedziałku, kiedy wieczorem Nathan zadzwonił na mój telefon.
- Nathan, miałeś nie dzwonić - odebrałam.
- Właśnie wracam od lekarza.
- O Boże, nie brzmisz zbyt wesoło czy zdrowo - zmartwiłam się.
- W piątek mam znowu wizytę, ale proszę cię, przyleć tym samolotem w środę.
- Tak, jasne, ale powiedział ci coś konkretnego?
- Jeśli do piątku nie będzie poprawy, będą mnie kroić. Potem przez tydzień nie będę mógł mówić, a przez kilka miesięcy będę miał rehabilitację.
- O Boże... - oczy mi się zaszkliły.
- Nie mów nic przypadkiem Jess, one dowiedzą się, jak operacja będzie pewna.
- Nie ma sprawy.
- To tego... trzymaj się i pamiętaj, że w Los Angeles jesień jest trochę inna - zaśmiał się, ale nie brzmiało to zbyt wesoło.
- Tak, wiem - powiedziałam ocierając łzę.
- Jak nie wiesz, co wziąć ze sobą, pytaj Nareeshy, ma wprawę.
- Okej - pociągnęłam lekko nosem.
- I nie płacz.
- Nie płaczę - skłamałam.
- Jules, Jules, znam cię lepiej niż ci się wydaje, nie próbuj kłamać.
- Oj, no dobra - zaśmiałam się.
- Samolot masz o szesnastej, czyli wylądujesz koło trzeciej londyńskiego czasu, czyli w LA...
- Dziewiętnasta - dokończyłam szybko.
- Dobra jesteś. Postaram się odebrać cię z lotniska, jeśli jednak coś by wypadło i nie dałbym rady, podeślę Nano.
- Dobrze.
- Muszę kończyć, nie martw się i spakuj się porządnie.
- Dobra, pa.
Zrobiłam dwa głębokie wdechy i zeszłam na dół.
- Jules, wszystko okej? - spytała Liz.
- Tak, tak. Gdzie Jack?
- Sprząta na zapleczu. Przeszłam przez kuchnię na zaplecze.
- Hej, Jack - powiedziałam.
- Cześć, Jules - spojrzał na mnie. - Wszystko okej?
- Rozmawiałam z Nathanem.
- I jak jego gardło? - spytał przekładając skrzynkę.
- O tym chciałam porozmawiać.
Jack obrócił się i przestał przestawiać rzeczy.
- No mów, co się dzieje.
- W środę lecę do Los Angeles, bo jest prawie pewne, że w przyszłym tygodniu Nathan będzie miał operację.
- O rany, tak mi przykro.
- Chodzi o to, że później czeka go rehabilitacja, a zespół w tym czasie będzie podróżował, czyli sądzę, że Nathan będzie wtedy w Gloucester, a ja wolałabym wtedy być z nim.
- To zrozumiałe.
- A biorąc pod uwagę, że za dwa miesiące wyjeżdżasz, a mnie przez większość tego czasu nie będzie, najlepiej byłoby gdybym się zwolniła.
- Chyba żartujesz - spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Spójrz na to racjonalnie. Do stycznia praktycznie mnie tu nie będzie, jadę do La na jakieś dwa tygodnie, potem będę w Gloucester, potem na dws tygodnie jadę do Polski i wracam na sylwestra.
- Jules... - westchnął. - Jesteś pewna, że tego chcesz?
- Tak.
- No to zwalniam cię.
- Słucham? Sama się zwolniłam.
- Ja cię zwalniam. I muszę dać ci odprawę.
- Jack - wywróciłam oczami.
- I idź jutro do banku i załóż sobie konto.
- Dziękuję - przytuliłam go.
- Nie ma sprawy.

Po pójściu do banku, wyrobieniu konta, spakowaniu się, co zajęło mi całą wieczność, pożegnaniu z Kelsey i Nareeshą, wyjaśnieniu wszystkiego Liz, Dave'owi i Evie, dopłaceniu za szybsze wyrobienie karty, która odebrałam w drodze na lotnisko i wpłaceniu wszystkich pieniędzy na konto i wypiciu litrowego energy drinka celem przechytrzenia jet lagu, w końcu usiadłam w fotelu w samolocie do Los Angeles.

Jestem na telefonie i ciężko mi zorientować się, ile rozdział ma długości, ale wydaje mi się, że jest jakiś krótki...
Dobra, muszę się pochwalić jeszcze tutaj - zdałam maturę ;D
Celem świętowania nie poszłam imprezować, ale wybrałam się z mamą i bratem do kina na "Świat w płomieniach", film świetny, bardzo polecam :)

poniedziałek, 24 czerwca 2013

52. To jak Wanted Wednesday z kamerami 24 na dobę. + LIEBSTER AWARDS

Powoli zaczynałam się przyzwyczajać do tego skrzeczącego głosu.
- Co masz na myśli? - zestresowałam się.
- Jedna struna głosowa jest zaczerwieniona i mam na niej guzek, coś takiego co miałam Adele w zeszłym roku.
- Ona miała operację... - usiadłam na łóżku.
- Właśnie tego chcemy uniknąć. Przez dwa tygodnie nie mogę mówić, śpiewać, nic. Już teraz nie powinienem, jak Nano mnie złapie, to zaraz walnie mi kazanie. Nie wiemy też, co po tych dwóch tygodniach powie lekarz, dlatego jutro na wszelki wypadek zajmiemy się biletem dla ciebie, a ty zacznij załatwiać sobie wizę.
- Zrobię co w mojej mocy.
- To dobrze, bo cię tu potrzebuję. A jeśli za dwa tygodnie już nic mi nie będzie, to po prostu posiedzimy sobie w LA.
- Ta wersja bardziej mi się podoba.
Nathan zaśmiał się lekko.
- Dobra, idź już spać, która tam jest trzecia? Czwarta?
- Byłeś blisko, druga - powiedziałam. 
- No to najbliższy czas iść spać, czemu jeszcze tego nie robisz? 
- Bo pracowałam? I brałam prysznic? I gadam z tobą? 
- Brałaś prysznic zaraz po pracy a nie rano? Jeśli Jules bierze prysznic przed snem, to wiedz, że coś się dzieje. 
- Tak, czekałam na telefon od jednego głupka, który teraz mnie denerwuje.
- Oj dobra, już dobra. Idź spać. Dobranoc. Muszę kończyć, bo chyba zbliża się Nano.
- Dobranoc - zaśmiałam się. - Pilnuj się i dbaj o siebie, albo sama na ciebie kanabluję.
- Nie wiem czemu, ale wierzę ci. Pa.
Odłożyłam telefon na półkę i położyłam się spać. 


Następnego dnia dostałam na maila potwierdzenie lotu i rezerwację w hotelu na moje nazwisko, a już kilka dni później miałam spotkanie w konsulacie. Poczytałam w internecie co i jak, teoretycznie byłam przygotowana perfekcyjne, praktyka to co innego. Profilaktycznie wzięłam potwierdzenie lotu na święta do domu, może bilet do Polski przekona ich, że nie planuję pojechać do Ameryki, żeby wziąć fałszywy ślub i dostać obywatelstwo.
- Pani Julia Miller... Ma pani bilety, ma pani rezerwację hotelu, ma pani bilety ba święta do Polski, świetnie - powiedział lekko otyły pan po czterdziestce. - Tylko jedna rzecz mnie zastanawia. 
- Jaka? - spytałam zestresowana jak diabli. 
- Dlaczego tak nagle? Ludzie zazwyczaj bukują bilety kilka miesięcy wcześniej i przychodzą po wizę na długo przed odlotem.
- Tak, domyślam się. To bardzo nagła sprawa - powiedziałam. Jego wzrok wyraźnie mówił, że chce usłyszeć więcej. - Mój chłopak jest w Los Angeles bardzo możliwe, że będzie miał operację. 
- A pani chłopak jest...
- Brytyjczykiem - dodałam szybko. 
- O proszę, to co robi w Los Angeles?
- Służbowy wyjazd. Służbowo-zdrowotny.
- Rozumiem...
Po odpowiedzi na całą masę pytań i tych sensownych i tych mniej, w końcu usłyszałam:
- Proszę przyjść po paszport we wtorek.
Niby brzmiało przyjaźnie, ale nie byłam pewna, co to oznacza.
- Dostała pani wizę turystyczną, taką jak zazwyczaj wydajemy, czyli na dziesięć lat. Coś mi się wydaje, że pani chłopak dużo podróżuje do Ameryki, więc pewnie się pani przyda.
- Dziękuję bardzo, nie wie pan, ile to dla mnie znaczy. 
Wyszłam z budynku cała w skowronkach, w Los Angeles był chyba środek nocy, ale nie myślałam o tym, tylko napisałam smsa do Nathana z wiadomością, że dostałam wizę. Idąc spacerem do domu wpadłam na Nareeshę.
- Hej, Naree, co tu robisz? - spytałam.
- Wracam ze spotkania z konsultantem ślubnym - powiedziała z uśmiechem. - Prawdopodobnie uda nam się wziąć ślub w lipcu, a jeśli nie, to najpóźniej w sierpniu. 
- Świetnie - uśmiechnęłan się. 
- A ty skąd się tu wzięłaś?
- Byłam w konsulacie załatwić wizę. 
- Udało się? 
- Udało - powiedziałam z ulgą. - Nie wiadomo co wyjdzie z Nathana gardłem, a on chce, żebym w razie czego tam była. 
- Jesteś jedną z najbliższych mu osób, to oczywiste, że chce mieć cię blisko.
- Najważniejsze, że teraz mogę na spokojnie polecieć do Stanów. 
- Właśnie! - krzyknęła nagle dziewczyna. - Widziałaś to zdjęcie? 
- Jakie zdjęcie? 
- Byłaś na twitterze.
- Ostatni raz wczoraj rano, a co?
- Chłopcy dodali zdjęcie z planu teledysku, są ubrani cali na biało, ale to jeszcze nic, bo Nath jest pomarańczowy na buzi i wygląda jakby był ogolony - powiedziała robiąc coraz większe oczy w ekscytacji.
- Chyba nie powiesz mi, że ogolił sobie ten pusty łeb? - lekko się przestraszyłam. Jakoś Nathan ogolony na zero mnie nie przekonywał. 
- Nie wiem, raczej nie, wiesz, z wwłosami można zrobić mnóstwo rzeczy.
- Mam nadzieję, że to właśnie jedna z tych rzeczy. Więc co robisz teraz?
- Jadę odwiedzić siostrę w Nottingham. Nie widziałam siostrzenic całą wieczność. 
- Och, to słodkie. To miłej podróży. 
- W zasadzie... Pracujesz dzisiaj?
- Nie, ten wieczór mam wolny. Będę oglądać filmy, albo czytać książkę. Albo będziemy się na siebie patrzeć z Nathanem przez kamerkę i nic nie mówić. 
- Och tak, brzmi interesująco. Może pojedziesz ze mną? - zaproponowała. 
- Naree, to bardzi miłe, ale nie chcę się wpraszać.
- Nie bądź głupia, moje siostrzenice cię pokochają. Nie przyjmuję odmowy do wiadomości. 
- Czyli nie mam do wyboru innej odpowiedzi niż "tak"?
- Zgadza się.
- Okej, okej. Ale... nie mogę tak przyjechać z pustymi rękoma.
- Jezu, Jules, przestań! - Nareesha potrząsnęła mną lekko. - Idziemy do auta i jedziemy do Nottingham. Tyle. Żadnych wymówek - pociągnęła mnie za rękę.
- Ale dzieci... Dzieci uwielbiają prezenty.
- Przestań! Dziewczynki polubią cię tak czy inaczej. Znaczy, o ile dasz im się bawić twoimi włosami.
- Okej, dobra, przestaję marudzić. Gdzie w ogóle jest twoje auto? - spytałam idąc za nią jak szalona. Nie wiedziałam, że na szpilkach można chodzić tak szybko jak Nareesha.
- Pod domem. Przyjechać tu autem to czyste samobójstwo.
- I przyszłaś tu na szpilkach? - spytałam zszokowana. Londyńskie chodniki są o niebo lepsze niż polskie, ale wciąż są to chodniki.
- Tak, zrobiłam sobie spacer.
- Wow, lubisz sporty ekstremalne - mruknęłam.
Po jakimś czasie dotarłyśmy pod jej blok.
- Chodź na górę, muszę wziąć kluczyki - powiedziała i weszłyśmy do budynku.
Wjechałyśmy windą na najwyższe piętro.
- Napij się czegoś w kuchni, jak chcesz - krzyknęła tupiąc obcasami idąc do sypialni.
Poczłapałam do lodówki, wyjęłam z niej puszkę coli i usiadłam na blacie.
- Gdzie są te głupie kluczyki? - mruknęłam dziewczyna wychodząc w sypialni i zaglądając po różnych kątach. - Och, mam. Dobra, jedziemy.
Wyszłyśmy z mieszkania, w samochodzie postanowiłam zadzwonić do Jacka.
- Hej, Jack, dzwonię tylko, żeby powiedzieć, że dzisiaj mogę wrócić późno.
- Nie ma sprawy, coś się stało?
- Nie, nie, po prostu Nareesha porwała mnie na małą wycieczkę.
- Bawcie się dobrze i pozdrów ją ode mnie.
- Pewnie, pa - rozłączyłam się i schowałam telefon do torebki. - Jack kazał cię pozdrowić.
- Dziękuję - uśmiechnęła się dziewczyna.
- Jak długo jedzie się do Nottingham?
- Dwie, dwie i pół godziny, zależy od drogi. Słyszałam, że Jack sprzedaje pub...
- Taaa. W styczniu będę i bezrobotna i bezdomna - uśmiechnęłam się lekko chcąc sprawiać wrażenie, że to po mnie spływa. - Ale dam sobie radę, mam trochę oszczęności, bo w zasadzie mieszkam za darmo, jedzenie też mam za darmo, a na pierdoły starcza mi z napiwków. Więc znajdę coś do wynajęcia, znajdę pracę, która oczywiście nie będzie tak swobodna, jak ta, ale jak się nie ma, co się lubi...
- Naprawdę aż tak lubisz pracę po nocach? - spytała.
- Oczywiście, jest to męczące, ale  Jack jest naprawdę świetny, nigdy nie robi problemu, jeśli muszę wyjść, zmienić grafik czy wyjechać na trzy tygodnie. Gdzie indziej miałabym tak dobrze?
- Niby racja. Wiesz, masz o tyle dobrą sytuację, że zawsze masz Nathana, który może ci pomóc.
- Tego chcę uniknąć. Nie chcę pomocy od Natha.
- Czemu? - spytała zdziwiona dziewczyna.
- Wiesz, jacy są ludzie. Cały czas gadają, że jestem z nim dla kasy. Spróbuj spojrzeć na to z zewnątrz. Ty masz własną dobrze prosperującą firmę sprzedającą buty za setki funtów z fabryką we Włoszech, Kelsey ma z Kelsey Ann studio taneczne, przyjmują każdego, pomagają dzieciakom uwierzyć w siebie, także była Michelle, aktorka, i nagle BAM! ja, barmanka.
- Jules, błagam cię...
- Myślisz, że dlatego z każdych zakupów wracamy z Nathanem pożarci bardziej lub mniej? Bo chce za mnie płacić. Ja odmawiam, wyciągam portfel, jemu włącza się męska duma i tak to się kończy - wzruszyłam ramionami.
- Jules. Jako starsza, bardziej doświadczona życiowo i dłużej chodząca z członkiem boysbandu udzielę ci teraz kazania. Nathan chce płacić za ciebie, to pewne. Znam go cztery lata i to najsłodszy chłopak, jakiego znam i zawsze powtarzał, że kiedy już będzie miał dziewczynę, będzie ją traktował jak księżniczkę. Poza tym, kiedy nie pozwalasz mu za siebie zapłacić, załamujesz jego męskie ego - ostatnie słowo powiedziała zirytowanym głosem.
- Ego... Najgorsza rzecz na świecie - wywróciłam oczami. - A jak to jest u ciebie i u Sivy?
- Jeśli jesteśmy na zakupach razem i w sklepie chcemy kupić coś i dla mnie i dla niego, zazwyczaj on płaci, bo już przestałam się o to kłócić. Jeśli kupujemy coś tylko dla mnie to różnie to bywa, ale czasami jednak stawiam na swoim i płacę sama, za buty zazwyczaj też. Musicie po prostu znaleźć kompromis. Poza tym, jeśli ludzie gadają, to to, że będziesz płacić za siebie nic nie zmieni, bo oni nie widzą czyje nazwisko jest na karcie, albo że wzięłaś te pieniądze od Jacka za pracę. Więc to nic nie zmienia, oprócz nastrojów w waszym związku.
Zamyśliłam się chwilę.
- Dzięki Naree, pomyślę o tym - uśmiechnęłam się. - W zasadzie, czy Naree to w ogóle zdrobnienie od Nareesha? Bo tylko ja i Nathan cię tak nazywamy.
- Tak, moja mama też tak do mnie mówi - dziewczyna uśmiechnęła się.
Resztę drogi przegadałyśmy ciuchach i butach i wyklinałyśmy na beznadziejnych kierowców, w końcu dojechałyśmy do domu jej siostry.
- Może to być dziwne, ale trochę się stresuję - powiedziałam wysiadając z auta. - Twoja siostra w ogóle wie, że przyjechałaś ze mną?
- Nie do końca, napisałam jej tylko smsa, że nie będę sama.
- Nareesha! - pisnęłam.
- Och, przestań już - dziewczyna wywróciła oczami i pociągnęła mnie za łokieć w stronę drzwi.
Zadzwoniła dzwonkiem i po krótkiej chwili drzwi otworzyła nam jej siostra. Nareesha była bardzo podobna do siostry, jedynie ciut wyższa i szczuplejsza.
- Heeej! - Nare przytuliła siostrę. - A to jest moja towarzyszka dnia dzisiejszego, Jules. Jules, to moja starsza siostra Charlene.
- Miło mi cię poznać - uścisnęłam z Charlene rękę i wymieniłyśmy uśmiechy.
- Nie musiałaś tak podkreślać, że jestem starsza - powiedziała do Nareeshy. - Wchodźcie do środka - otworzyła szerzej drzwi i wpuściła nas do środka. - Dziewczynki, ciocia przyjechała!
Po chwili po schodach rozniosło się zbiorowe tupanie i na dół zleciały trzy słodkie dziewczyny.
- Cześć słońca! - Nareesha kucnęła i wyściskała wszystkie trzy. - A to jest moja przyjaciółka i dziewczyna Nathana, Jules - pokazała na mnie ręką. - Jul, to moje kochane siostrzenice, Chloe, Olivia i Mia - przedstawiła mi je od najstarszej do najmłodszej.
- Hej, miło mi was poznać - kucnęłam przed nimi.
- Możemy pobawić się twoimi włosami? - spytała średnia, Olivia.
- Tak, jasne - zaśmiałam się.
- To potem, dziewczynki nie męczcie Jules, idźcie się bawić, zaraz obiad - Charlene pogoniła je na górę. - Przepraszam za nie, tylko czesałyby i czesałyby, najchętniej wszystkich tylko nie siebie.
- Nie ma sprawy, lubię dzieci - uśmiechnęłam się.
Drzwi otworzyły się i do środka weszła, jak zgadłam, młodsza siostra Nareeshy.
- Mieszkasz w Nottingham i jeszcze się spóźniasz - powiedziała Naree przytulając ją.
- Było powiedziane około trzeciej, czyli się nie spóźniłam.
- Jules, to moja młodsza siostra Taleesia, Talee, to Jules.
- Miło mi cię poznać - znowu wymieniłam uśmiech i uścisk dłoni.
Młodsza siostra Nareeshy też była niższa od niej i nie tak szczupła, była ładna, ale mogłaby nakładać mniej podkładu.
- Przyszłaś idealnie w porze na wino - z kuchni wyszła Charlene z kieliszkami i butelką wina. - Nareesha?
- Wracamy wieczorem, więc myślę, że możesz nalać mi trochę.
Chociaż nie przepadam za winem, to przez grzeczność nie odmówiłam.
Po pysznym domowym obiedzie, który był miłą odmianą, i deserze, tak jak obiecałam, pozwoliłam dziewczynom mnie uczesać.
- Chloe, teraz moja kolej! - krzyknęła Olivia.
- Dziewczynki, nie kłóćcie się, Chloe, teraz kolej Livy, potem znowu będziesz ty - powiedziałam trzymając mała Mię na kolanach.
- No dobra - najstarsza oddała młodszej siostrze szczotkę i usiadła obok mnie.
- Masz śmieszny akcent - powiedziała.
- Chloe! - krzyknęła Char.
- Spokojnie, przecież wiem, że nie brzmię jak Brytyjka - zaśmiałam się i wróciłam wzrokiem do Chloe. - Jestem z Polski, to dlatego.
- To nie urodziłaś się w Anglii? - spytała.
- Nie, przyjechałam tu po szkole.
- yhyym - dziewczyna wyraźnie się nad czymś zastanawiała. - To ja po szkole pojadę do Polski!
- Och, Chloe, to bardzo słodkie, ale uwierz mi, lepiej zostać w Anglii - wiem, że ma jedenaście lat i szybko wyleci jej to z głowy, ale lepiej zapobiegawczo już teraz jej to wyperswadować. - Pomyśl, byłabyś taaaaak - rozłożyłam ręce na całą szerokość - daleko od domu. I co, zostawiłabyś Olivię i Mię? I rodziców? I ciocie?
- Hmm - mruknęła. - Zostanę w Nottingham.
- Mądra dziewczyna - pogłaskałam ją po głowie.
Usłyszałam mój telefon, ale za bardzo nie miałam się jak ruszyć, bo byłam otoczona małymi dziewczynami McCaffrey.
- Naree, mogłabyś? - spytałam.
- Jasne - dziewczyna sięgnęła po moją torebkę i wyjęła z niej telefon. - To Nathan.
- Olivia, zrobimy sobie małą przerwę i za chwilę dokończymy, dobrze? - spytałam.
- Dobrze.
- A ty, Mia, leć do cioci - ściągnęłam ją ze swoich kolan, wzięłam od Nareeshy telefon i poszłam z salonu do kuchni.
- Hej, zdaje mi się, czy miałeś się nie odzywać? - odebrałam.
- Nie odzywam się do nich, to do ciebie chyba mogę - wychrypiał. Spojrzałam na zegarek, w Los Angeles była jedenasta. - Mam pewne wieści.
Serce mi przyspieszyło, bo przestraszyłam się, że chodzi o coś z jego głosem.
- Dobre czy złe?
- Raczej dobre.
- Więc o co chodzi? - spytałam.
- W następny poniedziałek pierwszy raz będzie grany w radio nowy singiel, niech ci będzie, że powiem ci, że nazywa się "Walks Like Rihanna".
- Nie lubię Rihanny. Ale jestem pewna, że piosenka będzie świetna.
- No ba. Druga sprawa jest taka, że mieliśmy dzisiaj spotkanie z producentami z E!...
- To ta stacja, która nadaje Kardashianki? Żeby nie było oglądam to tylko dla Kendall - uniosłam rękę w obronnym geście, chociaż nie mógł jej zobaczyć.
- Tak, to ta stacja, tak Kendall jest świetna.
- Hej! Ja mogę tak mówić! Ty nie powinieneś!
Nathan zaśmiał się w słuchawce.
- Jasne, więcej się nie powtórzy. Pozwól mi skończyć, proszę?
- Tak, już nie przerywam.
- Rozmawialiśmy z producentami i tak jakoś wyszło, fani będą zachwyceni, że robimy reality show...
- Słucham?
- Reality show - powiedział wolniej, chyba myślał, że nie zrozumiałam.
- Zrozumiałam, co powiedziałeś, ale nie rozumiem, na czym ma to polegać.
- Będziemy mieszkać w willi w LA i będą kamery i w domu i wszędzie, gdzie pójdziemy i tak dalej. Trochę jak Wanted Wednesday, tylko nie do końca to kontrolujemy i jest 24 na dobę.
- Okej, więc będzie robić reality show w Los Angeles... Jak długo i kiedy?
- Zaczynamy koło lutego, marca i potrwa to jakieś dwa, trzy miesiące.
Nic nie powiedziałam, bo skupiałam się na tym, żeby łzy nie naszły mi do oczy.
- Jules?
- Więc w lutym jedziesz do Los Angeles i będziesz tam przez trzy miesiące bez przerwy?
- Tak, ale...
- Ale?
- Uzgodniliśmy z producentami, że możemy wziąć ciebie, Kelsey i Nareeshę ze sobą - powiedział.
Odetchnęłam lekko, ale mimo to miałam pewne obawy. Trzy miesiące pod jednym dachem z nimi i kamerami.
- Pytanie tylko - kontynuował - czy chcesz. Bo to nie będzie łatwe. Kamery, zero prywatności...
- Może powinniśmy o tym porozmawiać twarzą w twarz? - spytałam.
- Okej, jasne, rozumiem cię. Tylko nic nie mów, bo to tajemnica.
- Nie ma sprawy. Właśnie! Dostałem twojego smsa, nie masz pojęcia, jak się cieszę.
- Ja też - uśmiechnęłam się.
- A co robisz?
- Jestem z Nareeshą w Nottingham u jej siostry.
- Dobra, to baw się dobrze.
- Widziałam zdjęcie z planu teledysku. Wyglądasz okropnie - zaśmiałam się.
- Dzięki, zawsze wiedziałem, że mogę liczyć na miłe słowo! - powiedział z udawanym wyrzutem. - Muszę kończyć, trzymaj się.
- Ty też - wiem, że w ogóle nie powinien do mnie dzwonić, tylko pisać, ale kiedy już dzwonił, najchętniej w ogóle bym się nie rozłączała.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też. Pa.
Rozłączyłam się i patrzyłam chwilę przez okno próbując poskładać myśli, co do tego całego reality show, aż do kuchni weszła Nareesha trzymając w ręce telefon.
- Rozmawiałam z Sivą - powiedziała.
- O programie? - spytałam. Pokiwała głową. - Co o tym sądzisz?
- Albo będzie świetnie, ale będzie to totalna porażka - powiedziałam opierając głowę o półkę. - Ale nie możemy teraz o tym rozmawiać, więc wracajmy do salonu.
- Racja - schowałam telefon do kieszeni i wróciłam do salonu, gdzie Olivia natychmiast zaczęła czesać moje włosy.


No siema dziubasy :D
Albo to ja, albo rozdział jest przykrótki, ale to nic, wydaje mi się, że nie jest najgorszy, bynajmniej ja jestem w miarę zadowolona :)
A teraz nominacje:

Dostałam nominację od Nika_TW, Pat ka i nieco samozwańczą od S an ;)
No to lecim.

Pytania od Nika_TW:

1. Od kiedy piszesz imaginy ?
Tego bloga mam od listopada, a drugiego od stycznia.

2. Kto jest Twoją inspiracją ?
Do pisania czy w życiu? ;) Do pisania - wiadomo The Wanted. W życiu biorę po trochę od różnych znanych osób ;)
 
3. Jak zabijasz nudę ?
Piszę, czytam książki, słucham muzyki.
 
4. Twój ulubiony zespół ?
The Wanted, Lawson
 
5. Ulubiony rodzaj muzyki ?
Nie mam ulubionego rodzaju, słucham naprawdę różnych piosenek (może oprócz techno).
 
6. Masz jakieś plakaty w pokoju ?
Nie, ale mam dwa obrazy z Nowym Jorkiem i trzeci czeka na przywieszenie :)
 
7. Tytuł ulubionej piosenki ?
Wonderwall.
 
8. Najlepsza książka, którą przeczytałaś
Przeczytałam wiele książek i nie potrafię wybrać najlepszej, ale uwielbiam "Służące", książki z serii "Babylon" (Hotel Babylon, Fashion Babylon, Air Babylon itd., jakby ktoś chciał wiedzieć o co chodzi to napiszę ;))
 
9. Oglądałaś The Wanted Life ?
Tak.
 
10. Najciekawszy film Twoim zdaniem ?
Najciekawszy... Nie mam pojęcia. Zawsze jak mam takie pytanie, to mam pustkę w głowie :P
 
11. Masz jakiegoś zwierzaczka w domu ?
Tak, cztery lata młodszego brata.
 
Pytania od Pat ka:
 
1. Od kiedy prowadzisz bloga ?
Od listopada.
 
2. Camping czy namiot ?
Myślę, że hotel :P
 
3. Masz rodzeństwo ?
Tak, brata.
 
4. Ulubiony członek TW ?
Kocham wszystkich, ale Nathan :)
 
5. Ulubiona postać z bajki ?
Ummm... Kopciuszek (strzelam, bo pierwsza przyszła mi do głowy).
 
6. Gdzie chciałabyś mieszkać w przyszłości ?
W Nowym Jorku albo Londynie, ale Wrocław też by mnie zadowolił.
 
7. Ulubiona piosenkarka ?
Cheryl Cole, a polska Kasia Kowalska, bo wychowałam się na jej piosenkach :) (Blame mum)
 
8. Książka czy film ? Dlaczego ?
Zależy. Ale chyba książka, bo ekranizacje zazwyczaj są o dupę rozbić. Chociaż "Pamiętniki Wampirów" to jeden z niewielu przypadków, kiedy serial przebił książkę. Przeczytałam pierwszą część i mnie nie powaliła.
 
9. Wolałabyś mieszkać na wsi czy w mieście ? Dlaczego ? xD 
Chyba jednak jestem miastowym typem. Lubię, jak coś się dzieje, lubię ruch, teraz mieszkam kilka kilometrów od miasta i mnie to denerwuje, bo muszę płaszczyć się przed mamą, żeby mnie podwiozła, jak jestem umówiona :P Na wieś można pojechać od czasu do czasu odpocząć lub się poopalać, albo jak ja poskakać na trampolinie kuzyna :D (Z TEGO SIĘ NIE WYRASTA!)
 
10. Ulubiony aktor ? 
Chyba Ian Somerhalder.
 
Pytania od S an:
 
1.Największe marzenie, którym chcecie się podzielić?
 Pojechać do Nowego Jorku, koncert The Wanted w Polsce z Meet  & Greet, żebym mogła ich wyściskać.
 
2.Co cenisz w życiu?
Szczerość i zaufanie.


3.Wolałabyś być sama, ale za to nieprzyzwoicie bogata czy biedna jak mysz, ale mając kogoś przy sobie?
Ummm... Prześpię się z tym pytaniem :P Ale sądzę, że coś pomiędzy.


4.Jedno słowo najtrafniej opisujące Ciebie?
Sarkazm

5.Czego najbardziej boisz się w swoim życiu?
Węży.


6.W jaką postać z bajki, filmu bądź książki chciałabyś przemienić się chociaż na jeden dzień i dlaczego?
Eleną Gilbert w TVD, chyba logiczne dlaczego, helloł ;p


7.Wschód czy zachód słońca ?
Zachód.


8.Jak radzisz sobie ze stresem ?
Jem. albo nie jem, zależy od dnia. i zawsze słucham muzyki i tupię nogą :D


9.Jesteś przesądna ?
Raczej nie.


10.Czego najbardziej brzydzisz się u drugiego człowieka?
Zawiści


11.Najbliższe 2 cele, które chcesz wykonać w przeciągu najbliższych 5 lat?
Spotkać The Wanted i wziąć ślub z Nathanem (aka z Andym z Lawsona, aka z Tomem Daley). A tak serio, skończyć studia (najpierw się na nie dostać....) i znaleźć pracę :).

Co do nominacji, przepraszam, jestem leniwa, ale wszyscy, którzy czytają mojego bloga i których bloga czytam ja, niech czują się nominowani :)

Pytania:
1. Ulubione miejsce?
2. Ulubiona piosenka?
3. Jaka jest najważniejsza rzecz, której nauczyło Cię życie?
4. Lubisz oliwki?
5. Mięso czy ryby?
6. Chciałabyś być sławna?
7. Ile najdłużej wytrzymałaś bez snu?
8. Idealne miejsce na pierwszą randkę?
9. Najpiękniejsze miasto jakie odwiedziłaś?
10. Gdybyś mogła perfekcyjnie władać trzema obcymi językami, jakie byłyby to języki?
11. Najzabawniejsza osoba jaką znasz?


 

poniedziałek, 17 czerwca 2013

51. Nie jest dobrze

Tydzień bez Nathana postanowiłam wykorzystać na rzucenie się w wir pracy i tak też się stało. Nath pojechał do Gloucester w piątek a to dawało mi cały weekend na pracowanie, a weekendy są najlepsze, mimo tego że czasami trzeba siedzieć do czwartej, ale można zgarnąć najwięcej napiwków. Z nimi szło mi na tyle dobrze, że to je wykorzystywałam na bieżące wydatki, których nie miałam wiele. Byłam szczęściarą, bo mieszkając praktycznie w pubie nie płaciłam za wynajem mieszkania, tylko groszowe sprawy za prąd, wodę i jedzenie, chociaż i tak wszyscy jak jeden mąż zazwyczaj wyjadali rzeczy zaopatrzenia pubu. Trochę szkoda było mi Jacka, że musiał zapłacić nawet na cztery tygodnie, w czasie których byłam na zwolnieniu po operacji. Proponowałam mu, że może tylko połowę, ale uparł się, że nie, zrobimy wszystko tak, jak ma być, żeby potem nie miał chaosu w papierach. Z czasem uzbierała mi się całkiem niezła sumka, schowana w szufladzie, gdzieś między skarpetkami i to ona dawała mi tą pewność, że w razie czego nie skończę z pustymi rękami. A za nosiło się na to, że "w razie czego" właśnie nadeszło.
W poniedziałek w południe Jack zawołał nas wszystkich na dół na, jak to on nazwał, zebranie. Po jego minie było widać, że coś jest nie tak, więc z Evą, Liz i Dave'm spoglądaliśmy po sobie niepewnie.
- Dzieciaki, sprawa jest taka... - zaczął uważnie dobierając słowa. - W pewnym sensie jest mi bardzo przykro to powiedzieć, ale z drugiej... No, z drugiej robię to, co zawsze chciałem...
- Wstawiasz rurę i zatrudniasz tancerkę? - spytał Dave, za co dostał od Liz w łeb.
- Nie - zaśmiał się Jack.
- Jack, co się dzieje? - spytałam.
- Jak wam to powiedzieć... - zamyślił się.
- Szybko, od początku i po kolei? - zaproponowała Eva.
- Sprzedaję pub - wyrzucił z siebie szybko.
- Co?! - krzyknęliśmy chórem.
- Jack, jeśli znowu mamy problemy finansowe, wystarczy słowo, a pogadam z Nathanem i The Wanted znowu zagrają koncert - powiedziałam.
- Nie, nie chodzi o to, pub dobrze się utrzymuje.
- To o co? - spytała Liz.
- Wyjeżdżam do Australii - oświadczył już spokojniej.
- Co?! - znowu krzyknęliśmy.
- Masz na myśli Australię kontynent, czy jest gdzieś w Anglii miała wioska, która się nazywa Australia? - spytałam.
- Australia kontynent. Dajcie mi wszystko wyjaśnić.
- Daj mi piwo - powiedział Dave, wskoczył na bar i wziął pięć piw, po jednym dla każdego.
- W styczniu wyjeżdżam do Australii, mam już kupiony bilet - uniósł rękę, widząc, że zbieramy się do następnego zbiorowego "Co?!". - Mówiłem wam, że od kilku lat jest tam mój brat, który w zasadzie jest moją jedyną rodziną. I jego rodzina jest tam z nim. Zaproponował, żebym do nich dołączył. Nie mam nic do stracenia, nic mnie tutaj nie trzyma, więc się zgodziłem - wzruszył ramionami.
- A co z pubem? - spytała Liz.
- Mam już kupca, który złożył bardzo dobrą ofertę i zgodził się zostawić nazwę "U Jacka" cokolwiek nowego by tu nie otworzył. Jego cena jest na tyle dobra, że część pieniędzy dostanie się wam.
- Właśnie. Co z nami? - zapytała Eva.
- No i tu już był większy problem - Jack lekko się zasmucił. - Próbowałem o tym rozmawiać, ale kupiec chce sam skompletować kadrę i... i zrobić remont, żeby oba piętra wykorzystać do celów użytkowych, więc... - widać było, że słowa te przychodziły mu z pewnym trudem - przepraszam, ale musicie zacząć szukać sobie nowych mieszkań i pracy.
Zapadła cisza.
- Dzieciaki, proszę, zrozumcie mnie - spojrzał na nas smutno.
- Jack, nie martw się o nas - powiedziała Liz.
- Zrobiłeś dla nas tak wiele, teraz czas, żebyś zrobił coś dla siebie - dodałam.
- Więc nie jesteście na mnie źli? - spytał.
- Oczywiście, że nie. Jest nam smutno, to prawda, ale nie jesteśmy źli.
- Chwila... - zamyślił się Dave. - Skoro nas zwalniasz będziesz musiał dać nam odprawę - zatarł dłonie.
- Boże, ten tylko o jednym - wywróciła oczami Liz.
- Mam dzisiaj wolne? - spytałam.
- Tak, pracowałaś cały weekend. Wychodzisz gdzieś? - spytał Jack.
- To, że nie jestem zła, nie znaczy, że nie mogę się napić z rozpaczy spowodowanej utrata pracy i dachem nad głową - poszłam na górę po torebkę i po chwili zleciałam na dół.
- To gdzie idziesz? - spytał Dave.
- Do The Wanted, może nie rozwiało ich wszystkich po rodzinach...
- Myślałam, że Nathan pojechał do mamy - powiedziała Liz.
- On tak, ale jest jeszcze Jay...
- Jay zaraz przychodzi tu - wtrąciła Eva.
- Jest jeszcze Max, chociaż on pewnie znowu siedzi w Manchesterze, jest Siva i Tom, a jeśli nie to zawsze jest Kelsey. Na razie! - wyszłam i założyłam słuchawki na uszy.

Na miejscu było tak, jak myślałam, Tom i Siva, z Jayem minęłam się w drzwiach a Max był w Manchesterze.
- Jules, myślałem, że nie zobaczymy cię przez najbliższy tydzień - powiedział Tom na mój widok.
- Też tak myślałam, ale jestem bezrobotna - odpowiedziałam siadając na kanapie.
- Co?! - krzyknęli równocześnie, jednocześnie czyniąc "Co!?" słowem dnia.
- Jack wyjeżdża w styczniu do Australii i sprzedaje pub, a nowy właściciel chce sam skompletować kadrę i oba piętra wykorzystać jako lokal.
- Co zamierzasz zrobić? - spytał Siva.
- Nie wiem. Dowiedziałam się tego godzinę temu. W ogóle... - rozejrzałam się wokół - czemu tu jest brudniej niż zwykle? - spytałam.
- Yolanda odeszła - powiedział Seev z głupią miną.
- Sama odeszła czy wy ją zwolniliście?
- Sama - odpowiedział zawstydzony Tom.
- Widzę po waszych minach, że coś zmajstrowaliście, przyznawać się.
- Skoro nie było nas trzy tygodnie stwierdziliśmy, że nie ma sensu, żeby przychodziła trzy razy, skoro nie zdążymy nabrudzić, więc powiedzieliśmy, że wystarczy, że przyjdzie w ostatnią sobotę przed naszym powrotem - wyjaśniał Siva. - No i przyszła i powiedzmy, że... miała trochę roboty - zerknął na Toma.
- Parker, co zrobiłeś?
- W dzień wylotu do Dublina zrobiłem sobie kanapkę, ugryzłem kawałek i poszedłem się zbierać i powiedzmy, że zapomniałem o niej i leżała prawie trzy tygodnie na blacie w kuchni.
- O Boże... - złapałam się za głowę.
- I... - wyciągał z niego Seev.
- I jak biegałem po domu, wytrąciłem Sivie z ręki szklankę z mlekiem i zapomniałem powycierać.
- O Boże... - powtórzyłam. - I to tak leżało do jej przyjścia? Szczerze to się jej nie dziwię. I tak długo wytrzymała.
- Dobra, koniec o Yolandzie. Jesteś praktycznie bezrobotna i bezdomna, chcesz się napić? - Tom sprytnie zmienił temat.
- Nie wiem. Tylko piwo. Miałam w planach się z wami upic, ale chyba pójdę na zakupy.
- I kto będzie za tobą torby nosił, jak BabyNath jest w Gloucester? - krzyknął z kuchni Tom.
- Sama sobie ponoszę! - odkrzyknęłam. - Co ty, myślisz, że ja nie umiem toreb nieść?
- O wilku mowa - powiedział Siva patrząc na wyświetlacz dzwoniącego telefonu. - Siema, Nath - odebrał. - Jules jest, chcesz z nią pogadać?
- Nie! - krzyknęłam i zaczęłam machać, żeby nie dawał mi telefonu.
- Czemu oboje krzyknęliście "nieeee"? - spytał Mulat. - Aaa, rozumiem - odpowiedział po dłuższej chwili, kiedy Nathan pewnie tłumaczył mu o co chodzi. - Co, jakiego maila? Nie, nie czytałem, zaraz sprawdzę... dzięki za info.
- Jaki mail? - spytał Tom wracając z piwem z kuchni.
- Podobno dostaliśmy maila od Scootera - powiedział wpisując coś w laptopie, Tom zaraz pochylił się obok niego.
- Szczerze to mi się nie chce - powiedział zaraz.
- Co ci się nie chce? - spytałam.
- Lecieć do Los Angeles.
- Co? Po co i kiedy?
- Za tydzień, mamy się spotkać ze Scooterem, nowym managerem.
- Świetnie... - mruknęłam.
- Przecież mieliście siebie dosyć z Nathem, dlatego jest w Gloucester.
- Jest w Gloucester, bo czasami musi odwiedzić rodzinę. Poza tym, to co innego, kiedy jest dwie godziny drogi od Londynu, a kiedy jest w LA, które jest osiem godzin do tyłu...
- Nathan ma załatwioną też wizytę u lekarza w LA.
- Może chociaż ten powie mu konkretnie, co mu jest - mruknęłam.
- Jules, to nie jest takie proste. Teraz zbada go najlepszy lekarz od tych spraw w Los Angeles i już na pewno będzie wiadomo, co mu jest - powiedział Siva.
Gadałam sobie z nimi, ale w głowie szybko kojarzyłam i obmyślałam plany. Jeśli lekarz zbada go w LA, dojdzie łaskawie do tego, co mu jest, przyjmijmy, że znajdzie jakieś leczenie czy coś, leki czy cokolwiek, Nathan albo będzie siedział cały czas w LA, albo latał w tę i z powrotem jak nienormalny, więc obstawiam tą pierwszą opcję. A ja nie zamierzam siedzieć jak ofiara i niepokoić się co z jego głosem. Fakt, po czterech tygodniach non stop razem potrzebowaliśmy przerwy, ale to naturalne.
- Muszę lecieć, dzięki za piwo - postawiłam pustą butelkę na stole.
- Co cię tak nagle ruszyło?
- Muszę coś załatwić, pa! - dałam każdemu buziaka w policzek i poleciałam jak na skrzydłach do siebie.
Było dosyć dużo ludzi w barze, więc niezauważenie przeszłam na górę i włączyłam laptopa. Dobra, co tu trzeba zrobić, żeby dostać wizę amerykańską w Wielkiej Brytanii...
 
***
W środę jeden Sykes wymiękł. Tylko nie ten, który powinien. Zmywałam naczynia, mój telefon leżał koło Evy, która aktualnie uprawiała opierdaling.
- Sykes dzwoni - powiedziała, wyciągając telefon w moją stronę.
- W końcu! Wiedziałam, że pierwszy wymięknie - wytarłam szybko ręce i wzięłam od niej telefon. - Ty małpo! - rzuciłam w nią ścierką, gdy zobaczyłam, że na wyświetlaczu pisało "Jess Sykes". - Hej, Jess.
- Hej, Jules. Czemu mój brat po prostu do ciebie nie zadzwoni, tylko sprawdza telefon co piętnaście minut?
- Haha, wymięka, od sprawdzania telefonu się zaczyna.
- Jakbyś ty tego nie robiła - mruknęła Eva.
- Ale czemu nie może zadzwonić?! - spytała Jess.
- Założyliśmy się, które pierwsze się odezwie.
- Hmm... To załóżmy, że żadne z was nie zadzwoni, ani nie napisze, Nathan wróci do Londynu i co wtedy?
- Emm... - zaczęłam kombinować nad jakąś sensowną odpowiedzią, a w słuchawce usłyszałam jakiś... szum?
- Dobra, niech ci będzie, że wygrałaś - usłyszałam Nathan z jego zachrypłym głosem.
- Ha, wiedziałam! - zaczęłam podskakiwać w triumfie.
- Przegrał? Co za baba... - Eva złapała się za głowę. Od początku wiedziałam, że kibicuje Nathowi.
- Dobra, przestań się tak perfidnie cieszyć - powiedział. - Wracam jutro do Londynu ostatnim pociągiem, ale raczej zobaczymy się dopiero rano i muszę z tobą porozmawiać.
- Brzmi poważnie...
- Bo może być poważne... Jadę w poniedziałek do Los Angeles.
- Tak, wiem, gadałam wczoraj z Sivą i Tomem, masz umówioną wizytę u specjalisty.
- Tak, chodzi też o to, że nie wiem, co z tej wizyty wyniknie i jak długo będę musiał zostać tam zostać. Nie ważne, pogadamy jak wrócę.
- Ok...
- I wiesz, ten zakład, to był najgłupszy pomysł pod słońcem.
- Był genialny! Mówisz tak, bo przegrałeś!
- Wmawiaj sobie, co chcesz.
- Muszę wracać do pracy, póki jeszcze ją mam.
- Co? Co się dzieje, Jules? - wcześniej chyba siedział, bo wyraźnie było słychać, że się podniósł.
- Pogadamy, jak wrócisz. Pa...
Odłożyłam telefon na miejsce i wróciłam do zmywania.
 
Nathan pojawił się w moich drzwiach w piątek przed południem i zanim cokolwiek powiedział pocałował mnie na powitanie. Dobra, może to było trochę zbyt długie, żeby uznać to za buziak na dzień dobry.
- Dobra, mów, co się dzieje - powiedział.
- Dzieje z czym?
- Mówiłaś, że z pracą coś nie tak...
- A to... Jack jedzie w styczniu do Australii i sprzedaje pub. Jestem praktycznie bezrobotna i bezdomna - wzruszyłam ramionami. 
 - Ej, nie martw się, nie ma takich rzeczy, z którymi byśmy sobie nie poradzili - objął mnie ramieniem. Uśmiechnęłam się lekko. 
- Jak twoje gardło? - spytałam. 
- Boli. Czuję, jak z każdym dniem się pogarsza. I o tym musimy porozmawiać. Jedziemy tam poznać się ze Scooterem, zrobić teledysk, dowiedzieć się w końcu, co z moim gardłem... Niby mamy tam siedzieć tydzień, dwa, ale tak naprawdę nie potrafimy przewidzieć, co się stanie i gdyby okazało się, że to coś poważnego i muszę siedzieć w Los Angeles, to chciałbym cię mieć przy sobie. Więc chyba byłoby dobrze, gdybyś wyrobiła wizę. 
 - Nathan chciałabym, ale to nie jest takie proste... Trzeba dostać się na rozmowę do ambasady, trzeba mieć kupione bilety lotnicze, rezerwację hotelu i przede wszystkim powód. 
- Jules, nieważne co, damy radę - złapał mnie mocno za rękę. 
 - Kelsey i Nareesha jadą z wami? 
- Nareesha chyba tak, chociaż nie jestem pewien, bo zaczęła szaleć ze ślubem. 
 - Już? 
- Jest październik, chcą go zrobić latem, więc trzeba zabrać się za to już teraz. Tak mi to mówił Siva. 
- No niby racja. 
 - To co chciałabyś dzisiaj robić? - spytał. 
- A możemy tylko siedzieć i po prostu być? Nic nie robić. Przez tyle tygodni prawie cały czas coś robiliśmy, jechaliśmy tourbusem, miałeś wywiady, próby dźwięku, koncerty i tak w kółko, potem pojechałeś do Gloucester, a ja pracowałam, pracowałam, pracowałam... Chcę robić nic.
- Pewnie, cokolwiek chcesz - objął mnie i pocałował w czoło. 
Takim sposobem piątek spędziliśmy na nicnierobieniu, które doprowadziło do tego, że Nathanowi nawet nie chciało wracać się do domu i spał u mnie, rozstaliśmy się dopiero w sobotę po południu, kiedy nadeszła moja zmiana za barem. Pracowałam do zamknięcia, w niedzielę obudziłam się w południe, wzięłam prysznic i poszłam do Nathana, sam przecież się nie spakuje. 
- Hello, Jules! - drzwi otworzył mi Tom. 
- Siema, Parker - przybiłam z nim piątkę wchodząc do środka. 
- Twój mężczyzna pakuje się w swoim pokoju. 
- Dziękuję ci za tą jakże ważną informację, bez ciebie bym na to nie wpadła - ukłoniłam się mu nisko. - Siema chłopaki! - machnęłam ręką Sivie i Jayowi - O, i Nareesha. Już spakowana?
- Spakowana gdzie? - zdziwiła się. 
- No do Los Angeles. 
- Nie, kochanie, tym razem zostaję w Londynie. Mam dużo pracy, poza tym jestem już umówiona z konsultantem ślubnym. 
- Szybko działasz - uśmiechnęłam się. - Idę na górę zanim Nathan załaduje pół walizki czapkami.
Po kilku sekundach zapukałam do drzwi pokoju chłopaka. 
- Taa? - usłyszałam.
- To ja - powiedziałam wchodząc do środka. 
- O Cześć - ucieszył się na mój widok, podszedł i czule mnie pocalował. - Z nieba mi spadłaś - kiwnął głową w stronę rozłożonej na łóżku walizki.
- Nie z nieba, po prostu z Polski i zaraz się tym zajmiemy - powiedziałam ściągając kurtkę. - A tak poza tym wydaje mi się, że człowiek, który podróżuje tyle co ty, powinien umieć się spakować. 
- To niech ci się nie wydaje - dał mi kuśkańca w bok.
- Wiecie, ile tam będziecie? - spytałam. Chłopak pokręcił głową. - Damy sobie radę - podciągnęłam rękawy od swetra. - Ale szczerze, wiem, że Yolanda odeszła, ale to nie znaczy, że nie możecie sami po sobie posprzątać. Albo zatrudnijcie kogoś nowego, niedługo utoniecie w tym kurzu.
- Przez jakiś czas raczej ta pierwsza opcja - mruknął wyciągając z szafy kolejne koszulki.
- Czemu? Wiem, że wasz dom to wyzwanie, ale myślę, że za odpowiednią opłatą znajdzie się ktoś szalony - zaśmiałam się. 
- Chyba będziemy się wyprowadzać - powiedział. 
- Co? Gdzie? Co jest nie tak z tym domem?
- Kochamy się z chłopakami, ale to już cztery lata. Możemy mieć zespół mieszkając osobno. Zresztą Siva większość czasu spędza u Nareeshy, albo ona tu, Tom z Kelsey, Max non stop siedzi w Manchesterze... Więc w styczniu chyba się wyprowadzamy. 
- To będzie takie dziwne... - stwierdziłam. - Wy niemieszkający razem. To było takie wygodne jeśli akurat ciebie nie było, to był Tom albo Max, ten dom zawsze był pełen życia, a teraz co... tak się rozjedziecie i... to już nie będzie to samo.
- Wiem, ale trzeba ruszyć. Siva i Nareesha są razem pięć lat, chcą w końcu zamieszkać razem, zapewne jeszcze przed ślubem. Dorastamy i czas znaleźć sobie coś swojego - wzruszył ramionami.
- Będzie dobrze. Ty kupisz mieszkanie, ja coś wynajmę, pomyśl tylko o braku współlokatorów i o możliwościach jakie to daje - przyciągnęłam go do siebie za sznurki od bluzy.
- Chyba wiem, co masz na myśli - szepnął muskając ustami moje ucho i zjeżdżając nimi na moją szyję. 
Usłyszałam tupanie na schodach. 
- Uwaga - powiedziałam - trzy, dwa, jeden... - drzwi otworzyły się i stanął w nich Tom.
- Skąd wiedziałaś? - zdziwił się Nathan.
- Kobieca intuicja - wzruszyłam ramionami. - Co tam, Tom?
- A nic, miałem przeczucie i chciałem wam tylko przeszkodzić - zaśmiał się i zamknął drzwi.
- I on jest pięć lat starszy? - spytał Nathan patrząc z poker facem na zamknięte drzwi.
- Hmm.. Ludzie różnie dojrzewają - stwierdziłam wyciągając z walizki kolejne fullcapy. - Za każdym razem to samo... 
- Pozwól, że nie przypomnę ci, ile par butów wzięłaś na trasę. 
- Buty - powiedziałam z palcem wystawionym ostrzegawczo - to co innego. Nie porównuj moich butów do twoich czapek. Poza tym wcale nie miałam ich tak wiele. Capitan America czy Superman - wystawiłam dwie czapki.
- Nie. W ten sposób dokonamy selekcji. Będziesz wybierał jedną z dwóch, aż dojdziemy do sensownej liczby. Więc? 
- Hmmm... - długo się zastanawiał. - To takie ciężkie. 
- Nathan, nie masz ich spalić czy oddać biednym, tylko zostawić w domu na jakiś czas - cierpliwość powoli mi się kończyła. 
- Ty zdecyduj - machnął ręką. 
- To bierzesz Supermana - wrzuciłam czapkę do walizki. - Wybiorę ci pięć. 
- Co?! - odwrócił się gwałtownie. 
- Nathan... Zaraz wyjdę z siebie i stanę obok... 
- Dobra, już dobra, rób, co chcesz - uniósł obronnie ręce. - Może ja w ogóle siądę sobie z boku, a ty sama to zrobisz?
- Tak, tak będzie lepiej i szybciej, jeśli nie będziesz "pomagał" - nakreśliłam w powietrzu cuszysłów.
- Jesteś wredna! - krzyknął przez co jego głos zrobił się bardziej skrzeczący.
- Nath, bez takich akrobacji głosem. W ogóle nie powinieneś mówić. A teraz usiądź sobie i daj mi cię spakować. 

Zrobiłam to oczywiście szybciej i lepiej niż on.  
- O której macie samolot? - spytałam.
- Jedenasta z kawałkiem. Tak sądzę. 
- Czyli musicie być na lotnisku koło dziewiątej? 
- Ta... Musimy wyjechać przed ósmą, bo poranne korki i w ogóle. Pożegnamy się dzisiaj, nie ma sensu, żebyś zrywała się z rana.
- Okej... Tylko zadzwoń jak będziesz na miejscu i koniecznie, kiedy lekarz powie ci, co jest z twoim gardłem. I w ogóle dzwoń. 
- Pewnie, że będę dzwonił, mała - przytulił mnie. - A ty masz się nie przepracowywać, pracować tak, jak wychodzą ci zmiany i nie martwić się za bardzo, jasne?
- Spróbuję - powiedziałam cicho.
- Ej - odsunął się ode mnie i spojrzał na mnie - tylko mi tu nie płacz - otarł mi pierwszą łzę.
- Oj wiesz, że jestem płaczkiem - zaśmiałam się. 
- Wiem, wiem - pogłaskał mnie po policzku. - Co chcesz robić, póki mamy jeszcze trochę czasu?
- Możemy posiedzieć z resztą na dole? - zaproponowałam.
- Panie przodem - podszedł i otworzył drzwi.

*** 
Siedziałam z nimi do jedenastej, później Nathan zamówił mi taksówkę i wróciłam do siebie. Wcześniej zadzwonił do nich ich manager w USA i powiedział, że Nathan ma wizytę zaraz po przylocie. Po standardowej wymianie zdań, że nie interesuje mnie, która będzie godzina, jak wyjdzie od lekarza, może być środek nocy w Anglii, ale ma do mnie zadzwonić, Tom zapewnił mnie, że nawet on zadzwoni, byle byśmy się w końcu zamknęli. 

Rano Nathan zadzwonił do mnie krótko z lotniska, a potem cały dzień siedziałam jak na szpilkach z telefonem obok siebie, co jest bez sensu, bo Nath zadzwoni w środku nocy. Popracowałam do zamknięcia, a że to poniedziałkowa noc, to skończyłam o pierwszej. Wyjątkowo po pracy poszłam się umyć, zwykle robiłam to rano, bo byłam po prostu zbyt zmęczona. Ale nie tym razem, musiałam zająć się czymś, żeby nie zasnąć. Jak tylko wyszłam z łazienki i rozczesałam umyte włosy zadzwonił telefon. 
- Cześć, w końcu, no i jak? - odebrałam. 
- Nie jest dobrze - wychrypiał.


NIE PODOBA MI SIĘ TEN ROZDZIAŁ... NIE DOŚĆ, ŻE PISAŁAM GO DWA TYGODNIE TO JESZCZR WYSZŁO TAKIE BEEE... ALE MAM JUZ KAWAŁEK NASTĘPNEGO I POWINIEN BYĆ LEPSZY.

CO DO NOMINACJI DO LIEB COŚ TAM AWARDS ZAJMĘ SIĘ NIMI JUTRO :) XXX



poniedziałek, 3 czerwca 2013

The Wanted Life

To jeszcze nie rozdział, ale jakby ktoś chciał, znalazłam The Wanted Life. Jakość nie jest jakaś mega, ale lepsze to niż nic :)
Mi osobiście nie spodobało się, jak pokazana została Nareesha. To oczywiste, że produkcja przy tym majstrowała, pokazali tylko to, co chcieli i Nareesha wygląda jak wredna małpa, która chce Sivę tylko dla siebie. W wywiadzie Siva powiedział, że Naree bardzo go wspiera i pcha go do przodu w tym, co robi, a tu jest pokazane, że niby odcina go od grupy, a reszta zespołu jakby się z choinki urwali i nagle im to przeszkadza. Spoiler. Jest taki moment w pubie, są tylko chłopcy bez Sivy i obgadują ich i to równo, a najbardziej dziwi to, co mówi Jay, zwłaszcza, że on i Nareesha są blisko, tak samo Nareesha i Nathan, ale ten powiedział coś chyba na ich obronę, ale nie zrozumiałam ;/.
To po prostu takie smutne i jestem taka zła i wściekła... Miałam pisać rozdział na drugiego bloga, ale teraz za bardzo mną trzęsie :(

Komentujcie, będziemy mogli przeprowadzić małą dyskusję na ten temat w komentarzach :) xxx

niedziela, 2 czerwca 2013

50. Rostania i powroty.

Czułam się, jakby ktoś uderzył mnie czymś ciężkim i twardym w głowę. Tak strasznie bolała... Leżałam plackiem w łóżku, a czułam się jak na karuzeli. Otworzyłam leniwie jedno oko. W pokoju panował półmrok, zasłony były szczelnie zaciągnięte. Westchnęłam głęboko i powoli usiadłam na łóżku. Byłam obrócona tyłem do fotelu, dlatego nie zobaczyłam siedzącego na nim Nathana, który podszedł do mnie z wodą.
- Dzięki - wychrypiałam i przyssałam się do butelki.
Spojrzałam na Natha. Przyglądał mi się z troską.
- Chyba powinniśmy porozmawiać - powiedział.
- Mogę najpierw się umyć?
- Jasne.
Powoli podniosłam się i poszłam do łazienki. Wyglądałam jak siedem nieszczęść. Porównywalnie do tego, jak prezentowałam się, kiedy pochorowałam się na radiotour. Zmyłam resztki rozmazanego makijażu, umyłam zęby, w międzyczasie wanna napełniała się wodą. Zanurzyłam się w wodzie po samą brodę i próbowałam zebrać myśli, co w moim stanie było bardzo ciężkie. Chyba czas przestać zachowywać się jak rozkapryszeni nastolatkowie, poważnie porozmawiać i podjąć dorosłe decyzje...
Po kąpieli owinięta puchowym szalfrokiem wróciłam do pokoju. Nathan chodził w tę i z powrotem po pokoju, przestał, kiedy otworzyłam drzwi. Uśmiechnęłam się lekko i usiadłam na łóżku, Nath obok mnie. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało.
- Dobra, może ja zacznę - zebrałam się w końcu na odwagę. - Nathan, wiem, że ta cała sprawa z gardłem jest dla ciebie ciężka, nie wiesz, co się będzie i w ogóle, ale musisz zrozumieć, że to jest tak samo ciężkie dla mnie. Muszę cię wspierać.  Chcę cię wspierać i być przy tobie, ale nie ułatwiasz mi tego mówiąc, że nie odpychasz mnie, a potem tego samego dnia idąc się napić pomimo leków. W pewnym sensie też chciałam, żebyś znowu mnie zauważył. Żebyś zobaczył, że ja też mogę iść i się zalać, że ja też mam uczucia i że boli mnie twój stosunek do mnie, chociaż na wszystkie możliwe sposby próbuję to usprawiedliwić...
- Jules, ja wiem... - złapał mnie za dłoń. - Ja wiem, że zachowywałem się jak dupek, rozumiem, że mogłaś poczuć się odtrącona. Ja sam traktowałem moje gardło jako usprawiedliwienie na wszystko. Rozmawiałem wczoraj z mamą i dopiero wtedy zrozumiałem, że zachowywałem się jak gnojek i naprawdę powinienem cię teraz nosić na rękach za to, że to znosiłaś, zwłaszcza przez ostatnie dni. Wiem, że to było strasznie głupie, kiedy przedwczoraj poszedłem się napić, ale ty nawet wtedy mnie nie zostawiłaś i byłaś przy mnie. Przepraszam, Jul. Kocham Cię - powiedział cały czas patrząc mi głęboko w oczy.
- Też cię kocham - przytuliłam go mocno.
Jak to zawsze miałam w zwyczaju, zaczęłam się zaciągać zapachem jego perfum. Zawsze to uwielbiam, ale w moim obecnym stanie przyniosło trochę odmienny efekt. Delikatnie odepchnęłam od siebie Nathana i pobiegłam do łazienki zwymiotować. Nath stanął w drzwiach, kiedy płukałam usta.
- Poszalałaś wczoraj, co? - spytał.
- Aż za bardzo - powiedziałam gorzko nakładając pastę na szczoteczkę do zębów.
- Ubierz się, zejdziemy na śniadanie.
- Nie sądzę, żebym dzisiaj zjadła cokolwiek - wymamrotałam z buzią pełną piany.
- To chociaż zejdź ze mną na dół, żebym przestał być tym złym.
Wyszorowałam zęby i wypłukałam usta.
- I tak jesteś - powiedziałam przechodząc obok niego. - Ale niech ci będzie. Daj mi chwilę, tylko się ubiorę.
- Chwila... Musisz zapoznać się ze znaczeniem tego słowa - rozłożył się na łóżku.
Po dłuższej chwili byłam gotowa, ubrana i pomalowana, ale nawet makijaż nie mógł ukryć mojego stanu.
- Wiesz, tak myślałem - zaczął Nathan w windzie - może po powrocie pojechałbym na tydzień do Gloucester. Chcesz jechać ze mną? - spytał, ale nie brzmiał, jakby chciał usłyszeć "tak" w odpowiedzi.
I stąd wiedziałam, że w tym momencie czuje to, co ja - ten moment, kiedy jest się z kimś i jest się szczęśliwym, ale ma się siebie za dużo i potrzeba oddechu.
- Nie, wiesz, myślę, że muszę trochę popracować w końcu. Nie byłam w pracy całe wieki...
Tak, tydzień bez siebie to było to, czego nam było trzeba.
- Myślisz o tym co ja, prawda? - spytał.
- Że tydzień w odległości Gloucester - Londyn dobrze nam zrobi? Mam pomysł! - krzyknęłam pod wpływem chwili. - Sprawdzimy, kto pierwszy wymięknie!
- To znaczy?
- Zero dzwonienia, smsów, tweetów.
- Pierwsza zadzwonisz - powiedział pewnie.
- Jeszcze zobaczymy - stwierdziłam z wyższością i wyszłam pierwsza w windy.
Weszliśmy do hotelowej restauracji, byli tam Nareesha z Sivą i Tom.
- Czyżby ktoś się pogodził? - spytał Siva.
- A ktoś był pokłócony? - udałam niewiniątko. - Kelsey dalej chora? - spytałam.
- Już czuje się trochę lepiej, ale do zdrowia jeszcze daleko - powiedział Tom.
- Chwilę temu wyszedł Martin. Nathan, masz dzisiaj playback. I prawdopodobnie do końca trasy - poinformował Siva.
Nathan automatycznie się zachmurzył.
- To tylko cztery koncerty - ścisnęłam jego rękę.
Po chwili na stole wylądowała jego jajecznica i moja woda.
- Ty nie jesz? - spytała Nareesha.
- Nie dzisiaj - mruknęłam.
- Uuuu, ktoś ma kacyk - zawył Tom.
- Nie drzyj się tak, błagam... - złapałam się za głowę.
- Może jednak chcesz trochę? - spytał Nathan.
Pokręciłam głową i napiłam się wody. Dopiero teraz zorientowałam się, że liczba talerzy się nie zgadza.
- Czyi jest ten talerz z bekonem? - spytałam.
- Maxa - powiedział Tom i kiwnął głową w stronę oszklonych drzwi wejściowych do hotelu, gdzie stał Max i rozmawiał przez telefon.
- Z kim on tak nadaje? - zapytał Nath.
- Z Michelle - powiedziała Nare.
- Z Michelle?! - zdziwiliśmy się z Nathanem.
- Przecież to grubo ponad rok... - westchnął Nath.
- Czy ona nie umawia się z Markiem jakimś tam? - spytałam.
- Zerwali niedawno - oznajmił Siva.
- Myślicie, że oni znowu? - popatrzył po nas Tom.
- Nawet jeśli to skończyłoby się tak samo - stwierdził Nathan. - Mich ma serial, nie może latać wszędzie z Maxem, poza tym podróżujemy więcej niż rok temu. A to właśnie przez odległość najpierw zerwali zaręczyny, a potem rozstali się definitywnie.
- Aleś ty romantyczny - mruknęłam.
- Cicho, wraca - upomniał nas Tom.
- Oh, witam panno Miller - powiedział Max o wiele głośniej niż to było konieczne.
- Przestań się drzeć - poprosiłam wyraźnie akcentując każde słowo.
- Czyżby kac? Na pewno teraz masz ochotę na ten pyszny, świeżo usmażony bekon. - wyciągnął rękę w moim kierunku. - Czujesz jak pachnie?
Nie chciałam, ale poczułam nie tylko zapach bekonu, ale też jak woda, bo tylko ją spożyłam, podnosi mi się w przełyku.
- Koniec, wychodzę - wstałam od stołu, zgarnęłam kartę do pokoju, przechodząc obok Maxa szepnęłam - dupek.
- I tak się odpłacasz za opiekę wczoraj?! - krzyknął za mną.

Soundcheck i koncert były prawdziwą męczarnią, mimo że nie wychyliłam głowy z garderoby, i tak odczuwałam każdy dźwięk, wszystko się tak strasznie niosło. Cały dzień niejedzenia poskutkował podskoczeniem apetytu w drodze do Brukseli, kiedy już w miarę wróciłam do żywych. Dosłownie musiałam się bić z Tomem o ostatnią paczkę chipsów, czego Jay oczywiście nie zapomniał uwiecznić kamerą.
- Wanted Wednesday jak znalazł - stwierdził z uznaniem.
- Ani mi się waż - zagroziłam mu palcem.
- Myślę, że zaryzykuję - powiedział po udawanym zastanowieniu.
- Nathan! - pisnęłam i tupnęłam nogą. - Powiedz mu coś!
Sykes rozbawiony wzruszył ramionami i napił się herbaty.
Rozmowa Maxa z byłą dziewczyna sprawiła, że nawet nie wiem, kiedy w hotelu w Kopenhadze zaczęłam oglądać ich zdjęcia w internecie.
- Co tam oglądasz? - spytał Nathan siadając obok mnie i zaglądając do laptopa. - Max i Michelle? Serio?
- Oj, no co... Tylko popatrz na nich.
- No patrzę i co?
- Pomyśl o Sivie i Nareeshy. Albo Tomie i Kelsey. Potrafisz sobie wyobrazić ich z kimś innym? Tak samo ja nie potrafię myśleć o Maxie i Michelle z kimś innym.
- No przez kilka miesięcy trzeba było myśleć o Michelle z Markiem, więc...
- A idź ty - machnęłam na niego ręką. - W ogóle tego nie rozumiesz.
- To ty nie rozumiesz, Jules. Rozstali się, ale nie zrobili z tego szopki, jakiś czas później ktoś zrobił zdjęcie, jak fanka za bardzo się wczuła i pocałowała Maxa w usta i wyszła afera, że rozstali się, bo zdradzał Michelle. Nawet nie wiesz, ile to za nim chodziło. Max tego nie okazywał, ale wszyscy wiedzieli, że było mu ciężko i jeszcze długo kochał Mich. A kiedy teraz w końcu mógł zacząć ruszać do przodu, ona dzwoni. I nie zrozum mnie źle, uwielbiam ją, miała dobry kontakt z moją siostrą, mimo, że dzieli je prawie dziesięć lat, ale czas ruszyć do przodu.
- Dobra, może masz trochę racji - powiedziałam po namyśle i zamknęłam kartę przeglądarki.
- Nie może, tylko mam - położył się i założył ręce za głowę.

Po Kopenhadze przyszedł czas na Oslo i Helsinki, do tych ostatnich polecielśmy jednak samolotem. Koncerty były dla Nathana ciężkie, nie przez gardło, ale przez fakt, że leciał na playbacku i wszyscy o tym wiedzieli, bo każdy zdaje sobie sprawę, że Nathan brzmi inaczej na żywo. Nie wiem, co powiedziała mu jego mama, ale poskutkowało, bo w porównaniu do jego zachowania w dniu, w którym zwiał z pokoju do klubu, nastąpiła w nim zmiana na dobre. A raczej nie zmiana, tylko znowu był taki jak przedtem, z tą różnicą, że mówił trochę mniej.
W samolocie do Londynu siedziałam między Maxem a Nathanem. Nathan wymęczony ruszaniem ustami zasnął, a ja postanowiłam wykorzystać ten czas na mały wywiad.
- Max? - spytałam.
- Tak? - podniósł głowę znad książki.
- Mogę cię zapytać o coś... osobistego?
- Wal śmiało, siostro.
- Słyszałam, że w Amsterdamie rozmawiałeś z Michelle... - zawahałam się czy aby jednak dobrze robię.
- Czemu nawiązujesz do tego prawie tydzień później? - spytał.
Kiwnęłam głową na Nathana.
- On mi zabronił - powiedziałam.
Max zaśmiał się lekko.
- Ja i Mich... Wiesz, mieliśmy coś i to było ważne. Nie udajemy, że się nie znamy, ale też nie próbujemy być najlepszymi przyjaciółmi. Czasami po prostu rozmawiamy, żeby dowiedzieć się, co u nad słychać - wyjaśnił. - Tylko nie zawsze mówię o tyk chłopakom. Teraz nie mieliśmy kontaktu przez dosyć długi czas, dlatego się zdziwiłem, kiedy zadzwoniła.
- Mogę spyta the o coś jeszcze? - zapytałam i szybko tego pożałowałam.
- Pewnie. Nie śmiało - ponaglił, kiedy przez dłuższy moment się nie odzywałam. - Kochasz ją jeszcze? - jestem mistrzem nietaktu i niedyskrecji.
Max zamiast odpowiedzieć rozpiął zamek bluzy i wyciągnął lekko rękę z rękawa, tak że było widać jego tatuaż.
- Widzisz to? "Shell"?
- To od... - zawahałam się. - Od Chelle. Od Michelle.
- Brawo Sherlocku - zaśmiał się. - Chodzi o to, jakaś część mnie zawsze będzie ją kochać, zawsze będzie dla mnie bliska, ale to nie znaczy, że nie mogę ruszyć na przód i pokochać kogoś innego, rozumiesz?
- Tak - pokiwałam głową. - Tylko nie mów Nathowi, że wypytywałam cię o to.
- Jasne, to zostaje między nami - uśmiechnął się.

Po wylądowaniu w Londynie Nathan odciągnął mnie na bok. Lekko się przestraszyłam, że jednak nie spał i słyszał moją rozmowę z Maxem i właśnie zamierzał mnie zjechać za to, ale jednak nie chodziło o to.
- Jest sprawa. Musisz zagadać z Jackiem, chcemy jutro zrobić przyjęcie pożegnalne dla Martina, jak już się pewnie domyślasz w pubie. Załatwisz to? - spytał.
- Zobaczę, co da się zrobić, ale pewnie Jack się zgodzi.
- Świetnie - uśmiechnął się. - A pojutrze rano jadę do Gloucester, więc wtedy zacznie się twoja wielka przegrana.
- Jeszcze zobaczymy - zmrużyłam oczy.

Jak mówiłam, Jack nie miał problemu z zamknięciem pubu na jeden wieczór, zwłaszcza w środku tygodnia i mogliśmy zrobić pożegnalne przyjęcie niespodziankę dla Martina. Było oczywiście The Wanted, Kelsey i Nareesha ale też muzycy zespołu i inni ludzie związani z The Wanted. Przysięgam, że mało brakowało, a wszyscy by się rozpłakali. Przyjęcie skończyło się koło drugiej, kiedy wszyscy byli już nieźle wstawieni. Chłopcy dopilnowali, żeby do każdego przyjechała taksówka, sami odjechali do domu ostatni.
- Pa, Jules, do za tydzień, kiedy już będziesz przegrana - powiedział Nathan i pocałował mnie wychodząc.
- Jeszcze zobaczymy, kto przegra! - krzyknęłam za nim zamykając drzwi.
- Kto co przegra, o co chodzi? - spytała Eva zakładając krzesła na stoły.
- Nieważne, bo tym kimś nie będę ja - uśmiechnęłam się i pomogłam jej w sprzątaniu.

Trolololo, jest 50. rozdział! :o Wydaje mi się, że jest trochę krótszy, ale chciałam już zakończyć wątek tournee i zacząć coś innego (:
Nie pamiętam kto, ale ktoś pytał o one direction. Myślę, że mogę coś pokombinować, żeby się z nimi pokłócić w następnym rozdziale, ale nic nie obiecuję ;) xxx