środa, 29 maja 2013

49. Trouble, trouble, trouble.

- Co masz na myśli mówiąc, że następnym razem nie dasz rady? - spytał Jay.
- To że cholernie boli mnie gardło i nie jestem głupi ani głuchy, wiem, że skrzeczałem.
- Do koncertu w Amsterdamie są jeszcze trzy dni, może ci się polepszy - powiedział Siva.
- Jutro mamy być na otwarciu szpitala dla dzieci - zauważył Max.
- Mówiliście, że zaśpiewacie akustycznie "All Time Low", Nathan nie ma tam dużo części. Dasz radę - stwierdził Martin.
- Okej - odpowiedział krótko Nathan i do czasu wyjazdu  nie odezwał się ani słowem.
Podobnie w czasie dwugodzinnej jazdy do Amsterdamu. Może dlatego, że wylał się na wszystkich i poszedł spać.
- Nie przejmuj się. Wyzdrowieje i przejdzie mu - pocieszyła widząc, że jego fochy odbiły się na mnie i siedziałam przybita.
- Mam nadzieję. Ja.. próbuje go wesprzeć, a on odpycha mnie i was wszystkich i nikogo do siebie nie dopuszcza - powiedziałam kurczowo trzymając poduszkę.
Dziewczyna bez słowa przytuliła mnie.
Około drugiej w nocy dojechaliśmy do hotelu w Amsterdamie, poszłam obudzić Nathana.
- Nath - szturchnęłam go lekko. - Nath, jesteśmy na miejscu, wstawaj.
Chłopak podniósł się leniwie z łóżka i stanął obok mnie.
- Chodź do mnie - przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił.
- Nathan, chodźmy do hotelu, jestem zmęczona - próbowałam się wyswobodzić.
- Nie odpycham cię - wyszeptał mi do ucha. - Ja po prostu nie umiem sobie z tym poradzić, dlatego tak się zachowuję.
- Okej, ale chodźmy już, bo jestem naprawdę zmęczona.
Formalności przy recepcji zajęły mnóstwo czasu, jak zawsze, w końcu jednak doczłapaliśmy się do pokoju, wzięłam prysznic i natychmiast zasnęłam.
Obudziło mnie delikatnie szturchanie w ramię.
- Jules, jedziesz z nami do szpitala? - spytał Nathan.
- Co, co się stało, jakiego szpitala? - podniosłam się jak oparzona.
- Spokojnie głuptasie, nic się nie stało, szpital dla dzieci, kojarzysz? - uspokoił mnie rozbawiony Nath.
- A, no tak - pacnęłam się w czoło. - Całkiem zapomniałam, okej, już się zbieram.
Zeszłam z łóżka, wzięłam kosmetyczkę, umyłam zęby, pomalowałam się i wróciłam do pokoju, żeby wybrać ciuchy do ubrania.
- Wiesz, gdzie są moje okulary? - spytał Nathan, jak tylko otworzyłam drzwi.
- Po co ci okulary?
- Bolą mnie trochę oczy, a nigdzie nie mogę znaleźć tego badziewia.
- Otwórz walizkę, na klapie jest wewnętrzna kieszeń, w kieszeni jest etui, w etui są okulary. Najpierw byś się ubrał, a potem szukał okularów - powiedziałam szukając ciuchów w walizce. Ubrana szybciej niż Nathan, po raz pierwszy to ja musiałam na niego czekać.
- Wiesz, że na dworze może być zimno? - spytał widząc mnie w sweterku.
- Powiedział ubrany w samą bluzkę. Poza tym nie zamierzam koczować na zewnątrz, tylko szybko przemknąć do auta. Możemy w końcu iść, bo chciałabym coś jeszcze zjeść.
- Już idziemy - powiedział zakładając okulary na nos.
- Wyglądasz słodko - uśmiechnęłam się wychodząc z pokoju.
Zeszliśmy do restauracji, gdzie reszta już kończyła śniadanie, więc mieliśmy niewiele czasu, na jedzenie. Szybko pojechaliśmy do szpitala dla dzieci, gdzie chłopcy zaśpiewali akustycznie "All Time Low".
Słuchając ich oczyma wyobraźni widziałam dramat na twitterze, kiedy ten występ trafi na youtube. To jest wystarczająco ciężkie dla Nathana i w ogóle dla wszystkich, a stanie się jeszcze cięższe, kiedy fani wpadną w panikę. Po występie spędzili w szpitalu jeszcze około dwóch godzin, udzielili wywiadu i rozmawiali z chorymi dziećmi, co było naprawdę słodkie.
- Jules, musisz coś zobaczysz! - powiedział Nathan, kiedy znalazł mnie kręcącą się z Nareeshą, Kelsey została w hotelu, bo źle się czuła.
- Co się dzieje? - spytałam, kiedy ciągnął mnie za rękę w bliżej niezidentyfikowanym kierunku aż w końcu stanął koło leniwca. Nie dosłownie. Człowiek był przebrany za maskotkę leniwca.
- O matko jedyna, jak długo zaginiony kuzyn! - krzyknęłam. - W okularach jesteś nawet bardziej podobny.
- Wiem - powiedział podjarany Nathan. - Zrób nam zdjęcie - podał mi swój telefon.
 
Z takich czy siakich powodów organizacyjnych zespół miał praktycznie dwa dni wolnego przed następnym koncertem. W hotelu było bardzo dobre wifi, wykorzystałam je więc w aplikacji Skype'a na telefonie i za darmo zadzwoniłam do mamy. Wiedziałam, że Nathan nie rozumie ani słowa z tego, co mówię, ale mimo to nie lubiłam rozmawiać z mamą, zwłaszcza o nim, kiedy był w pokoju, więc ubrałam jakąś jego bluzę i poszłam na balkon. Na dworze już się ściemniało, niebo było czerwono-pomarańczowe, widać było wszechobecne wiatraki, ja rozmawiałam przez telefon, a Nathan, jak myślałam, spał.
- To trwa kilka dni, a już jest wystarczająco ciężko, nie wspominając o tym, co może być później - powiedziałam, po streszczeniu całej sytuacji z Nathanem i jego gardłem.
- On potrzebuje mieć w tobie oparcie. Od udzielania rad i mówienia co ma robić, a co nie, ma managera. Musisz być jak te kobiety słynnych przywódców.
- Mamo... Jesteśmy razem kilka miesięcy, nie kilka lat, żebym była jego cieniem, poza tym on nie jest przywódcą.
- Nie rozumiesz metafory. To on jest gwiazdą w tym związku. Znasz to powiedzenie, że za sukcesem każdego mężczyzny stoi kobieta? Zinterpretuj to do swojej sytuacji.
- Mam stać za nim, wspierać go, znosić jego fochy niespowodowane przeze mnie, tak, rozumiem.
- Julka, sama to wybrałaś - powiedziała z ledwie wyczuwalnym, ale zawsze, wyrzutem.
- Wiem. Po prostu... To są pierwsze miesiące, powinniśmy cieszyć się sobą, a robimy się trochę jak stare małżeństwo.
- Jak często się z nim widzisz?
- Od dwóch tygodni codziennie, jestem w nim w trasie, mamo.
- Gdzie mieszkałaś po operacji?
- Przez chwilę u niego.
- Wiesz do czego zmierzam? Może po prostu macie siebie za dużo. Jesteście młodzi, razem od chwili, nie możecie być ze sobą na takich samych zasadach jak Siva i jego dziewczyna. Jak ona ma na imię?
- Nareesha. I są razem pięć lat.
- A ty i Nathan?
- Nawet nie pięć miesięcy - mruknęłam.
- Widzisz do czego zmierzam?
- Mniej więcej, chociaż rozumiem mniej niż zanim do ciebie zadzwoniłam - stwierdziłam i odwróciłam się, żeby zobaczyć, czy Nathan dalej śpi, ale jego nie było. - Mamuś, muszę kończyć. Zadzwonię, jak będę w Kopenhadze, żeby pogadać z młodym, pa.
- Pa, uważaj na siebie.
Weszłam do pokoju i zamknęłam za sobą drzwi.
- Nathan? - spytałam powietrze. Zapukałam w drzwi do łazienki. - Nath, jesteś tu?
Cisza.
Poszłam do Jaya, nikogo nie było. I Maxa też cisza, to samo u Sivy i Nareeshy. Zapukałam do Toma, drzwi otworzyła mi Nare, Kelsey leżała w łóżku.
- Co ci jest skarbie? - spytałam.
- Grypa - powiedziała smutno.
- Przykro mi. Dziewczyny nie wiecie, gdzie jest Nath?
- Nie ma go u was? - spytała Nareesha.
- Nie. I u żadnego z chłopaków. Sprawdziłabym u Kevina, ale nie jestem pewna, który to jego pokój, a reszty zespołu nie będę sprawdzać.
- Dziwne, Siva nie mówił, że będzie szedł z nimi...
- Szedł z nimi gdzie?
- Poszli do jakiegoś klubu - powiedziała zakatarzona Kels. - Pewnie muszą się napić.
- Napić? Wszyscy? - spytałam i pobiegłam do swojego pokoju.
- Jules! - usłyszałam za sobą Nareeshę.
Wpadłam do środka i zaczęłam przeszukiwać Nathana walizkę i plecak.
- Jules, co się dzieje? - dziewczyna przyszła zaraz za mną.
Znalazłam leki Nathana.
- Mówisz po francusku? - spytałam.
- Nie, tylko Siva.
- Szlag by to... - trzeba było przyłożyć się do francuskiego w szkole. Część wyrazów rozumiałam, część przetłumaczyłam z google tłumaczem.
- Nie łączyć z alkoholem - mruknęłam po polsku.
- Słucham? - spytała Nare.
- Nathan nie może łączyć lekarstw z alkoholem.
- Jules, na pewno o tym wie, nie byłby tak nieodpowiedzialny - powiedziała, chociaż z tonu jej głosu i wyrazu twarzy można było wyczytać, że sama w to wątpi.
- Myślisz, że pomyślał o tym, żeby przeczytać etykietę? Wiesz, gdzie poszli?
- Nie mam pojęcia, przestało mnie to interesować, kiedy zdecydowałam się zostać z Kelsey.
- Proszę, czy mogłabyś zadzwonić do Sivy, spytać gdzie są i powiedzieć, żeby nue dopuścili Nathana do alkoholu?
- Okej, już idę po telefon - dziewczyna wybiegła z pokoju.
Wzięłam torebkę i poszłam za nią, w międzyczasie próbowałam się dodzwonić do Nathana. No jasne, po co ludziom w ogóle telefony, skoro ich nie odbierają?!
Nareesha podała mi nazwę klubu i zadzwoniła do recepcji, żeby zamówili mi taksówkę.
Czekałam na dole i pożałowałam swojej glupoty, bo miałam na sobie tylko sweter, a zrobiło się jeszcze zimniej niż wcześniej. W końcu taryfa przyjechała, a taksówkarz poinformował mnie, że są cztery takie kluby w różnych miejscach miasta. Pogratulować oryginalności. Z braku laki zaczęłam objeżdżać wszystkie. Standardowo, jak to w życiu bywa znalazłam ich w tym, do którego pojechałam na końcu -.-. Prawie znalazłam, bo dojrzałam rozwalonych na kanapie wszystkich oprócz Nathana.
- Gdzie Sykes? - spytałam siadając obok nich.
- Jules, napij się z nami - powiedział Max uchachany od ucha do ucha.
- Gdzie Nath?! - powtórzyłam pytanie.
- Poszedł do toalety - odpowiedział Tom.
- Kiedy?
- Chwilę po telefonie od Nareeshy, jak zabrałem mu piwo - powiedział Seev pokazując mi szklankę.
- I siedzi tam do tej pory? - od telefonu Nareeshy minęło dobre półtora godziny.
- Okej, sprawdzę - podniósł się wyjątkowo trzeźwy jak na tą porę Jay.
Wrócił po kilku minutach.
- Nie ma go. Ale ochroniarz nie widział, żeby wychodził, więc jest gdzieś w środku.
- Świetnie - podniosłam się z kanapy i stanęłam na stoliku, żeby więcej widzieć. I znalazłam go tam, gdzie myślałam - przy barze.
- Nathan - złapałam go za ramię i odwróciłam w swoją stronę.
- Oh Cześć, Jules - zaczął się do mnie lepić. Świetnie, to już ten stan.
- Durniu, czytałeś etykiety od leków? - odsunęłam go od siebie.
- Nie - pokręcił głową z dumą.
- Idioto, nie możesz ich łączyć z alkoholem.
- Może wtedy zaczną działać - mruknął biorąc kolejne piwo od barmana.
- Co?
- Biorę je od prawie dwóch tygodni i nie działają! Więc co to za różnica czy wypiję parę piw i drinków czy nie - wzruszył ramionami.
- I co, i myślisz, że tak sobie pomożesz? Nie wiem, co chcesz tym osiągnąć, ale na  pewno nie pomoże to twojemu gardłu.
Doszedł do nas Tom.
- Młody, odłóż to.
- Boże, ty też? - wywrócił oczami Sykes.
- Żadnego ty też, tylko odłóż to.
- Może ty odłożysz na bok swoją nadopiekuńczość i konieczność kontrolowania wszystkiego? - spytał tonem pełnym jadu i odszedł.
Stałam tam dosłownie z rozdziawioną buzią i nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam. Tom stanął przede mną i złapał mnie za ramiona.
- Jules, nie przejmuj się - popatrzył na mnie z troską.
- W dupie mam, co powiedział - zobaczyłam, że Tom patrzy na mnie z powątpiewającą miną. - Dobra, może nie mam, co nie zmienia faktu, że jutro pewnie nie będzie tego pamiętał. Chodzi o te jego cholerne lekarstwa i alhokol.
- Co dokładnie pisało na tej etykiecie?
- To było po francusku! Tłumaczyłam tą etykietę z tłumaczem google!
- No tak - podrapał się po głowie. - Chodź, zgarniemy go razem do hotelu.
- Tom, nie, dam sobie radę. Baw się - powiedziałam, chociaż sama w to nie wierzyłam.
- Obydwoje wiemy, że nie dasz, poza tym, Kelsey jest chora, wiem, że jest z nią Nareesha, ale rozumiesz.
- Jasne - uśmiechnęłam się. - Dzięki, Tom.
- Zlokalizuj młodego, ja powiem chłopakom, co i jak.
Rozeszliśmy się, znalezienie Natha nie należało do najtrudniejszych rzeczy, był przy barze, parę metrów dalej i kleiła się do niego jakaś siksa.
- Hej, dzięki za przypilnowanie mojego chłopaka, damy już sobie radę - powiedziałam najbardziej siksowatym głosem, żeby do niej dotarło.
- To twój chłopak? Jakoś nie narzekał na moje towarzystwo - myślałam, że ja nie mam akcentu, ale ona... Och, Tom, gdybyś tu stał, dałbyś mi spokój na wieki.
Zrobiłam krok w jej stronę, Jezu, ile ona ma wzrostu, metr pięćdziesiąt?!
- Powiedziałam, idź sobie - powiedziałam jeszcze ostrzej, nawet nie wiedziałam, że tak potrafię.
- Okej młody, zmywamy się do hotelu - nagle pojawił się Tom, złapał Natha w łokciu i mocno pociągnął do wyjścia. - Jules, nie wiedziałem, że jesteś taka groźna.
- Groźna? Nie wiesz, jak mściwa potrafię być. Ale o tym przekonacie się jutro - powiedziałam i ruszyłam za nimi do wyjścia.
 
Tom był na tyle dobry, że zgodził się zamienić ze mną pokojem i on spał z zalanym Sykesem, a ja z Kelsey. Rano Tom zapukał do pokoju, jak jeszcze spałyśmy, zwlekłam się, żeby mu otworzyć.
- Serio, nie masz spania? - spytałam zaspana.
- Śpij jeszcze, jak chcesz, przyszedłem po czyste ciuchy, idę na śniadanie, głodny jestem - powiedział grzebiąc w walizce. Jak na komendę odezwał się mój żołądek.
- Dobry pomysł - stwierdziłam. Wzięłam od niego kartę do swojego pokoju, nawet nie wiem dlaczego, ale byłam tak dobra, że nie trzasnęłam drzwiami na wejściu. Może po prostu nie miałam ochoty słuchać jęków i stęków Nathana, generalnie nie miałam ochoty w ogóle go słuchać, ani widzieć.
Po cichu ubrałam się i zeszłam razem z Tomem na dół, Kelsey została na górze, wolała zamówić coś do pokoju. W międzyczasie zeszli też Martin i Kevin, chwilę później Nareesha, reszta pijaków dalej spała.
- Nie dołuj się - szturchnął mnie lekko łokciem Parker, kiedy przez dwie minuty wciąż mieszałam herbatę.
- Może powinnam była zostać w Londynie - mruknęłam.
- Nieeee - powiedzieli chórem.
- Pamiętacie ostatnie Stany? - spytał Kevin. - Serio Jules, on snuł się jak cień.
- Jeśli zejdzie na śniadanie, też będzie wyglądał jak cień - zaśmiał się Tom i po krótce streścił im wczorajszą historię.
Jak na komendę zaraz do hotelowej restauracji doczłapał się Nathan.
- Myślę, że już skończyłam - wstałam od stołu i bez słowa go minęłam.
Czekałam na windę, kiedy zadzwonił mój telefon.
- Cześć, Jess - chyba jedyny Sykes, z którym miałam ochotę rozmawiać.
- Jules, nie możemy się z mamą dodzwonić do Nathana.
- W najlepszym wypadku rozładował mu się telefon - powiedziałam.
- A w najgorszym?
- Zgubił go wczoraj po pijaku. Chcesz z nim gadać? - ruszyłam z powrotem w stronę restauracji.
- Tak, mama chce z nim pogadać o jego kłopotach.
- Pozdrów mamę - powiedziałam i oddałam telefon Nathowi. - Jess i twoja mama.
Bez słowa wróciłam na górę i zaczęłam planować swoją iście diabelną zemstę. Prawdopodobnie jutro z rana będę jej trochę żałować, ale to nic.
Cały dzień rozbijałam się po pokojach wszystkich, tylko nie swoim. Tam dotarłam dopiero wieczorem, żeby się przebrać. Założyłam czarną bokserkę, spódniczkę, szpilki i skórzaną kurtkę. Nathan zmierzył mnie od góry do dołu i z powrotem.
- Czy ta spódnica nie jest za krótka? - pierwsze zdanie, które dzisiaj do mnie powiedział i czepia się długości spódnicy...
- Nie, to po prostu krótka spódnica, którą kupowałam razem z tobą.
- Gdzie idziemy?
- My? Nigdzie. Ja wychodzę. Przynajmniej informuję cię przed faktem. Pa - pomachałam mu z zołzowatym uśmieszkiem i wyszłam.
Nareesha poznała mój chód albo coś, bo wyszła na korytarz.
- Wychodzimy gdzieś? - spytała patrząc na mój strój.
- Ja wychodzę - powiedziałam już normalnym tonem. - Jeśli chcecie też chodźcie, byle Nathan nie dowiedział się zbyt wcześnie.
- Jules, o co chodzi? - spytała zmartwiona.
- Mszczę się na nim jego własną bronią.
- Julie... - tak mówi tylko, kiedy już naprawdę się martwi. - Nie rób niczego głupiego. Wiesz, że nie lubię chodzić do klubów, ale może chociaż weź ze sobą chłopaków?
- Naree, dam sobie radę - westchnęłam, chociaż gdzieś w głębi czułam wewnętrzny niepokój.
- Chodź - zaciągnęła mnie za rękę do pokoju jej i Sivy, okazało się, że Jay i Max też tam byli. - Idźcie z nią.
- Gdzie i po co? - spytał Max mierząc mnie wzrokiem.
- Tylko grzecznie ci przypominam, że jestem dziewczyną twojego przyjaciela, może chwilowo z nim nie gadam, ale wciąż. To jak, idziecie?
- Ja dzisiaj zostanę z Nareeshą - powiedział Siva.
- Idź, ja popracuję, spróbuję coś zaprojektować, a jak nie, to pogadam z tym małym ciołkiem.
- Na pewno? - spytał.
- Tak - powiedziała z uśmiechem dziewczyna.
- To idziemy - podniósł się Jay.
- Tylko cicho na korytarzu, żeby nas nie słyszał. Jakby co, będziemy tam, gdzie wczoraj - powiedziałam w kierunku Nareeshy.
Toma nawet nie pytaliśmy, bo wiadome było, że woli zaopiekować się Kelsey.
- I jaki jest twój plan? - spytał Max w taksówce.
- Napić się.
- To tyle?
- Tak. Kocham Nareeshę jak siostrę, ale myślicie, że po co powiedziałam jej, gdzie idziemy? Pewnie już gada z Nathanem, ruszy jego sumienie, on z czasem zacznie się martwić, a ona powie mu gdzie jesteśmy.
 
Na miejscu usiedliśmy nawet w tym samym miejscu, w którym siedzieli wczoraj, Jay nie rozdrabniał się, od razu zamówił całą butelkę czegoś. Nie wiem, co to było, ale było paskudne, ale mocne i dawało kopa.
- Jules, wiem, że jesteś zła na Nathana i tak dalej i najwidoczniej jak on sądzisz, że jak się ma problem to najlepiej się napić, ale może trochę zwolnij - powiedział Siva widząc, jakie tempo sobie narzuciłam.
- Mam się dobrze - odpowiedziałam, chociaż czułam, że już mnie wcięło.
Niedługo potem weszłam w fazę zwierzeń.
- ... Powiedział, że jestem nadopiekuńcza! Czaicie? Wali mnie i on i jego gardło. Jeśli o mnie chodzi wcale nie musi śpiewać, może siedzieć w Gloucester z tym swoim Charlie'm i karmić go myszami całe życie - włączyła mi się czkawka.
- Ta czkawka to znak - stwierdził Max i odsunął ode mnie butelkę.
- Żaden znak! Oddaj mi to! - zaczęłam protestować. Miałam wewnętrzną potrzebę się napić. - Nie to nie, sama sobie kupię - wzięłam torebkę i ruszyłam w stronę baru.
- Jules! - usłyszałam za sobą głos Sivy.
 
OCZAMI MAXA
 
- Stary, może zadzwoń do Nareeshy? - zaproponowałem Sivie.
- Po co dzwonić? Trzeba ją zabrać do hotelu zanim zrobi coś głupiego - stwierdził Jay.
- Nie rozumiecie? - popatrzył po nas Seev. - Nare kiedyś mi tłumaczyła takie coś. Jules chce się napić, żeby zemścić się na Nathanie, albo po prostu chce zapić ich problemy. Ale poza tym najbardziej chce, żeby Nathan zainteresował się, co się z nią dzieje. Jak nastolatki, które chcą zwrócić na siebie uwagę rodziców.
- Bez sensu - stwierdziłem.
- Babska logika - mruknął Jay.
Sivie zadzwonił telefon.
- Tak?... Idealnie o czasie, bo Jules wymyka się z pod kontroli... Tak... Ok... Em.. Dobrze by było, gdyby się pospieszył, bo ona właśnie stoi na barze - powiedział do telefonu, zapewnie do Nareeshy, a my spojrzeliśmy w tym samym kierunku.
Jules paradowała w tę i z powrotem po barze z butelką whisky w ręce, bo bardzo podobało się stojącym tam facetom.
- Chyba powinnyśmy ją zdjąć - powiedział Jay.
- Nie chyba, tylko na pewno, bo lepiej żeby nie było jej tam, kiedy Nathan wpadnie - ruszyliśmy w stronę baru.
- Jules, złaź stamtąd! - krzyknąłem.
- Ale tu jest tak fajnie, powinieneś tu wejść - powiedziała rozbawiona, jakby właśnie opowiedziała dowcip roku.
Jakiś typ zaczął macać ją po nodze.
- Hej, łapy z daleko - strzepnąłem jego rękę.
- O co ci chodzi, dziewczyna dobrze się bawi! - koleś był równie pijany, co ona, jeśli nie bardziej.
- Świetnie, że się bawi, ale teraz idzie ze mną - nagle pomiędzy nami stanął Nathan.
- A ty to kto?
- Jej chłopak. I jeśli jeszcze raz zobaczę twoją rękę gdziekolwiek na jej ciele, to skończysz bez ręki.
- Co ty mi możesz dzieciaku? - stuknął Nathana w ramię. Na co Jay oddał mu strzałem w mordę.
- Jay! - krzyknęła Jules i pokracznie zaczęła schodzić z baru, szybko pomógł jej Siva.
 
OCZAMI NATHANA
 
Jules zeszła z baru z pomocą Seeva.
- Mogę wiedzieć, co robisz? - spytałem ją.
- Bawię się, prawie tak dobrze, jak ty wczoraj - wybełkotała ledwie trzymając się na nogach. - A raczej bawiłam dwie minuty temu, zanim się pojawiłeś.
- Oddaj mi to - zabrałem jej butelkę.
- Kto jak kto, ale ty nie będziesz mi rozkazywać - wyrwała mi ją i potykając się o własne nogi ruszyła do wyjścia.
Stałem tam wryty i ręce świerzbiły mnie, żeby w coś uderzyć.
- Nathan, idź za nią, zanim wyjdzie na ulicę i coś jej się stanie - Siva popchnął mnie do wyjścia.
Dogoniłem ją przy wyjściu.
- Jules! - krzyknąłem za nią.
- Idź sobie - powiedziała idąc przed siebie.
- Jules, stój - złapałem ją za ramię i odwróciłem przodem do siebie.
- Bo co? Jak ty wczoraj się upiłeś, to było fajnie, ale mi już nie wolno? - spojrzała na mnie z wyrzutem.
- Nie, nie było i porozmawiałbym z tobą, gdybyś pozwoliła mi się do siebie odezwać.
- Pozwoliłam ci się odezwać wczoraj, kiedy powiedziałeś, że jestem nadopiekuńcza i chcę wszystko kontrolować i powiedziałeś, że mam ci dać spokój. Dzisiaj już mi się nie chce - powiedziała upijając łyk z butelki i zaczęła dalej iść.
- Jul, wiesz, że tak nie myślałem - zacząłem iść za nią. - Wiesz, że jestem przybity przez to gardło, nie wiem czy i kiedy będę brzmiał normalnie.
- Wiem, bo wyładowujesz to na mnie! Jestem twoją dziewczyną, Nathan! Dziewczyną, a nie tarczą czy czymś innym, w co możesz wyrzucać wszystkie swoje żale, złości i niepowodzenia - stanęła i spojrzała na mnie.
- Jules, wiem, że przez ostatnie dni może tego nie okazywałem, ale przecież wiesz, że cię kocham - podszedłem bliżej do niej.
- Może i wiem, ale tego nie czuję - wyszeptała.Staliśmy już tak blisko, że nasze nosy prawie się stykały. - Muszę to... poczuć - dokończyła szybko, odwróciła się w bok i zwymiotowała. Patrząc na jej stan, nie było to specjalną niespodzianką.
Akurat jechała taksówka, którą zatrzymałem.
- Chodź, jedziemy do hotelu - złapałem dziewczynę w łokciu i wsadziłem ją do samochodu.
 
 
Emmm... Na początku to się wydawało jakieś lepsze, potem zaczęłam coś mieszać i wgl ta fabuła wyszła jakaś bez sensu. :/
Postaram się zrobić coś lepszego w następnym rozdziale.

czwartek, 23 maja 2013

48. To jest całe twoje życie.

Po trzech dniach w słonecznej Lizbonie, całodobowej podróży do Rzymu, z Włoch trafiliśmy do Wiednia. Nawet nie przypuszczałabym, ze tournee może być takie męczące. A ja nawet nic nie robię, nie gram, nie śpiewam, nie rozkładam sprzętu. Nic. W Wiedniu weszłam do pokoju i padłam na łóżko.
- Chcesz pooglądać miasto? - spytał Nathan delikatnie odgarniając mi włosy z twarzy.
- A ty byłeś już w Wiedniu?
- Tak.
- Zwiedzałeś?
- Tak.
- Widziałeś wszystko, co w Wiedniu trzeba zobaczyć?
- Tak.
- Ja też już byłam, nie chce mi się chodzić, zostańmy tutaj - zrzuciłam trampki i przyciągnęłam Nathana do siebie.
Chłopak zdjął buty i położył się obok mnie.
- Czemu po prostu nie powiedziałaś, że nie chce ci się iść, tylko tyle pytałaś?
- Nie wiedziałam, czy byłeś wcześniej w Wiedniu, a nie chciałam, żeby coś cię ominęło tylko dlatego, że siedziałbyś ze mną w pokoju - wzruszyłam ramionami.
- Czyli co, chodziłabyś ze mną po mieście, nawet jeśli byś tego nie chciała, tylko po, żebym ja też je zobaczył?
- No tak. Właśnie to powiedziałam.
- Jesteś słodka - pocałował mnie w czoło z uśmiechem. - Ale wiesz... Mają tu jedną fajną rzecz, w hotelu, nie trzeba wychodzić, ale nie wiem, czy nie jesteś zbyt zmęczona - powiedział głaszcząc mnie po linii żuchwy.
- Co takiego?
- Basen na dachu.
Gwałtownie się podniosłam.
- Co?! - oczy mi się zaświeciły.
- Basen, taki spory zbiornik z chlorowaną wodą na dachu. Dachu nie umiem wytłumaczyć.
- Głupolu, wiem, co to znaczy. Ale na dachu znaczy, że nad gołym niebem, czy pod dachem takim szklanym, taką kopułą?
- Kopuła.
- Myślisz o tym co ja? - spytałam przygryzając wargę.
- Wielkie umysły myślą podobnie - przybiliśmy piątkę.
- Mój przyjacielu, to Twój szczęśliwy dzień, bo - wstałam z łóżka i podeszłam do walizki - myślałam, że mi się nie przyda, ale dawno temu wzięłam ze sobą do Londynu kostium kąpielowy i też wzięłam go ze sobą tutaj - pomachałam kostiumem.
- Moja przyjaciółko, to NASZ szczęśliwy dzień, bo idziemy na basen - podszedł do mnie, podniósł mnie i obrócił w powietrzu, a ja instyktownie zawinęłam nogi wokół jego bioder.
- Będzie super - powiedziałam z uśmiechem.
- Najlepiej - zbliżył swoje wargi do moich, a drzwi otworzyły się i stanął w nich Tom.
- Czemu to zawsze ty? - spytał lekko zirytowany Nathan stawiając mnie na podłodze. - Jay albo Siva byliby miłą odmianą.
- Czemu nigdy nie włączycie tej blokady w drzwiach, żeby można było je otworzyć tylko od środka? - spytał Tom.
- Co tam, Tom? - zignorowałam ich bezsensowną wymianę pytań.
- Idziemy potem do klubu, idziecie z nami? - spytał.
- Tego co ostatnio? - Nathanowi rozbłysły oczy.
Posłałam mu kuśkańca w bok, żeby przypomnieć mu o naszych planach.
- W zasadzie - zaczęłam.
- Okej, wiem, co znaczy, kiedy zaczynacie zdania od "w zasadzie" - uniósł ręce w obronnym geście. - Co jakaś kolacyjka, czy coś takiego, a potem... no wiadomo, nara! - wyszedł i zamknął za sobą drzwi.
- Czasami jednak myśli - stwierdził Nathan z aprobatą.
- To kiedy idziemy? - zaczęłam przebierać nogami w miejscu.
- Chodzi ci tylko o basen, prawda? Mogłabyś pójść tam z dziewczynami, Tomem, Maxem, kimkolwiek, ważne, że basen.
- Wiesz co, wcale nie!
- Niech ci będzie - zaśmiał się. - Poczekamy tylko, aż ta szarańcza wyjdzie. Czyli w sumie ty możesz się zacząć zbierać, bo zajmie to całe wieki - rzucił we mnie strojem kąpielowym.
- Bardzo śmieszne - zmrużyłam oczy i poszłam do łazienki. 
Usłyszałam, jak każdy po kolei przychodził do pokoju powiedzieć "na razie", a Nathan jak mantrę na pytanie "gdzie Jules?" odpowiadał "w łazience".
Wyszłam w super puchowym hotelowym szlafroku, a Nathan siedział już w kąpielówkach.
- Kiedyś ty się przebrał? - spytałam zdziwiona.
- Normalnym ludziom to zajmuje pół minuty.
- Nie mądruj się, tylko chodźmy - pociągnęłam go za rękę.
- Czekaj muszę wziąć tabletkę - podszedł do swojego plecaka.
- Jaką tabletkę i od kiedy bierzesz tabletki? - spytałam.
- Od dwóch dni, lekarz przepisał mi je w Rzymie na moje gardło - powiedział połykając tabletkę i psikając coś do gardła.
- Boli cię od Paryża? Czemu nic nie mówiłeś?
- Właśnie temu. Nie chciałem żebyś się martwiła - położył mi ręce na ramionach.
- Może nie powinniśmy iść? Chlor może ci zaszkodzić.
- Nie, nie, nie. Idziemy. Założę tylko ten puchowy szlafrok.
 
Już kilka minut później skakaliśmy na bombę do basenu. Dziwne, myślałam, że w takim hotelu przy basenie będzie więcej ludzi, a tu tylko jedno małżeństwo z dziećmi, którzy i tak po chwili się zmyli. Może dlatego, że jest październik... Tak więc po chwili zostaliśmy sami.
- Mogli zostać. Ta dziewczynka była słodka - powiedziałam.
- Małe dzieci zawsze są słodkie.
- No i co? Zawsze jaram się małymi słodkimi dziećmi - pokazałam mu język.
- Zrób sobie własne, to będziesz miała na codzień - wzruszył ramionami.
- Mam to uznać za jakąś propozycję czy niezbyt przemyślaną myśl?
- Jak wolisz - poruszył brwiami i uśmiechnął się zadziornie.
- Więc uznam to za nieprzemyślaną myśl, bo do własnych dzieci mi nieśpieszno - powiedziałam leniwie kładąc się na wodzie.
- Czyli chciałabyś mieć dzieci? - Nathan podłynął do mnie od tyłu.
- Dwójkę. Maks trójkę, wypadki się zdarzają. Najpierw chłopca, potem dziewczynkę. Zawsze chciałam mieć starszego brata. No ale potem koniecznie musi być dziewczynka, żebym miała kogo ładnie ubierać - wpadłam w słowotok. - Tylko nie non stop na różowo, bo to głupi stereotyp, że dziewczynka ma chodzić ubrana w róż, a chłopak na niebiesko. Żadnych różowych albo niebieskich śpiochów. Jakby nie było innych kolorów. Chwila... - podniosłam się. - Jesteśmy sami na basenie na dachu i gadamy o dzieciach?
- Bo cię to wkręciło i ślicznie wyglądałaś, oczy ci rozbłysły... - Nathan mnie objął. - A pies? Chciałabyś mieć psa?
- No pewnie! Tylko już teraz się waham. Z jednej strony chciałabym takiego malutkiego, słodkiego, który wygląda jak pluszak, a z drugiej... może labrador? Labradory są bardzo przyjazne, dobre dla dzieci. No ale znowu taki labrador nie ochroni raczej porządnie domu, bo jest zbyt miły. Może jakiś owczarek? Wytresowany jak w "Colombianie". W sumie może labradora też można tak wytresować...
- Dom czy duże mieszkanie? - spytał opierając głowę na moim ramieniu.
- Domy są świetne. Szczerze mieszkając na piętrze pubu brakuje mi trochę wystawiania nóg w ogrodzie, żeby się opalić, jak to robiłam w domu. Chociaż takie duże mieszkanie, jak ma Nareesha też nie jest złe. Jeszcze z takim widokiem... W ogóle to co to jest, przesłuchanie?
- Słodka jesteś, jak tak mówisz, jest wtedy coś takiego... rozmarzonego w twojej twarzy i głosie - powiedział cicho Nathan i pocałował mnie w obojczyk.
- Dobra, ale sprawiedliwość musi być. Teraz twoja kolej - założyłam ręce.
- Dzieci chcę, pies też spoko, w sumie tęsknię za Harrym, tylko nie mów nikomu bo to niemęskie i nieważne dla mnie jest czy będzie to dom czy mieszkanie, ale jest jeden warunek.
- Jaki?
- Z Tobą - powiedział patrząc mi głęboko w oczy.
- Serio?
- Tak. Jeśli będzie trzeba, to zamknę cię w najwyższej komnacie w najwyższej wieży, ale cię nie wypuszczę od siebie - wyznał delikatnie przysuwając mnie bliżej.
- Na swój pokręcony sposób jest to romantyczne - stwierdziłam z uśmiechem.
- Yes! Następna romantyczna rzecz do wykreślenia z listy! - uniósł rękę w geście zwycięstwa.
- Ty to jednak głupi jesteś - zaśmiałam się. - Nie potrzebuję od ciebie żadnych romantycznych rzeczy z listy stworzonej na podstawie komedii romantycznych czy czegoś. Najpiękniejsze, co mogłeś mi powiedzieć, to te słowa wtedy w restauracji, kiedy się pogodziliśmy. Nic więcej mi nie potrzeba oprócz ciebie - powiedziałam, patrząc mu cały czas w oczy i splatając swoje palce z moimi.
- A śniadanie do łóżka do chciałaś... - mruknął.
- Powiedziałam, że nie potrzebuję, nie że nie chcę - przekomarzałam się. - A wiesz, co teraz chcę? Żeby mój najlepszy chłopak na świecie pocałował mnie na basenie na dachu, kiedy już zaczyna się robić ciemno i za chwilę przez tą szklaną kopułę będzie można oglądać gwiazdy.
Nathan pocałował mnie delikatnie, objął w pasie a w następnym momencie dostałam w twarz mega porcją wody. Odsunęłam się szybko.
- I to ja jestem mistrzynią w psuciu nastroju? - ochlapałam go.
- Chcesz wojny? - spytał, a zanim zdążyłam odpowiedzieć, znowu zostałam ochlapana.
- Jak chcesz, ale powinieneś wiedzieć, że stoję w tej płytszej części nie dlatego, że tak fajnie, ale nie umiem pływać.
Sykes stanął jak wryty.
- Serio? Nie umiesz pływać? - spytał z niedowierzaniem.
- Tak. Ja nie umiem pływać, ty nie umiesz jeździć na nartach, kwita - wzruszyłam ramionami.
- Więc musimy to nadrobić. Nauczę cię.
 
Takim sposobem po godzinie dalej nie umiałam pływać, moje umiejętności zostały wrednie skomentowane przez Sykesa, a ja byłam zmęczona. Wróciliśmy do hotelu, wzięłam prysznic i poszłam spać. Następnego dnia The Wanted grali koncert, po którym z Wiednia jechaliśmy do Berlina. Tam dla odmiany najpierw był koncert, a następnego dnia wywiady. Następnym przystankiem była Belgia - Bruksela. W tourbusie Nathan spał dłużej niż my, kiedy wstał, my byliśmy już rozbudzeni.
- Siema śpiochu - powiedziałam, kiedy usiadł na kanapie koło mnie. Otworzył usta, ale zamiast planowanego "hej" wyszedł bliżej niezidentyfikowany dźwięk.
- Nath? - zdziwiłam się.
Chłopak złapał palcami po obu stronach gardła.
- Straciłem głos - wyharczał. Zapadła cisza, jak makiem zasiał.
- Jak to straciłeś głos? - spytał Jay.
- Normalnie, nie może mówić - powiedziałam.
- Za jakieś dwie godziny będziemy na miejscu, załatwię lekarza - powiedział Martin i zaczął gdzieś dzwonić.
- Zrobię ci herbaty - zaproponowała Nareesha.
- Będzie dobrze - kurczowo trzymałam jego dłoń. - Może po prostu musisz się napić i ci przejdzie.
Nathan pokręcił przecząco głową.
- Lekarz przebada cię zaraz po przyjeździe. Pod hotelem będzie czekało auto, które zawiezie cię na badanie - poinformował Martin.
Nathan pokiwał krótko głową. Nareesha przyniosła mu herbatę.
- I jak? - spytałam, kiedy wypił.
- Nie wiem - powiedział. Przynajmniej mówił, chociaż strasznie chrypiał.
 
Atmosfera trochę siadła, co jest z resztą zrozumiałe - The Wanted są w połowie trasy, a ten traci głos. Pod hotelem, zgodnie z tym, co mówił Martin, czekał samochód. Ja i on pojechaliśmy z Nathanem do lekarza, reszta wzięła nasze rzeczy i zameldowała siebie i nas w hotelu. Przez całą drogę nikt nic nie mówił. Martin wszedł z Nathem na badanie, ja czekałam przed gabinetem na korytarzu. Dwa razy dzwonił Max, raz dzwonił i pisał Jay i raz odebrałam telefon od Nareeshy. Po całej wieczności w końcu wyszli z gabinetu.
- I co? - zerwałam się w fotela jak oparzona.
- Mam się oszczędzać - powiedział cicho Nathan.
- To znaczy? - spojrzałam na Martina.
- Lekarzowi ciężko było określić, co mu jest, ma się oszczędzać i mówić jak najmniej, jeśli chce jakoś dokończyć trasę.
- A potem co? Nagle cudownie wróci mu głos?
- Nie wiemy, będzie musiał iść do lekarza w Londynie, albo i poleci do Ameryki, jeśli będzie trzeba.
- Ale wtedy nie będę mogła być przy nim, nie mam wizy. Nie ma mowy, znajdźcie mu kogoś w Wielkiej Brytanii, albo gdzieś w Europie - może troszkę za bardzo się uniosłam.
- Załatwimy ci wizę, jeśli będzie trzeba - powiedział cicho Nathan.
- Jedźmy już - powiedział Martin. - Dam wam chwilę w hotelu, a potem trzeba już jechać na miejsce koncertu. Ty oczywiście nie bierzesz udziału w próbie dźwięku - wskazał na Natha. - I będą tam lekarze, którzy cały czas będą mieli cię na oku.
W drodze powrotnej też nikt nic nie mówił. Martin załatwiał formalności przy recepcji, a ja z Nathanem czekaliśmy w holu, aż ktoś, kto ma naszą kartę, zjedzie z nią do nas. Zamiast jednej osoby, żeby nie robić zamieszania zjechali wszyscy.
- I co? Może śpiewać? Nie trzeba przerywać trasy? - pytali jedno przed drugiego.
- Mam... - zaczął Nathan.
- Cicho bądź - przerwałam mu. - Ma się jak najmniej odzywać, najlepiej w ogóle, jeśli chce dokończyć trasę.
- Ale co mu jest? - spytał Max.
- Nie wiadomo. Będzie musiał iść do lekarza gdzie indziej - wzruszyłam ramionami.- Macie naszą kartę do pokoju?
Nareesha podała nam kawałek plastiku.
- Dzięki - poszliśmy w dwójkę do windy, a reszta została na dole i rozmawiała z Martinem.
Bez słowa weszliśmy do pokoju. Usiadłam na łóżku i oparłam ręce na skroniach. Nathan usiadł obok mnie.
- Nie bądź smutna... - wyszeptał.
- Jak mam nie być smutna? Siedziałeś u lekarza chyba z godzinę, nie powiedział ci nic konkretnego i przepisał jakieś badziewne lekarstwa. - poczułam, że oczy zrobiły mi się wilgotne. - Nathan, to jest całe twoje życie. Potrafisz sobie wyobrazić siebie gdzieś indziej niż na scenie? Bo ja nie.
- I nie muszę nic sobie wyobrażać, bo wszystko będzie dobrze - przytulił mnie. - Tylko nie płacz.
Ktoś stuknął w drzwi, po sekundzie usłyszeliśmy Kevina:
- Wychodzimy!
- Chodź, mamy soundcheck do obejrzenia - pociągnął mnie za rękę do góry z łóżka, wzięłam torebkę i wyszliśmy.
 
Na miejscu na dosłownie chwilę zostawiłam go samego, bo dzwonił do mnie tato, kiedy wróciłam, już się wykłócał.
- Co się dzieje? - spytałam.
- Chce śpiewać na próbie - powiedział ze zrezygnowaniem Max.
- Co? Nathan, przecież, wiesz, że...
- Wiem i co - przerwał mi. - Jeśli teraz nie spróbuję, to nie wiem, co będzie na koncercie, bo tak na prawdę nikt nie wie, jak moje gardło zareaguje na leki.
Cholera... W tym, co mówił, było trochę racji...
- Dajcie mi zaśpiewać jedną, góra dwie piosenki i to tyle - spojrzał pytająco na chłopaków.
- To twoja decyzja - wzruszyli ramionami.
- Ale nie "I Found You" - wtrąciłam stanowczo. Nathan spojrzał na mnie zdezorientowany. - Za dużo z siebie dajesz w tej piosence, a ja nie pozwolę, żebyś teraz ryzykował.
- Okej, dajcie mi "Invincible" i "Glad You Came" - powiedział wkładając odsłuch do ucha.
Zaśpiewać zaśpiewał, ale to nie był ten Nathan, którego widziałam na koncertach, strasznie chrypiał i chociaż ja nic po sobie nie pokazywałam, to on sam wiedział, że jest źle i było to po nim widać. Zabrzęczał mi telefon. Twitter.
- Kiedy zdążyłeś napisać, że straciłeś głos? - spytałam zdziwiona, bo cały czas go obserwowałam, poza tym chyba nawet nie miał ze sobą telefonu.
- Martin napisał. Żeby nikogo nie zdziwiło, że kiedy śpiewam, brzmię jak mój dziadek.
- Och, będzie dobrze, kochają cię, zrozumieją to - złapałam go za rękę.
- ... a tu mamy naszą najmłodszą słodką parkę - podszedł Jay z kamerą. - Co tam?
- Coś się dzieje z moim gardłem - wychrypiał Nathan, chociaż mówił już normalniej niż kilka godzin temu. - Jules będzie śpiewać za mnie.
- Dobry Boże, obrzucą nas pomidorami i wszystkim cokolwiek im wpadnie w ręce - stwierdził Jay.
- Dziękuję Jay, zawsze mogłam liczyć na miłe słowo z twojej strony - powiedziałam.
- Jules, na pewno zainteresuje cię fakt, że ktoś na twitterze napisał, że masz słodki akcent Cheryl Cole - poinformował mnie.
- Serio? - zdziwiłam się. - Wow. Znaczy to niesamowite, uwielbiam Cheryl Cole. Pomijając fakt, że zawsze próbuję udawać akcent Nathana... Ale to słodkie i bardzo miłe, zwłaszcza, że Tom zawsze mi wypomina, że nie mam akcentu.
- Co ja? - podszedł do nas Parker.
- Mówisz, że nie mam akcentu, a ktoś na twitterze napisał, że mam akcent Cheryl Cole - powiedziałam z dumą.
W odpowiedzi Tom prychnął, zaśmiał się i sobie poszedł.
- Wyśmiał mój akcent - popatrzyłam na Natha z miną zbitego psa.
- Nakrzyczałbym na niego, ale nie mogę - stwierdził Nathan.
- Zrobisz to, kiedy wyzdrowiejesz.
- Chłopaki do garderoby, zaraz zaczynają wpuszczać ludzi - krzyknął Kevin i wszyscy opuścili scenę.
 
W końcu przyszedł moment wyjścia na scenę.
- Będzie dobrze - powiedziałam do Nathana, kiedy znowu wkładał sobie odsłuch do uszu.
- Jasne - powiedział bez przekonania.
- Hej, hej - złapałam go za ramiona. - Jestem dla ciebie cały czas, będę tuż obok sceny.
- Tak wiem - uśmiechnął się lekko. Muzyka zaczęła grać, szybko mnie pocałował i wybiegł z chłopakami na scenę.
Przysięgam, że przez ponad godzinę trzymałam zaciśnięte kciuki i za każdym razem, kiedy zerkał w moją stronę uśmiechałam się, żeby dodać mu choć trochę otuchy. Solo w "I Found You" zaśpiewał całkiem inaczej, zupełna improwizacja, ale co miał zrobić, kiedy nie miał szans, żeby zrobić to tak jak zawsze. Po skończeniu koncertu i zejściu ze sceny pierwsze co, to wziął ode mnie butelkę wody, której i tak w czasie koncertu wypił chyba z litr.
- Dałeś radę młody, jeszcze tylko pięć koncertów - klepnął go w ramię Max, kiedy byliśmy już w garderobie.
- Dzisiaj dałem, ale następnym razem raczej wątpię - powiedział, trzymając się za gardło...
 
 
Na początku w ogóle nie miałam weny do napisania czegokolwiek, ale San miała rację, wena przyszła w swoim czasie. A czas ten nadszedł, kiedy (a co, pochwalę się ;p) Nareesha odpowiedziała mi na twitterze :D Drugi raz w tym roku :D Dostałam takiego pozytywnego kopniaka, że napisałam większą część rozdziału, ale zrobiłam się potem taka śpiąca, że resztę kończyłam teraz, ale już trochę mniej się lepiło... Anyway, mam nadzieję, że się spodoba ;). Może moja energia mnie nie opuści i po rozprawieniu się ze stertą prasowania wytworzę coś na drugiego :)
 

piątek, 17 maja 2013

47. We like you that way.

Z Paryża ruszyliśmy do Barcelony. 11 godzin w tourbusie. Z każdą godziną chłopakom przychodziły coraz to głupsze pomysły do głowy. Bynajmniej robienie fortu z pościeli było jednym z normalniejszych. Stwierdzam, że meldowanie się w hotelu i wchodzenie do pokoju będzie chyba moją ulubioną chwilą w czasie trasy. Weszłam z Nathanem do naszego pokoju, chłopak stanął przy drzwiach balkonowych, były pojedyncze, więc praktycznie całe je sobą zasłonił, a ja wcześniej tylko kątem oka zdarzyłam zobaczyć, co jest za oknem.
- Nathan, zasłaniasz widok.
- Ja jestem widokiem - powiedział, jakby to była oczywista oczywistość.
- Tsaa. Ale ciebie mam na codzień, a Barcelonę nie - odsunęłam go od okna i weszłam na balkon. - Ale mega - powiedziałam. Hotel może i nie był przy samej plaży, ale był wysoki i mieliśmy wspaniały widok na domy niżej od nas i morze. - Już wiesz, gdzie jemy jutro śniadanie? - odwróciłam się przodem do Natha i pokazałam palcem na stolik i dwa krzesła obok mnie.
- Okej - wzruszył ramionami.
- To jakie są plany? - spytałam siadając obok niego na łóżku.
- Dzisiaj nic nie robimy, jest dopiero południe, więc możemy wyjść gdzieś, jak chcesz czy coś. Jutro nagrywamy tą piosenkę, o której nic wam nie powiemy. Pojutrze cały dzień koncentruje się na koncercie, no i potem jedziemy do Madrytu.
- A co będziemy robić tam?
- Spotkamy się z przyszłym managerem...
- Co? - zdziwiłam się. - Jak to przyszłym? Co z Martinem?
- Umowa, która była podpisana kończy się po trasie koncertowej. Martin chce spędzić więcej czasu z rodziną, dlatego jej nie przedłużamy. Przejmuje nas Scooter Braun, manager Justina Biebera.
- Serio? Wymieniacie Martina na Biebera?
- Jules, wiesz, że to nie tak. Najchętniej do tej pory bylibyśmy z Jayne, ale... życie idzie do przodu, nie wiesz, co przyniesie przyszłość - wzruszył ramionami.
-To tylko takie... smutne.
- A wiesz, co jest najlepsze na skutek? - uśmiechnął się lekko. - Jedzenie - wstał i wyciągnął rękę w moim kierunku. - Chodź, idziemy jeść.

Następnego dnia chłopcy z samego rana pojechali nagrywać piosenkę. A że to taka mega tajemnica, nie pozwolili nam jechać z sobą. Ale to nic, bo z Kelsey i Nareeshą potrafimy zorganizować sobie czas. Poszłyśmy na zakupy :).  Zjadłyśmy obiad na mieście, potem wróciłyśmy do hotelu. Dzień był chłodny, jak na tutejszy klimat, więc kiedy zdecydowałyśmy się pójść nad basen, zostałyśmy w letnich ciuchach zamiast wskoczyć w bikini.
Siedziałam na leżaku, czytałam książkę do momentu, kiedy ktoś zaszedł mnie od tyłu zasłonił oczy i pocałował.
- Niech zgadnę hmm... - powiedziałam, kiedy moje oczy wciąż były zasłonięte. - Bradley Cooper?
- Lepiej,  ja! - powiedział Nathan, podniósł lekko moje nogi, usiadł na końcu leżaka i położył je na swoich udach.
- Jak nagranie? - spytałam odkładając książkę.
- Dobrze, nagraliśmy całą piosenkę, teraz tylko musimy zrobić teledysk i mamy singiel.
- Świetnie - uśmiechnęłam się. - Dalej nie powiesz mi, co to za piosenka?
- Nie - pokręcił głową z satysfakcją. - Ale powiem ci, co teraz zrobimy - dramatyczna chwila milczenia. - Idziemy na kolację.
- Czyli co - powiedział Jay, który jeszcze przed chwilą gadał z Tomem i Kelsey - spotykamy się wszyscy za 15 minut?
- W zasadzie - zaczęłam i spojrzałam na Natha. Niech sam nas wykręci z grupowej kolacji.
- W zasadzie - mądry chłopiec, zrozumiał aluzję - ja i Jules mamy inne plany.
- Och nie, zostawicie nas dla kolacji na balkonie?! - oburzył się Tom. - Jeszcze za nami zastęsknicie.
- Na pewno zdarzę zatęsknić, zwłaszcza w czasie kilkunastogodzinnej jazdy tourbusem, kiedy będziemy budować fort z pościeli.
- Nie kpij z moich pomysłów, najlepiej się w nim bawiłaś - krzyknął swoim ledwie rozumialnym akcentem.
- Przyłapałeś mnie - powiedziałam oddalając się z Nathanem w stronę hotelu.
Wróciliśmy do naszego pokoju, Nathan wziął się za zamawianie kolacji. Po kilkunastu minutach wszystko było gotowe i przywiezione na sam balkon.
- Uła, wino. Nieźle, Sykes, nieźle - pokiwałam głową z uznaniem zajmując swoje miejsce.
- Jules?
- Tak? - podniosłam głowę i spojrzałam na Natha.
- Cieszę się, że tu jesteś - powiedział z uśmiechem.
- Ja też - odpowiedziałam.
Nathan patrzył na mnie bez słowa przez dłuższą chwilę, nachyliłam się nad stołem i czule go pocałowałam.
- No, a teraz jedz, bo nad wyraz dużo dzisiaj pracowałeś - powiedziałam i wgryzłam się w jedzenie.
- Jesteś mistrzynią w psuciu nastroju - stwierdził wciąż się uśmiechając.
- Taki już mój urok - wzruszyłam ramionami.

Następny dzień zleciał szybko - soundcheck i koncert. Z Barcelony pojechaliśmy do Madrytu, gdzie spędziliśmy tylko jeden dzień na koncercie, a chłopcy spotkali się z przyszłym managerem. Stamtąd pojechaliśmy prosto do stolicy Portugalii - Lizbony.
Zespół przygotowywał się do występu, a ja chillowałam się z Nareeshą i Kelsey i sprawdzałam fejsa, na którym nie byłam od wieków. Przyszło powiadomienie o poście od koleżanki na mojej tablicy.

Jesteś na pudelku, gwiazdo! ;)

I link. Serio, artykuł na pudlu nie był szczytem moich marzeń.  Otworzyłam link, sprawdźmy, co tam piszą.

Podczas gdy nasze rodowite celebrytki bezskutecznie szukają sposobu, żeby zaistnieć za granicą, a najlepiej za oceanem, sposób jest o wiele prostszy. Wystarczy "tylko" zacząć umawiać się z gwiazdą popu. Tak na wyspach zaistniała Julia Miller, rodowita Polka, jedna z wielu w Londynie, która w Wielkiej Brytanii jest znana głównie z bycia dziewczyną Nathana Sykesa, członka zespołu The Wanted, obecnie największych rywali innego brytyjskiego boysbandu One Direction. Młodzi poznali się w połowie tego roku, a na temat tego głoszonych jest mnóstwo teorii. Jedna z nich mówi, że poznali się w pubie, w którym pracuje Julia, inna, że pierwszy raz spotkali się na pokazie brytyjskiej marki Crisian & McCaffrey, gdzie Miller występowała w roli modelki (ciekawostką jest, że właścicielką firmy jest Nareesha McCaffrey, dziewczyna innego członka zespołu). Są też wersje bardziej spiskowe, jak na przykład ta, według której Julia jest podstawiona przez managment zespołu i cały związek jest udawany. Mimo niedługiego związku Polka zdążyła wziąć udział w bójce Sykesa ze członkiem One Direction (Louisem Tomlinsonem), odjechać karetką na sygnale z jednej z  największych imprez plenerowych, wdać się w bójkę z córką chrzestną Amy Winehouse - Dionne Bromfield oraz zostać pomówioną o anoreksję i ciążę. Nieźle, jak na dziewiętnaście lat. Może nasze gwiazdy powinny się od niej uczyć?

I standardowo masa zdjęć. Tsaa, niech będzie, że fejm się zgadza. Zespół wszedł do garderoby.
- Chcecie posłuchać coś zabawnego inaczej na mój temat? - spytałam.
- No dajesz - Nathan usiadł obok mnie i zaczął zaglądać w ekran.
- Po polsku, i tak nie zrozumiesz - wywróciłam oczami i zaczęłam im tłumaczyć.
- Że w sensie że jesteś gwiazdą czy coś? - spytał Max, gdy skończyłam.
- Ta strona to ostatnie miejsce, gdzie chcesz się znaleźć, niezależnie od tego czy jesteś gwiazdą, umawiasz się z gwiazdą lub chcesz być gwiazdą - zatrzasnęłam laptopa.
- Jules, tylko o tobie napisali, co w tym złego? - wzruszył ramionami Nathan.
- Nie znasz polskiej mentalności. Mimo wielkiej szansy, że więcej już o mnie nie napiszą, bo sorry, ale o was nigdy nic tam nie było, to przez najbliższe dwa dni ludzie będą brali mnie za celebrytkę i z każdej strony będzie się sypał hate, hate i jeszcze raz hate, bo hating powinien być naszym sportem narodowym tak w ogóle.
- Jules - powiedziała Nareesha.
- Bądź sobą - dodała Kelsey.
- I chrzań, co inni o tobie myślą - wtrącił Jay.
- Lubimy cię taką - dokończył Tom.
- Oooch kochani jesteście - powiedziałam z uśmiechem. - To jest idealny moment na... zbiorowy przytulas!
Wszyscy razem zebraliśmy się i staliśmy tak, aż Kevin dosłownie wyciągnął ich za uszy na scenę.

Ten jest trochę krótszy, wiem, ale to miałam ochotę dodać dzisiaj coś nowego, a już nie mam pomysłu, co dopisać dalej, a też nie chcę, żeby był taki meeega długi jak ostatni na drugim blogu, więc czytajcie i bierzcie z tego wszyscy :) x

czwartek, 9 maja 2013

46. J'aime Paris.

Kocham tą bandę wariatów, ale ponad dwanaście godzin w jednym tourbusie to zbyt wiele... W południe dojechaliśmy do Paryża. Zameldowaliśmy się w hotelu, przed którym czekały fanki. Chłopcy jak zwykle mili i uśmiechnięci, a ja po prostu chciałam iść się umyć. Kiedy w końcu dotarliśmy do pokoju i weszłam pod prysznic byłam najszczęśliwsza na świecie. Przespaliśmy się godzinkę, zjedliśmy obiad i całą bandą wyszliśmy w miasto. Kręciliśmy się razem, ale z czasem porozchodziliśmy się. Ilość zdjęć, które zrobiłam z Nathanem osiągnęła chyba jakieś apogeum.
-Naaaath... - zamarudziłam w opewnym momencie.
- Tak?
- Jest zachód słońca, chcę na wieżę Eiffla.
Chłopak sprawdził na telefonie godzinę.
- Emmm... Jeszcze nie możemy tam iść.
- Czemu?
- Bo... Bo nie. Obiecuję, że pójdziemy tam dzisiaj, ale nie teraz.
- Czemu? - powtórzyłam się.
- Nie mogę ci powiedzieć - dobra, widziałam, że chciał powiedzieć, ale nie mógł.
Pokręciliśmy się, po dwudziestej pierwszej w końcu mogliśmy wejść na wieżę.
- To co, schody? - spytał.
- Żartujesz, prawda?
- Tak, wyluzuj się - zaśmiał się.
Windą wjechaliśmy na samą górę. Widok był niesamowity.
- Wow... - wyszeptałam.
- O czym myślisz? - spytał Nathan, obejmując mnie od tyłu.
- Ten widok... Piękny.
- Znam coś piękniejszego - stwierdził
- Tak?
Nath obrócił mnie przodem do siebie.
- Tak - oparł swoje czoło o moje. - Ciebie - wyszeptał i czule mnie pocalował. Po chwili spojrzał mi w oczy i zaczął odgarniać włosy z twarzy.
- Kocham Cię - powiedzieliśmy jednocześnie, całkiem przypadkowo i wybuchnęliśmy śmiechem.
- Wiem, gdzie zrobimy sobie mega zdjęcie - powiedział po chwili i zjechaliśmy na dół.
Poszliśmy w miejsce, z którego był mega widok na wieżę Eiffla. Nathan wyciągnął telefon z kieszeni.
- No nie wierzę - powiedziałam.
- Co?
- Masz na tapecie to zdjęcie z lotniska, przed wylotem do Ameryki - powiedziałam z uśmiechem.
- A no mam.
Włączył aparat i zrobiliśmy sobie faktycznie mega zdjecie na tke oświetlonej wieży.
- Powiesz mi w końcu, czemu nie mogliśmy wejść tam wcześniej? - spytałam.
- Nie - odpowiedział stanowczo. - Z resztą jutro pewnie się dowiesz.
Powoli wróciliśmy do hotelu, w połowie drogi zaczęłam się zastanawiać, co mnie podkusiło, żeby założyć obcasy, ale stłumiłam marudzenie w sobie. Spotkaliśmy także Kevina, Martina, Jaya i Maxa, którzy spędzali czas w Paryżu na swój sposób. Winny sposób.

Rano wszyscy spotkali się na śniadaniu. Tylko Siva i Nareesha jakoś dziwnie się zachowywali.
- Siveesha, z wami wszystko ok? - spytałam.
Dwójka spojrzała po sobie z uśmiechem.
- Więc... - zaczął Seev.
- Wczoraj Siva poprosił mnie o rękę - Nareesha pokazała rękę z pierścionkiem. - I powiedziałam "tak" - dokończyła z uśmiechem.
Z ust moich i Kelsey wydał się niepohamowany pisk.
- Boże, tak się cieszę - podeszłam i przytuliłam Nareeshę.
- Gratulacje - objęłam Sivę.
- Chwila - spojrzałam na Natha. - Ty wiedziałeś - powiedziałam oskarżycielsko. - Dlatego odwlekałeś wieżę Eiffla. I nic mi nie powiedziałeś! Zrobił to na wieży, prawda? - spytałam Nare.
Dziewczyna z uśmiechem pokiwała głową.
- Dzięki, Seev - powiedział Tom. - Teraz jeśli mnie najdzie na oświadczyny, będę musiał to zrobić na księżycu, żeby cię przebić - pokręcił z niedowierzaniem głową. - Ake gratulacje.
Każdy z każdym zaczął się ściskać i gratulować. Max z jednej strony cieszył się, ale widziałam w nim jakiś smutek.
- To następną dobrą wiadomością jest, że jedziemy do Disneylandu - powiedział Martin. - Plan jest taki. Za godzinę wyjazd, na miejscu jesteśmy o 11, nie mamy czasu iść na wszystko, bo jesteśmy tam do 16, o siedemnastej wracamy.
- Yeaaaah! - przybiłam piątkę z Nathanem.
Po śniadaniu poszliśmy szybko do swoich pokoi przygotować się do wyjazdu.
- Co jest z Maxem? - spytałam.
- Co masz na myśli? - spytał Nath.
- Kiedy gratulował Nareeshy i Sivie, niby się cieszył, ale jednak było w nim coś smutnego.
- Jakaś jego część wciąż kocha Michelle. Nie miał nikogo odkąd zerwali, ona zaczęła umawiać się z Markiem czy kimś tam, no i wiesz... On chyba wciąż ma jakąś nadzieję.
- Och, tak mi go szkoda... - powiedziałam smutno.
- Wszystkim jest - stwierdził Nathan.

Godzinę potem byliśmy już w drodze do Disneylandu. Patrząc na mnie nikt by nie pomyślał, że mam 19 lat, zarabiam sama na siebie i mieszka dwa tysiące kilometrów od domu. Cieszyłam się jak małe dziecko.
- Będzie suuuuuper - podskakiwałam na fotelu.
- Julie... Zaraz śniadanie mi się cofnie - zamarudził Tom.
- Oj no sorry, nigdy nie byłam w Disneylandzie i zaczęłam podskakiwać dalej.
Po godzinie jazdy znaleźliśmy się na miejscu.
- Ile kosztuje mms do Polski? - spytałam.
- Mnóstwo - stwierdzili zgodnie.
- Trudno. Wkurzenie mojego brata jest bezcenne. Nath, zrób mi zdjęcie - podałam mu telefon, ustawiłam się na tle Disneylandu i po chwili wysłałam mmsa do mamy.
- Jesteś wredną siostrą - stwierdził Jay.
- Wiem, słyszę to piętnaście lat - wzruszyłam ramionami.
Milion razy jeździliśmy na kolejkach, mamy zdjęcia z Myszką Miki i księżniczkami Disneya, siedzielibyśmy tam pewnie z tydzień, ale Martin i Kevin dosłownie za szmaty nas stamtąd zabrali. Po drodze zahaczyliśmy od McDonald's, co o mało nie przyprawiło Martina o palpitacje serca i na okrągło powtarzał "Spóźnicie się na koncert, spóźnicie się na koncert" i "Pamiętajcie, że macie jeszcze koncerty przed wywiadem". Kochany trochę za bardzo się stresuje. Nie wiem za bardzo po co, bo przyjechaliśmy tylko 15 minut później niż było w planie. Koncert zaczynał się o dwudziestej, więc nie wiem, po co ta panika, skoro byli już po próbie dźwięku. Siedzieliśmy w garderobie, w innym pomieszczeniu chłopcy mieli udzielić kilku wywiadów. Tylko dzięki temu, że udało się je przenieść na ten czas przed koncertem mogliśmy jechać do Disneylandu.
Siedzieliśmy jeszcze wszyscy w garderobie, kiedy przyszedł Martin.
- Dziewczyny, siedzicie tutaj, oglądacie zza kulis czy idziecie na widownie, bo są akurat trzy miejsca w strefie VIP? - spytał.
- Idziemy na widownię! - krzyknęłam i zerwałam się z kanapy po przepustkę. Wszyscy popatrzyli się na mnie, jak na wariatkę. - No co? Nie oglądałam was z widowni. Musi być ten pierwszy raz - wzruszyłam ramionami.
- To idziemy z tobą - Nareesha i Kelsey też wzięły przepustki.
- Na razie jeszcze zostańcie tutaj, a chłopaki na wywiady.
Zespół wyszedł, a my zostałyśmy w garderobie.
- Cool, jestem VIPem - mruknęłam oglądając przepustkę. - Mogę to zatrzymać, no nie?
- Tak - pokiwała głową Nareesha. - Ale po kilkunastu zacznie ci się nudzić.
- Wtedy będę je sprzedawać - zaśmiałam się.
Do pomieszczenia wszedł Kevin.
- Ludzie powoli się wtaczają, możecie zająć miejsca - powiedział.
- Okej - leniwie się podniosłyśmy.
- Ale ruszcie się, Nathan prosił żebym was przeprowadził - wywrócił oczami.
- Ochh, kochany - powiedziałam słodko. - No to chodźmy - ruszyłam do drzwi.
Idąc na widownie przechodziliśmy koło chłopaków, akurat udzielali wywiadu. Patrzyłam na
Nathana, czekając aż popatrzy w moją stronę. W końcu się odwrócił.
- Guma! - powiedziałam bezgłośnie i wskazałam na usta. Rzuć gumę w czasie wywiadu, ludzie trzymajcie mnie.
Zajęłyśmy swoje miejsca. Szczerze było  mi trochę szkoda innych, bo miałyśmy najlepsze miejsca.
Koncert zaczął się nadzwyczaj punktualnie jak na The Wanted. I niesamowita metamorfoza Nathana. Jak na codzień jest wręcz dziwaczny i najchętniej nie rozstawałby się z kubkiem herbaty, tak na scenie dostawał swoich sykesowych ruchów i robił się nie do poznania. Skończyli jak zwykle "I Found You". Solo Natha na żywo nigdy mi się nie znudzi. Jedyne, co mnie zmartwiło to jego nieciekawa mina, kiedy skończył.
Opuściłam z dziewczynami swoje miejsca, żeby usunąć się zanim inni zaczną wychodzić w tym część za kulisy, bo kupiły te wypasione bilety z wejściem w pakiecie. W drzwiach do garderoby minęłyśmy się z chłopakami. Nathan szybko objął mnie i pocałował.
- Byłeś świetny. Ale ta mina po solówce? - spytałam.
- Zabolało mnie gardło - wyruszył ramionami. - Trzymaj to - dał mi swoją wodę, cmoknął w czoło i poszedł spotkać się z fankami.
Po prawie trzech godzinach mogliśmy ruszyć w drogę. Chłopcy uparli się, że nie wyjeżdżają dopóki scena nie jest złożona i spakowana. Kiedyś wyjechali wcześniej i zaginęła im po drodze czy coś.
- Mam wiadomość - powiedział Martin zanim jeszcze wsiedliśmy do tourbusa.
- Udało się?  - spytał Max.
- Tak. Tak więc w Madrycie będziemy pracować w nowym studio, nagramy tam jedną piosenkę, a w Barcelonie w studio innego typu nagramy teledysk.
- To ta piosenka? - spytał Tom.
- Tak.
- Jaka piosenka? - spytałam jednocześnie z Kelsey i Nareshą.
- Nie powiemy wam, zobaczycie - wzruszył ramionami Nathan.
- Jesteś wredny - szturchnęłam go.
- Musisz z tym żyć - powiedział z głupim uśmiechem.
Poszliśmy do tourbusa, żeby spędzić w nim kolejne kilkanaście godzin...


Przepraszam, że musieliście tyle czekać i że jest jakiś taki krótki, ale mam matury a to nie służy mojej wenie :( zwłaszcza rozszerzenie z angielskiego, które mnie zabiło. Ale jeszcze tylko rozszerzony polski i wos, dwa ustne i koniec (: xxx