czwartek, 12 grudnia 2013

71. Śmiać się przy nim, płakać, gdy chcesz płakać, krzyczeć, kiedy chcesz krzyczeć.

Stałam z Nathanem pod gabinetem. Denerwowałam się, on z resztą też. Mimo uśmiechu, którym chyba chciał dodać mi otuchy, wiedziałam, że jego też zżerały nerwy.
- Denerwujesz się? - spytałam.
- Nie, czemu miałbym się denerwować? - spytał, ale prychnięcie, nie wyszło mu zbyt naturalnie.
- Kłamca - mruknęłam wypluwając gumę do kosza.
- Jules, to twoja wizyta, czemu ja miałbym się denerwować?
W tym momencie drzwi otworzyły się i z pomieszczenia wyszła uśmiechnięta pani terapeutka.
- Dzień dobry, nazywam się Melanie Friend - serio, ma na nazwisko "przyjaciel" od urodzenia, czy zmieniła je dla zawodu? Jak miało budzić zaufanie, to nie podziałało, miałam ochotę uciec. - To z panią byłam umówiona, tak? - spojrzała na mnie miło.
- Dzień dobry, tak ze mną.
- Dobrze, ale zanim porozmawiam z panią, zapraszam pana do siebie na chwilę - zwróciła się do Nathana. Chłopak uśmiechnął się do mnie i zniknął za drzwiami z kobietą.

OCZAMI NATHANA
- Proszę usiąść.
- Dziękuję.
Terapeutka zajęła miejsce na przeciwko mnie.
- Chciałam z panem porozmawiać, bo to pan zapisał panią Miller na wizytę.
- Owszem - ściągnąłem brwi.
- Co pana do tego skłoniło?
- Hmmm - wziąłem głęboki oddech. - Nie wiem od czego zacząć... To znaczy nie wiem, którą kwestię najpierw poruszyć...
- Proponuję od początku - uśmiechnęła się zachęcająco.
- Więc wszystko zaczęło się od wypadku. Ja byłem w Stanach, Jules odwoziła moją siostrę, walnął w nie inny samochód. Jul była nieźle poturbowana, kilka dni była w śpiączce, później okazało się, że w wyniku wypadku straciła dziecko. A nawet nie wiedziała o ciąży. Od tamtego czasu zmieniła się... Zamknęła się w sobie, na początku w ogóle nie chciała jeść, stała się jak robot, w ogóle się nie odzywa, chyba, że ktoś ją o coś spyta, potrafi gapić się non stop w jeden punkt, ma  takie puste spojrzenie... I często płacze. Zamyka się w łazience albo robi to, kiedy jest sama w pokoju. Jest wyprana z emocji...
- Próbowałeś z nią rozmawiać na ten temat?
- Tak, ale zawsze zbywa mnie, mówiąc, że nic jej nie jest, że zdaje mi się i tak dalej.
- A jak długo to trwa?
- Odkąd lekarz powiedział o ciąży.
- A czy robiłeś coś, żeby jej pomóc?
- Chciałem, próbowałem, ale ciężko jest pomóc komuś, kto nie daje sobie pomóc... Doszło nawet do tego, że żeby sprowokować u niej jakąś reakcję, oblałem porzeczkowym sokiem jej ulubioną białą bluzkę. Na nic. Wzruszyła ramionami i poszła się przebrać. I wtedy chociaż wstyd mi się do tego przyznać, poszedłem za nią, trochę wybuchnąłem, a w efekcie, ona się rozpłakała, zamknęła się w łazience, a kiedy wyszła, prosiła, żebym jej nie zostawiał.
- Yhhym, rozumiem... Tak tylko dla pewności spytam, zamierzasz ją zostawić, jak już dojdzie do siebie?
- Nigdy jej nie zostawię. Nigdy - powiedziałem śmiertelnie poważnie.
- Dobra, teraz porozmawiam z Jules.

OCZAMI JULES
Drzwi od gabinetu otworzyły się, pierwszy wyszedł Nathan, z którego twarzy nic nie mogłam wyczytać, zaraz za nim terapeutka.
- Proszę, Jules, teraz ty - powiedziała z uśmiechem.
Lekko uśmiechnęłam się do Nathana, weszłam do środka i zajęłam miejsce na jednym z dwóch obłędnie fioletowych foteli. Nie lubię fioletowego.
- Jak mija dzień? - spytała uśmiechając się.
- W porządku - odpowiedziałam bez emocji.
Spojrzała na mnie. Chwila ciszy, w końcu wzięła głęboki oddech.
- Dobrze, Jules... Mogę tak do ciebie mówić?
- Proszę - wzruszyłam ramieniem.
- Jules, słyszałam od twojego chłopaka, że niedawno miałaś poważny wypadek samochodowy...
- Miałam.
- Długo leżałaś w szpitalu?
- Owszem.
- Ale już wszystko w porządku?
Ściągnęłam brwi powstrzymując łzy.
- Jeżeli w porządku można nazwać stratę dziecka...
W gabinecie nastąpiła chwila ciszy.
- Byłaś w ciąży? - spytała kobieta spokojnym tonem.
- Okazało się, że tak. Znaczy sama o tym wcześniej nie wiedziałam - wyjaśniłam.
- Rozumiem - kiwnęła głową. - Więc jak zareagowałaś, gdy dowiedziałaś się o stracie dziecka, którego istnienia nie byłaś pewna?
Wzięłam głęboki oddech.
- Na początku w ogóle to do mnie nie dotarło i nie trafiło, ale potem... - zatrzymałam wzrok na stoliku - Potem doszło to do mnie z podwójną siłą i może to głupie, ale naprawdę poczułam, że czegoś mi zabrakło. Że jest mi tak pusto...
- To wcale nie głupie, Jules - zaznaczyła psycholog. - To jest właściwa reakcja matki na wieść o stracie dziecka. Jak rozumiem nadal jest ci ciężko z tego powodu?
- Chyba tak... - niemalże szepnęłam. - Nie potrafię tak po prostu przejść do porządku dziennego, jakby nic się nie stało...
- Ale nikt od ciebie tego nie wymaga. Twoi bliscy wiedzą, co się stało i mają świadomość, że nie jest ci łatwo.
- I właśnie dlatego nie chcę im dokładać zmartwień z powodu mojej osoby.
- Co masz na myśli?
- Staram się być silna i pokazać, że wcale nie jest tak źle...
- Ale chyba twój bohaterski plan nie wypalił, co?
- Niestety... - mruknęłam.
- Nathan rozmawiał z tobą o tej całej sytuacji?
- Próbował, ale go zbyłam.
- Dlaczego?
- Bo...
- Tak?
- Bo wierzyłam, że sama sobie poradzę i nie chciałam go w to wszystko wciągać. Chciałam, żeby myślał, że jest okej. Jeśli płakałam to tylko w nocy lub w łazience, żeby nie widział... Po prostu boję się, że mnie zostawi, że już mnie nie zechce - do oczu napłynęły mi łzy, tak ciężko było mi o tym mówić...
Terapeutka podała mi pudełko z chusteczkami. Ciekawe, czy dużo takich chusteczek schodziło...
- Jules, jakie masz podstawy, żeby tak myśleć?
- Co pani ma na myśli?
- Pomyślmy razem... Czy Nathan dał ci kiedykolwiek chociażby jeden znak, że cię zostawi, gdy będziecie mieli wspólne problemy? Czy nigdy cię nie wspierał? Czy powiedział kiedykolwiek, żebyś radziła sobie sama?
Zaczęłam bardzo intensywnie myśleć, chociaż nie było nad czym. Nathan nigdy tak nie powiedział, zawsze był przy mnie, wspierał mnie i opiekował się mną. Zawsze.
- Właściwie... to nie. Nigdy.
- Jesteś pewna?
- No tak! - podniosłam lekko głos.
- A powiedziałaś mu o swoich obawach? Że boisz się, że zostawi cię teraz?
- Tak.
- I co ci ciekawego powiedział?
- Że mnie kocha i jak w ogóle mogłam pomyśleć, że mnie rzuci - leciutko uśmiechnęłam się pod nosem, na wspomnienie tego, jak stałam na korytarzu wtulona w niego, jeszcze w gipsie i koszulce oblanej tym przeklętym sokiem, cała zapłakana.
- Czy Nathan kiedykolwiek okłamał cię w sprawie uczuć?
- Nigdy - wymieniłyśmy uśmiechy.
- Myślę, że o sprawę z zakończeniem związku nie musisz się martwić. Dobrze, to teraz wróćmy do obecnej sytuacji między wami...
- On nigdy nie zrozumie, jak ja czuję się przez tą ciążę... - przerwałam.
- Pamiętaj, że to było też jego dziecko. On też bardzo to przeżył.
- Wiem... Dlatego nie chciałam mu dokładać więcej od siebie.
- Ale zatajaniem swoich uczuć mu nie pomogłaś... Przecież od tego jesteście razem, żeby wspierać siebie nawzajem, tak?
- Tak.
- Musisz być z nim szczera, Jules. Śmiać się przy nim, płakać, gdy chcesz płakać, krzyczeć, kiedy chcesz krzyczeć. On musi wiedzieć, co ci leży na sercu. Zobacz, gdy on nie mógł sobie poradzić widząc, jak się zachowujesz, powiedział ci o tym. To bardzo piękne z twojej strony, że nie chciałaś go niepokoić, ale myślę, że będzie lepiej, jeśli będziecie jeszcze więcej ze sobą rozmawiali.
- Wiem - westchnęłam. A w zasadzie doszłam do tego dopiero teraz. Do czego to doszło, musiałam iść do psychologa, żeby on uświadamiał mnie i podstawach związku...
- Jules, spróbuj mi opowiedzieć, jak czujesz się teraz kilka dni po wyjściu ze szpitala.
- Szczerze?
- Tylko szczerze.
- Nijak. Wszystko jest beznadziejne, nic nie przynosi mi radości, wszystko jest takie zwykłe. A wręcz szare i nie mówię tu o pogodzie za oknem. Nawet nie mogę znaleźć w swojej głowie jakiegoś punktu z wymarzonej przyszłości, który dałby mi trochę pociechy.
- Nie widzisz przed sobą satysfakcjonującej perspektywy?
- Niczego - to akurat nie wiem, czy było skutkiem wypadku. Już wcześniej wpadłam w lekki marazm, ale kto by nie wpadł... Nie miałam pracy, mieszkania, mieszkałam z chłopakiem i jego czterema kumplami.
- A jakie jest twoje największe marzenie? Ale tylko twoje?
- Nie wiem. Nie mam marzeń.
- Bzdura. Każdy ma.
- Ale ja naprawdę nie wiem... - jęknęłam. Niech nie naciska, niech nie naciska, bo znowu mogę się rozpłakać.
- W  porządku, widocznie gdzieś ci teraz uciekło. Pewnie jesteś już zmęczona przez dzielenie się smutkami życia, co?
- Trochę tak - nie przywykłam do zamęczania ludzi swoimi problemami, zazwyczaj umiałam sama sobie z nimi poradzić. - Ja wiem, że może to dziwnie wygląda, że nie wiedziałam nic o dziecku, ale jak je straciłam to zaczęłam się przejmować. I tak, wiem, że nie tylko mi się to zdarzyło, ale... to jest takie trudne.
- Nie ma nic głupiego, ani dziwnego w twoim zachowaniu i masz rację, nie tylko tobie się to przydarzyło. Jedne kobiety przeżywają to tak jak ty, jest im bardzo trudno, a innym szybko udaje się pozbierać, ale każdy ma inny wskaźnik bólu. Więc jeśli ci to dokucza, a na pewno tak jest, to nie ma co od tego uciekać... Porozmawiałybyśmy jeszcze, opowiedziałabyś mi, jak ci się układa z Nathanem, hm?
- W porządku.  Przyjdę za 3 dni - nie miałam nic innego do roboty, a nic przy tym nie traciłam.
- Świetnie - terapeutka uśmiechnęła się. - Chciałabym jeszcze przez chwilę porozmawiać z Nathanem.
- Spoko - podniosłam się z fioletowego fotela.
Wyszłam z gabinetu.
- Jak tam? - spytał Nathan.
- Nieźle - odpowiedziałam. - Chce cię jeszcze widzieć - kiwnęłam głową w stronę drzwi.
- Dobra, to zaraz wracam - Nath podniósł się z krzesła, lekko musnął moją dłoń i wszedł do środka.

OCZAMI NATHANA
- Tak? - spytałem zamykając za sobą drzwi.
- Sprawa wygląda tak - westchnęła terapeutka. - Jules ma stan przeddepresyjny - powiedziała. Widząc moją minę, która wyraźnie wskazywała, że nic z tego nie rozumiem, kontynuowała: - Jules tak skoncentrowana na tym, żeby nie zawracać innych swoimi kłopotami, że nie dopuszcza do siebie ludzi, bo boi się odrzucenia.
- To zupełnie do niej niepodobne - pokiwałem głową.
- Pewne wydarzenia zmieniają ludzi. Nie mówię, że na stałe. I wydaje mi się, że dobrym pomysłem byłoby, gdybyście gdzieś wyjechali, na jakieś krótkie wakacje na przykład.
- Ja nie mam nic przeciwko, ale wydaje mi się, że Jules boi się środków transportu. A przynajmniej samochodów.
- Naprawdę? - terapeutka się zdziwiła.
- Tak mi się tylko wydaje, po prostu jak jedziemy autem, cały czas mocno ściska moją rękę, patrzy w podłogę, a jak auto już się zatrzyma, to wybiega, aż się za nią kurzy.
- Dobrze, porozmawiam z nią o tym za trzy dni, kiedy będziemy mieć kolejną wizytę.

OCZAMI JULES
Nathan wyszedł z gabinetu, zadzwonił po taksówkę i wróciliśmy do domu. W samochodzie nie odzywałam się, ale nie było to nowością, bo za każdym razem uciekałam myślami gdzie indziej byle tylko nie myśleć o tym, że jadę samochodem. A myślałam nad tym, o czym rozmawiałam z terapeutką. Jedno było pewne, musiałam więcej rozmawiać. Nawet nie tylko z Nathanem. Ze wszystkimi. Totalnie odsunęłam ich od siebie, nawet nie wiedziałam, co u nich słychać. Nie wiem, jak bardzo skacowany był Jay po wygraniu dwóch nagród, nie wiem, czy Max znowu znalazł sobie koleżankę do hotelu, nie pytałam Nareeshy, jak idą przygotowania wesela... I chyba to jest to, nad czym zamierzam popracować przez następne trzy dni...


Pierwsze i najważniejsze - ten rozdział wyglądałby całkiem inaczej, a może w ogóle nie powstałby w takiej formie, gdyby nie pomoc wspaniałej, nieocenionej, ale docenionej i jedynej w swoim rodzaju San, która napisała większość (jakieś 99,9%) rozdziału. Bo kto inny mógłby opisać wizytę u psychologa, jeśli nie studentka psychologii (w zamian ja mogę jej napisać wizytę... u księgowej?;/). 
San jeszcze raz, ogromne DZIĘ-KU-JE-MY! Nobel i Oscar ozdobiony cyrkoniami i żelkami już się tworzą (: 
Czy wspominałam, że pisała to na telefonie?
Inna mniej wesoła sprawa...
Pisałam już o tym na drugim blogu, pora też tutaj. Mam pewne złe wieści... Znaczy, czy się sprawdzą, to czas pokaże. Otóż, wielkimi krokami zbliża się sesja (brr...), a ja może i nie mam egzaminu z matematyki po tym semestrze, ale mam kolokwium czy tam zaliczenie, w sumie wychodzi na to samo, muszę to zdać. A że uczenie matmy w szkole nie za bardzo wychodzi, uczę się jej praktycznie sama oglądając eTrapeza (większość z Was pewnie nie wie, o czym mowa, ale uwierzcie mi - na studiach się dowiecie. I szczerze, ostatnio dosyć się obijałam, jeśli o matmę chodzi i dopiero dzisiaj koleżanka uświadomiła mi, że muszę obejrzeć ponad dwadzieścia filmików, które trwają średnio 30-60 minut, a samo obejrzenie, to nie wszystko, trzeba też porobić jakieś zadanka. Do czego zmierzam... Muszę przyłożyć się do tej matmy, porządnie, dlatego nie wiem jeszcze jak odbije się to na blogach, możliwe, że rozdziały będą krótsze, albo dodawane rzadziej, jeszcze nie wiem. Po prostu, uznałam, że powinnam Was uprzedzić... Ale póki co...:

Anonimku - chyba nie sądzisz, że pozwoliłabym siedzieć im w tym domu w LA dwa miesiące i nie zrobić żadnego odpału ;) Ale do tego jeszcze daleka droga :)
Kami PL - nie przepraszaj za długi komentarz, lubię długie komentarze , które zmuszają mnie do myślenia nad moim blogiem :) PS Poza tym nie wiedziałam, że mój blog zmusza ludzi do myślenia, to chyba dobrze, nie? ;P

aaa, póki pamiętam pod tym linkiem możecie głosować w eskowej Gorącej 100 (jak gorąca dwudziestka, tylko z całego roku)  na Wantedowe "I Found You" i "Walks Like Rihanna", a jeśli już tam będziecie możecie też z łaski swojej zagłosować na Lawsonową "Juliet" ;):  
Aaa, jeśli jest tu ktoś, kto miał bilet na koncert w Berlinie, czy gdziekolwiek indziej - bardzo mi przykro, że koncert się nie odbędzie :(
Aaa numer 2, Siveesha <3 Nic więcej nie muszę dodawać.

Love xx (Notka wyszła prawie długości rozdziału lol). 

środa, 4 grudnia 2013

70. Robot z oczami pustymi jak lalka.

Następnego dnia rodzice i Maciek musieli już jechać do domu - wiadomo, młody koniec semestru, a jak znam jego, to w styczniu każdy dzień jest na wagę złota, a rodzice też nie dostali nie wiadomo ile wolnego. Dwa dni później i mnie wypisano ze szpitala i mogłam wrócić do domu. Dalej byłam nieswoja, dlatego poprosiłam Nathana, żeby powiedział chłopakom o ciąży, z zaznaczeniem, że ja nie zamierzam o tym mówić, kiedy wyjdę ze szpitala. Tak, poprosiłam. Zauważyłam w końcu, że moje zachowanie sprawia mu przykrość, a nie mogę całe życie usprawiedliwiać się wypadkiem. Ale nie potrafiłam też wrócić do normalności, do bycia sobą sprzed wypadku. Dlatego zawsze odzywałam się miło, zakodowałam sobie w głowie, że muszę jeść, więc zjadałam posiłki, byłam perfekcyjna. A że mówiłam mało, to już inna sprawa. Potrafiłam godzinami gapić się w jeden punkt. Kiedy byłam sama nie przeszkadzało mi to, ale kiedy Nathan siedział ze mną, czułam na sobie jego zraniony wzrok. Bardzo mnie to bolało, ale gdyby wiedział, byłby jeszcze bardziej smutny, dlatego nic po sobie nie okazywałam, dopiero gdy wychodził, płakałam w samotności.
- Dobra, powtórzę, żebyś zapamiętał. Weź mi, proszę, wygodne i luźne ciuchy, nie chciałabym, żeby ktoś zobaczył, jak wychudzona jestem, mogą być dresy i do tego jakieś sneakersy - przed wyjściem jeszcze raz uzgadnialiśmy, co Nathan ma wziąć mi jutro, żebym miała w czym wyjść ze szpitala.
- Kupiłem ci nową kurtkę, bo stara... było dużo krwi.
- Dobrze, dziękuję.
- Przynieś ci coś jeszcze jutro?
- Nie, dziękuję. Po prostu coś do ubrania.
- Dobra, będę koło dziewiątej, do jutra - pocałował mnie w policzek i wyszedł.
Położyłam się na boku, objęłam brzuch rękoma i patrzyłam w okno, aż zasnęłam...
Rano zjadłam śniadanie, dostałam wypis i czekałam, aż Nathan przyjdzie z ciuchami dla mnie i będę mogła w końcu wyjść z tego szpitala.
W końcu przyszedł, miał torbę z ciuchami dla mnie, a oprócz tego wielkiego miśka i bukiet kwiatów.
- O rany, Nathan, dziękuję - po raz pierwszy ostatnimi dniami szczerze się uśmiechnęłam.
- Dla mojej najwspanialszej dziewczyny - podał mi prezenty z uśmiechem.
- Dziękuję - położyłam rzeczy na łóżku, zarzuciłam mu ręce na szyję i po raz pierwszy od wypadku pocałowałam.
- Dobrze będzie mieć cię znowu w domu - powiedział cicho Nathan.
- Dobrze będzie być w domu - odpowiedziałam. - Daj mi chwilę, tylko się przebiorę.
Poszłam do łazienki, przebrałam się i prędko wyszłam z Nathanem ze szpitala. W jednej ręce trzymałam kwiaty, pod pachą miśka, drugą mocno trzymałam Nathana, jakbym bała się, że mi ucieknie. Wyszliśmy z budynku, samochód czekał przed wejściem i kiedy już miałam do niego wchodzić... zablokowałam się. Stanęłam w miejscu, a w głowie zaczęły mi przelatywać chwile z wypadku... pierwsze uderzenie... przelot przez barierki...
- Jules, wszystko okej? - spytał Nathan.
- Tak, jasne - szybko otrząsnęłam się, skupiłam wszystkie, absolutnie wszystkie siły, zacisnęłam zęby i wsiadłam do auta.
Całą drogę ściskałam rękę Nathana i czekałam na moment, w którym w końcu będę mogła wysiąść, a droga jak na złość dłużyła się i dłużyła. Kiedy już zatrzymaliśmy się pod domem, wysiadłam tak szybko, aż zadziwiłam samą siebie zważywszy na to, że dopiero wyszłam ze szpitala. Na chodniku poczekałam na Nathana, któremu aż tak się nie spieszyło i  razem weszliśmy do domu.
- Jesteśmy! - krzyknął biorąc ode mnie kurtkę.
Sekundę później po całym domu niosło się zbieganie po schodach.
- Jules! - na przodzie oczywiście Tom.
- Ostrożnie - ostrzegł Nathan, kiedy wszyscy zaczęli mnie przytulać.
- Jak się czujesz? - spytał Siva.
- Było lepiej, ale było też gorzej - odpowiedziałam.
Wszyscy razem usiedliśmy w salonie i oglądaliśmy filmy. Wszystko było w porządku dopóki główna bohaterka, czy ktokolwiek inny, niezbyt rozumiałam fabułę, może dlatego że niezbyt się na nim skupiałam, odkryła, że jest w ciąży. Dopiero słowo "ciąża" przykuło moją uwagę do filmu, ale raczej w przykry sposób, bo nawet nie patrzyłam w ekran, tylko spuściłam wzrok i bawiłam się sznurkami od bluzy.
- Czuję na sobie te ukradkowe spojrzenia - powiedziałam i przejechałam wzrokiem po wszystkich. - Ktoś chce herbaty? - spytałam, nie było chętnych. - Czyli zrobię tylko sobie.
Wstałam z fotela i poszłam do kuchni. Nie chciałam herbaty AŻ TAK, że musiałam wypić ją akurat teraz, AŻ TAK chciałam zostać sama. Nastawiłam wodę w czajniku, oparłam się łokciami o parapet i patrzyłam przez okno. Było tak szaro i zimno... Nagle poczułam, jak ktoś mnie obejmuje.
- Co, jednak chcesz nie herbatę? - spytałam.
- Nie, nie chcę. Martwię się o ciebie - powiedział Nathan cicho opierając brodę o mój zdrowy bark.
- Nie widzę powodów, żebyś miał się martwić.
- Za to ja widzę, że nie jesteś sobą.
- Po prostu jestem jeszcze osłabiona - obróciłam się przodem do niego. - Nie musisz się martwić - zapewniłam i czule go pocałowałam.
- Jul, nie odciągniesz tym mojej uwagi - powiedział, kiedy odsunęłam się i poszłam zalać sobie herbatę.
- Nie nie próbuję odciągać - powiedziałam kierując się z kubkiem w kierunku schodów.
- A ty dokąd?
- Położyć się. Chcę się chwilę przespać.
Moje ciche prośby się spełniły i Nathan nie miał zachcianek pójścia ze mną. Weszłam do pokoju, postawiłam kubek na półce i w ciuchach wgramoliłam się do łóżka, co zważywszy na fakt, że duża część mojego ciała jest ogipsowana wyglądało dosyć niezdarnie. Położyłam się i już po chwili po moich policzkach znowu leciały pojedyncze łzy. Okłamywałam poniekąd Nathana, i nie tylko jego, ale nie chciałam, żeby wiedział, jak źle ze mną jest, jak źle znoszę to wszystko, że gdyby płakanie miało jakiś limit, to ja wyczerpałabym swój na jakieś pięć lat.
Następnego dnia Nathan zrobił mi śniadanie, musiałam wszystko zjeść, więc to zrobiłam, co sprawiło mi nie lada przyjemność, później oglądaliśmy razem film u nas w pokoju, zjedliśmy obiad, który zrobiła dla wszystkich Nareesha i jestem prawie pewna, że przyjechała specjalnie po to, pewnie Nath do niej zadzwonił, żeby ugotowała coś zdrowego, bo zdolności kulinarne chłopaków tak daleko nie sięgają, a Nare była w zasadzie jedynym czynnikiem, który sprawił, że po wycięciu wyrostka jadłam coś innego niż biszkopty, bo gotowała mi warzywka na parze i tym podobne.
Kilka dni później słyszałam, że na dole było strasznie głośno, chłopcy wydurniali się w kuchni, nie chciało mi się patrzeć, co tam się dzieje, ale zeszłam, żeby nie było, że niczym się nie interesuję. I szczerze, nie wiem, co się działo, ale kiedy tylko weszłam do kuchni, Nathan niechcący wylał na mnie sok porzeczkowy.
- O rety, Jules, to twoja ulubiona bluzka...
- Dobra, nic się nie stało - mruknęłam.
- Ale wiesz, że to się nie spierze? - spytał.
- Tak, wiem, pójdę się przebrać - zawróciłam się na schody.
- Jules. Właśnie zniszczyłem twoją ulubioną bluzkę, a ty nic?
- A co mam powiedzieć? Zdarza się, przecież nikt nie umarł - wzruszyłam ramionami i poszłam do pokoju zmienić koszulkę.
Otworzyłam szafę, kiedy do środka wszedł Nathan.
- Koniec tego dobrego - powiedział zamykając mi przed nosem drzwi od szafy.
- Nath, o co ci chodzi? - spytałam.
- Jeszcze miesiąc temu gdyby oblał tą bluzkę sokiem, który nigdy się nie spierze, urwałabyś mi łeb i ganiała po całym domu, grożąc i Bóg wie, co jeszcze, a teraz wzruszasz ramionami, mówisz, że nic się nie stało i to takim tonem, że mam wrażenie, że zaraz jeszcze mnie przeprosisz za to, że byłaś na linii soku.
- I co ci nie pasuje? - spytałam i chciałam znowu otworzyć szafę, ale Nathan oparł się o drzwi.
- Krzyknij na mnie - powiedział.
- Nie. Odsuń się i daj mi się przebrać.
- Jules, krzyknij na mnie do cholery, albo zrób cokolwiek, żeby pokazać, że są w tobie jeszcze jakieś emocje - powiedział ostro.
- Nathan...
- Jules, nie tylko tobie jest ciężko przez wypadek i poronienie. Uwierz, mi też nie jest łatwo, bo to było też moje dziecko. Ale nie mogę tego po sobie pokazać, bo ty zamiast wracać do normalności, coraz bardziej się w sobie zamykasz. Jesteś jak robot, zamknięta w sobie, odzywasz się tylko, kiedy bezpośrednio ciebie się o coś zapyta, oczy masz puste jak lalka, potrafisz gapić się w jeden punkt przez pół godziny, albo zamykasz się na pół dnia w pokoju i śpisz, albo płaczesz.
W tym momencie wiem, że przerażenie wstąpiło na moją twarz. Skąd on wiedział, że płaczę, nie miał prawa wiedzieć...
- Co zdziwiona? Jules, znam każdy centymetr twojej twarzy, może odczekać i dwa dni, a i tak wiem, kiedy płakałaś i zimna woda wcale jakoś specjalnie tego nie maskuje. Tak samo jak dokładnie wiem, kiedy się  śmiejesz, a kiedy wyginasz usta w uśmiechu. Czy chociaż raz uśmiechnęłaś się szczerze odkąd lekarz powiedział, że straciliśmy dziecko?
Krążyłam wzrokiem po podłodze.
- Nie osaczaj mnie - powiedziałam cicho.
- Nie osaczam. Chcę tylko mieć z powrotem moją Jules, więc proszę okaż chociaż ułamek jakiejś emocji...
- Nathan, czy mógłbyś, proszę, odsunąć się, bo chcę wyciągnąć z szafy bluzkę? - spytałam cicho.
- I przestań ciągle mówić "proszę"! - powiedział głośno.
- Nie krzycz na mnie - powiedziałam ze wzrokiem wbitym w podłogę. Najbardziej na świecie chciałam wyjść z tego pokoju.
- Co? Powtórz głośniej, bo nie słyszę.
Czułam jak zbierało mi się na płacz. Wystarczyło, że wiedział o moich atakach płaczu, nie musiał oglądać mnie jako obrazu nędzy i rozpaczy. Wyminęłam go i chciałam wyjść z pokoju, ale złapał mnie za nadgarstek.
- Nathan, to boli - po raz pierwszy od początku tej rozmowy spojrzałam na niego, wtedy to on spuścił wzrok i puścił moją rękę, a ja szybko wyszłam i zamknęłam się w łazience.
Usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać. Przecież starałam się, żeby nic nie było po mnie widać... Jadłam, rozmawiałam z nimi... Na nic, skoro Nathan wie, że nie jest ze mną dobrze, to reszta pewnie też. Nathan wszystko wykrzyczał, sprawiałam mu samą przykrość, nie zdziwię się, jeśli niedługo mnie zostawi. Bo kto chciałby być z robotem z oczami pustymi jak lalka. Ale ja tak bardzo go potrzebowałam, mimo że tego nie okazywałam. Po chwili usłyszałam ciche pukanie.
- Jules, otworzysz mi?
Wstałam z podłogi, wytarłam ręką oczy, otworzyłam drzwi i wtuliłam się w Nathana.
- Nath, proszę, nie zostawiaj mnie, ja cię potrzebuję - i znowu rozryczałam się na dobre.
- Hej, hej, hej, skąd ci to przyszło do głowy? - złapał moją brodę dwoma palcami, żeby móc spojrzeć mi w oczy. - Przecież wiesz, że cię nie zostawię, nigdy przenigdy. Chodź do pokoju, bo czuję, że to zajmie dłuższą chwilę.
Poszliśmy, położyliśmy się na łóżku, próbowałam wszystko sobie z nim wyjaśnić, ale jak cokolwiek wytłumaczyć, jeśli sama nie wiem, co mi jest?
- Najpierw zdołowałam się przez tą sprawę z ciążą... Potem zauważyłam, że moim zachowaniem dołuję też ciebie, więc próbowałam... nie wiem.. grać, udawać, że mam się lepiej, jak widać beznadziejnie. Bo -  pociągnęłam nosem - bo nie chciałam, żebyś się martwił, chciałam, żebyś myślał, że mam się dobrze i w ogóle...
Nathan wziął głęboki oddech.
- To, co teraz powiem... Nie wiem, jak na to zareagujesz, może ci się to nie spodobać, ale pamiętaj, to tylko propozycja - serce przyspieszyło mi w obawie przed tym, co może mieć na myśli. - Ale... myślę, że może gdybyś poszła do psychologa...
- Chcesz, żebym szła do psychologa? - spytałam szybko, co było głupie, bo właśnie to powiedział.
- To tylko propozycja - powiedział prędko. - Jeśli nie chcesz, dobrze, poradzimy sobie z tym sami.
Zastanowiłam się nad tym chwilę.
- Nie, myślę, że to dobry pomysł - odpowiedziałam, a Nathan, chociaż próbował to ukryć, był wyraźnie zdumiony moją akceptacją. - Wiesz, jeszcze jest ten program... A szczerze, z całego serca, chciałabym znowu być sobą, zanim będę mieszkała w domu osaczonym kamerami.
- Tym się teraz nie przejmuj, okej? A ja umówię cię na wizytę, dobra?
- Dobrze.
- A teraz serio, przebierz tą bluzkę, bo to siara, żeby dorosła dziewczyna siedziała w bluzce oblanej sokiem porzeczkowym - powiedział wstając z łóżka.
- Spoko - zaśmiałam się.
- O, widzę, że jesteśmy na dobrej drodze - uśmiechnął się i wyszedł z pokoju.


Jeśli ktoś z Was chce spytać, co tu się w ogóle dzieje, odpowiadam - sama nie wiem :P. Miałam wizję ześwirowanej Jules i szczerze, sama już nie wiem, o co z nią chodzi, widzicie, tak się biedna porobiła... 
A teraz walnę krótki wywód, dlaczego Wasze komentarze są tak ważne.
Bardzo często to Wy podsuwacie mi pod nos pewne interpretacje tego, co przeczytacie, jak na przykład ostatnio, pisałyście, że macie wrażenie, że Jules i Nathan się od siebie oddalili, że zrobiła się dla niego oschła i tak dalej. A to bardzo pomaga, jeśli chcę napisać rozdział, a nie mam pomysłu - czytam wtedy Wasze komentarze i z nich wyciągam coś, co mogłabym wkręcić w opowiadanie.
A po drugie, jak wiecie, piszę dwa blogi, czasami zdarza mi się pomylić imiona i to dzięki Wam ostatnio wróciłam Emmy i Jules do właściwych opowiadań ;)
Tak więc - widzę liczbę komentarzy, widzę liczbę wejść i widzę liczbę obserwujących i widzę, że się różnią, dlatego śmiało, nie krępujcie się, nie wstydźcie, tylko komentujcie ;) 
Love xxx
AKTUALIZACJA: Wooohooo! Dobiliśmy do 100000 wyświetleń! :)

poniedziałek, 2 grudnia 2013

69. Tylko nie mów, że nic się nie stało.

- Jul... - powiedziałem pełny nadziei.
- Budzi się? - spytał jej brat.
- Mam nadzieję - nacisnąłem przycisk przywołujący lekarza.
Po chwili do sali weszła pielęgniarka.
- Chyba się wybudza - powiedziałem.
- Pójdę po doktora - wyszła i po chwili wróciła z lekarzem.
Poproszono nas wszystkich o wyjście z sali, na korytarzu chodziłem w tę i z powrotem na odcinku kilku metrów. Tak, to musiało być to, miałem przeczucie, po prostu wiedziałem... Tylko czemu, to tyle trwało...
W końcu po kilku minutach drzwi otworzyły się, lekarz gestem zaprosił nas do środka. Rodziców i brata Jules wpuściłem przodem, w końcu byli jej najbliższą rodziną, sam wszedłem zaraz za nimi i stanąłem obok drzwi.
- Wciąż jest bardzo osłabiona - powiedział doktor.
Nikt jednak go nie słuchał, rodzina ostrożnie przytulała się do Jules.
- Nathan? - usłyszałem jej głos, za którym tak bardzo tęskniłem przez te kilka dni.
- Jestem tu - podszedłem i załapałem ją za rękę.
- Jess. Co z Jess? - spytała słabo. - Czy ona... jest cała?
- Tak, ma tylko zwichnięty bark.
- Przepraszam, to moja wina - zaczęło jej się zbierać na płacz.
- Jul, hej, hej, to nie twoja wina, przejechałaś na zielonym, mała, nic nie zrobiłaś - próbowałem ją uspokoić, ale było już za późno, rozkleiła się na dobre.
Spojrzałem błagalnie na jej mamę, kto jak kto, ale ona powinna umieć przemówić do niej. Mówiła coś po polsku, jak widać, poskutkowało, bo Jules odetchnęła głębiej kilka razy i uspokoiła się.
- Czemu lewy bok boli mnie, kiedy chcę głeboko odetchnąć? - spytała.
- Żebra jeszcze się zrastają - powiedział lekarz. - Czy czuje pani się na siłach, żeby dowiedzieć się, co dokładnie się pani stało?
Jules wzięła głęboki wdech.
- Tak.
- Więc dostała pani wstrząśnienia mózgu, ma pani wybity bark, pęknięte kilka żeber, z czego jedno niestety przebiło skórę i musieliśmy zszyć pani jelito.
- Wow, brzmi przyjemnie - tak, zdecydowanie wracała do siebie.
- Jest jeszcze jedna rzecz, ale o niej poinformuje panią pani lekarz prowadzący. Tymczasem zostawiam państwa - lekarz opuścił salę.

OCZAMI JULES

Byłam obolała, miałam całe zdrętwiałe ręce i nogi, ale przynajmniej byłam w stanie nimi ruszać. Sprawdzenie czucia było pierwszą rzeczą, jaką zrobił lekarz, gdy się obudziłam. Nawet nie wiem, ile dni byłam nieprzytomna, ostatnie, co pamiętam to uderzenie w bok samochodu...
- Nath, jest możliwość, żebym ją zobaczyła? - spytałam.
- Jess? Jasne, myślę, że w weekend bez problemu może przyjechać z mamą cię odwiedzić.
- Dobrze - powiedziałam. - Czy wy wszyscy siedzicie tu nonstop? - spojrzała po nas. - O rany, litości. Byłam nieprzytomna, nie wiem nawet ile, Nathan, czemu nie zabrałeś ich, żeby obejrzeli Londyn?!
- Jules... Byłaś nieprzytomna, w ciężkim i niestabilnym stanie, a my mieliśmy oglądać Londyn? - spytał retorycznie.
- Miło mi, że się o mnie martwicie, ale kurde i tak nie pamiętam, że tu siedzieliście.
- Zabrzmiałaś właśnie jak Scooter - powiedział Nathan.
- Wolałabym umrzeć, niż zabrzmieć jak Scooter - powiedziałam z grobową miną.
- W obliczu tego, co stało się kilka dni temu, brzmi to słabo - mruknął Nathan.
- Oj, wiem, przepraszam. Zadzwonisz do chłopaków? Chciałabym ich zobaczyć.
- Na pewno chcesz dzisiaj? Jesteś zmęczona.
- Chcę - pokiwałam delikatnie głową. - Muszę pogratulować im wygranej.
- Dobra, idę zadzwonić - Nathan pocałował mnie w głowę i wyszedł z sali.
- Julka... - westchnęła mama. - Jak to się stało, że Nathan jest podany jako twój pierwszy kontakt?
- Stwierdziłam, że jeśli coś mi się stanie, jak miało to miejsce, Nathan lepiej dogada się z wami, niż lekarz.
- Ale to nie Nathan do nas dzwonił.
- Był w Ameryce, nie wiem, kto z wami rozmawiała - westchnęłam.
- Najpierw mama Nathana, a później ta dziewczyna... Na... Na...
- Nareesha - dokończyłam.
- Tak, właśnie - powiedział tato. - Bardzo miła dziewczyna, odebrała nas z lotniska, bo Nathan nie był w stanie odejść od twojego łóżka.
- Nie miał czym odebrać was z lotniska. Rozbiłam jego samochód.
- Nie chodzi o to - machnął ręką Maciek. - Przez dwa dni w ogóle stąd nie wychodził, dopiero kiedy jego kumple wrócili z USA, przyszli tutaj pojedynczo na chwilę i... - zamyślił się chwilę - Tom przekonał go, żeby pojechał do domu doprowadzić się do porządku.
- Cały Nathan - zaśmiałam się.

Niedługo potem przyszedł lekarz, zabrał mnie na jakieś badania, ku mojej uciesze powiedział, że wszystko goi się tak, jak powinno. Kiedy wróciłam do sali, czekała na mnie niespodzianka - całe The Wanted z Nareeshą i Kelsey.
- O jesteście tu! - ucieszyłam się na tyle, na ile byłam w stanie.
To, że byłam kilka dni w śpiączce nie znaczy, że jestem wyspana za wszystkie czasy. Wręcz przeciwnie. Poza tym przez cały ten czas jechałam na kroplówkach, a to jest najlepszy sposób, żeby człowieka zagłodzić. Naprawdę cieszyłam się na widok ich wszystkich, cieszyłam się, że przyszli, że cały czas martwili się o mnie i naprawdę chciałam rozmawiać z nmi, dowiadywać się, co i jak, co mnie ominęło, ale byłam tak bardzo słaba... Wszyscy oni umieli czytać ze mnie, jak z otwartej książki i sami zrozumieli, że chociaż nie chcę, to potrzebuję spokoju, więc wkrótce zebrali się do wyjścia. I właśnie przy wychodzeniu minęli się z Jess i mamą Nathana.
- Jess - powiedziałam cicho i łzy napłynęły mi do oczu. - Jess, tak bardzo przepraszam - powiedziałam cicho.
- Jules, to nie twoja wina, przecież nic mi się nie stało - dziewczyna mnie uściskała.
- Ale mogło...
- Jules, przestań, błagam. Równie dobrze ja mogłabym powiedzieć, że to moja wina, bo przecież to mnie odwoziłaś do domu. Już, nie płacz - otarła mi łzę.
Przy tych słodko-gorzkich okolicznościach poznali się też moi rodzice i mama Nathana. A korzyść dla nich, chociaż się nie przyznają, była taka, że mogłam wygonić ich, żeby sobie poszli, żeby każdy wyspał się w łóżku, a nie w fotelu. Nawet Nathan, zapewne zmiękczony moim stanem  nie upierał się, żeby zostać.
Przyszedł za to z samego rana, chwilę przed moimi rodzicami i Maćkiem. Liczbę wejść do mojej sali w ciągu dziesięciu minut zwiększył też lekarz.
- Dzień dobry, nazywam się doktor Richards, jestem pani lekarzem prowadzącym - przedstawił się.
- Dzień dobry - uśmiechnęłam się lekko.
- Zapewne słyszała już pani, że jest coś o czym chciałem porozmawiać - spojrzał znacząco na Nathana i moją rodzinę.
- Śmiało, niech pan mówi przy nich i tak wszystko im mówię - machnęłam ręką.
- Dobrze - odetchnął głęboko. - Niestety w wyniku wypadku straciła pani dziecko.
Atmosfera zrobiła się z dziesięć razy cięższa..
- Słucham? - wypaliłam w końcu.
- Rozumiem, że pani nie wiedziała - lekarz lekko się zmieszał. - Była pani w szóstym tygodniu ciąży.
Szybko zaczęłam liczyć w głowie... Okres. A raczej jego brak, no tak. Pamiętam, że przez moment kiedyś tam przeszło mi to przez myśl, ale zwaliłam wszystko na stres związany z powrotem Nathana.
Nagle poczułam w środku taką... pustkę. Śmieszne, nawet nie wiedziałam, że jestem w ciąży, a nagle nie mogę zrozumieć, że byłam i już nie jestem. Poczułam, jak skręca mnie w środku.
- Zostawcie mnie samą - powiedziałam oschle. Wszyscy podnieśli się do wyjścia. - Nie ty - powiedziałam do Nathana, który z powrotem posłusznie usiadł w fotelu.
Pozostali wyszli, w sali jeszcze przez chwilę panowała grobowa cisza.
- Jak... - zaczął Nath.
- Chyba obydwoje wiemy, jak się robią dzieci - mruknęłam. - I kiedy też wiemy...
Po wzroku Nathana widziałam, że chyba jednak niezbyt wiedział.
- Nie słyszałeś lekarza, czy nie umiesz liczyć? - spytałam. - Szósty tydzień. Czyli stało się to przed świętami.
- I nic nie wiedziałaś przez sześć tygodni? - spytał cicho i wiedziałam do czego zmierzał.
- Nathan, przysięgam, nie wiedziałam, że jestem w ciąży - powiedziałam cicho. - Znaczy... że byłam w ciąży - nagle po moim policzku spłynęła pojedyncza łza.
- Oj Jules, przecież wiem - Nathan wstał z fotela i przytulił mnie. - Już, dobrze, cii - głaskał mnie po głowie.
- Tylko nie mów, że nic się nie stało - mruknęłam. - Daj mi chusteczkę czy coś - pociągnęłam nosem.
Otarłam łzy, mniej więcej się ogarnęłam.
- Zawołasz moich rodziców i poczekasz chwilę na korytarzu? - spytałam.
- Tak, jasne - Nathan podniósł się do wyjścia, w momencie, kiedy chwytał klamkę dodałam:
- Nathan, muszę spytać. Jesteś pewien, że wtedy przed moim wylotem nie zapomniałeś o tym jednym ważnym szczególiku?
- Nie zapomniałem - wywrócił oczami. - Jules, one pękają, takie rzeczy się zdarzają.
- Dobrze, wiem.
Nath wyszedł, po sekundzie do środka weszli moi rodzice i Maciek.
Przez chwilę panowała grobowa cisza, tyle że była o wiele bardziej grobowa niż ta z Nathanem.
- Więc kiedy zamierzałaś nam powiedzieć? - spytała mama.
Spojrzałam na nią zdziwiona.
- Czy ciebie nie było tu pięć minut temu? - spytałam z wyrzutem. - Nic nie wiedziałam. Nie wiedziałam, że jestem... byłam w ciąży.
- Julka, dziecko, to był szósty tydzień. Jak mogłaś nic nie zauważyć?
- No bo... Najpierw byłam w domu, potem robiłam z chłopakami sylwestra, potem robiłam przyjęcie niespodziankę dla Jacka i Nathan robił comeback na Wembley, to wszystko było takie stresujące, że jakoś nie myślałam o liczeniu dni...
- Mdłości?
- Ty nie rzygałaś, jak byłaś ze mną w ciąży, jak też jakoś tego nie miałam... Kilka razy było mi niedobrze, ale to było takie... no wiecie... taki jadłowstręt, każdy tak czasami ma - wzruszyłam ramionami i znowu zaczęłam płakać.
- Nie płacz - westchnęła mama. Tato i Maciek nic nie mówili. - No czemu płaczesz?
- Jakbym nie straciła dziecka, to bardziej byście okazywali, że was zawiodłam - pociągnęłam nosem.
- Zawiodłaś? - tato w końcu się odezwał.
- Helloł, zaciążyłam w wieku dziewiętnastu lat, pewnie to marzenie każdych rodziców.
- Może nie marzenie - stwierdziła mama. - Ale nie zawiodłaś nas. Nie możemy cię oceniać, zwłaszcza, że ja  byłam młodsza, kiedy zaszłam z tobą w ciążę, więc na pewno nigdy byśmy nie powiedzieli, że nas zawiodłaś.
- Wiecie, śmieszne jest, że nawet nie wiedziałam o ciąży, a teraz, kiedy... Teraz czuję, że czegoś we mnie brakuje.
- Musisz to sobie przetrawić - mama czule pogłaskała mnie po głowie.
- Myślę, że chcę się przespać - powiedziałam. - Możecie przyjść jutro?
- Tak, jasne - wszyscy wstali do wyjścia.
- Nathanowi też powiedzcie, żeby dzisiaj nie przychodził - odwróciłam się tyłem do nich, przodem do okna. - I niech nie mówi chłopakom.
Wyszli, Nathan też się nie pojawił, a ja mogłam się skupić na gapieniu się pustym wzrokiem w okno i dotykaniem brzucha.

Leżałam w tej samej pozycji, aż do momentu, w którym przyszła pielęgniarka z kolacją dla mnie.
- Chyba nie jestem głodna - powiedziałam cicho.
- Słońce, musisz coś zjeść - powiedziała miła starsza pani, jedna z tych, które wszystkich traktują jak własne dzieci. - Prawie tydzień karmimy cię tym świństwem z kroplówki. To co prawda też rarytasy nie są, ale na pewno bardziej się tym najesz.
- Szczerze, to te warzywka wyglądają całkiem smakowicie, tylko... jakoś nie chcę - westchnęłam.
- Wiesz, kochanie, zostawię ci je tutaj - postawiła tacę na stoliku koło łóżka. - Jak będę zbierać naczynia z sal, to wrócę, może nabierzesz ochoty.
- Dobrze, dziękuję - zmusiłam się do lekkiego uśmiechu.
Pielęgniarka wyszła, a ja wróciłam do poprzedniej pozycji. Po jakimś czasie zmusiłam się do zjedzenia kilku kawałków brokuł, ale na więcej nie miałam sił. Patrzyłam w okno i zastanawiałam się, czy to był chłopiec czy dziewczynka, do kogo dziecko byłoby bardziej podobne, czy miałoby moje oczy i nos Nathana, czy na odwrót, czy byłoby muzykalne jak Nath, czy raczej byłoby beztalenciem jak ja... Wiem, że to nie pomagało, ale nie mogłam się przed tym uchronić, te myśli atakowały mnie z każdej strony...
Rano pierwszy przyszedł Nathan. Z bukietem kwiatów.
- Witam piękną panią - powiedział z uśmiechem i pocałował mnie w policzek.
- Wyglądam jak śmierć, ale dziękuję - odpowiedziałam.
Miałam to na myśli dosłownie. Wieczorem lekarz kazał mi wyjść z łóżka, musiałam rozruszać mięśnie, w końcu prawie tydzień leżałam jak deska, a że ja to ja, to poniosło mnie do lustra. Przez całe życie, nawet po wyrostku nie wyglądałam tak strasznie. Byłam blada jak ściana, wystawała mi każda, ale to każda kość, obojczyki wyglądały jakby zaraz miały przebić mi skórę, dobrze, że nie za bardzo miałam jak obejrzeć swoje żebra, bo po pierwsze byłam owinięta, zagipsowana czy cokolwiek, żeby żebra się zrosły, bo drugie miałam na sobie szpitalną piżamę, czyli długą i workowatą koszulę nocną, no i podnieść ją do góry, jest tak nie za bardzo.
- Może wyglądałabyś lepiej, gdybyś zjadła śniadanie? - Nathan wskazał głową na tacę na stoliku obok łóżka.
- Nath, chciałam to zjeść. Chciałam, ale nie mogę. Cały czas myślę o ciąży. Nie chcę, ale myślę, to samo wbija się do mojej głowy - odetchnęłam bardzo głęboko, a raczej na tyle, na ile pozwalały mi żebra, żeby opanować napływające do oczu łzy.
- Oj, Jules - westchnął Nath, usiadł obok mnie, złapał moją dłoń i splótł swoje palce z moimi. - Przejdziemy przez to razem.
- Wiem, dziękuję ci za to, ale Nathan... ty nigdy nie zrozumiesz, co czuję - powiedziałam cicho.
- Jules, to było też moje dziecko.
- Ale to ja je w sobie nosiłam - odpowiedziałam.
Wymianę zdań przerwała moja mama.
- Hej, gdzie tato i Maciek? - spytałam.
- Już idą, kupują coś w automacie. Czemu nie zjadłaś śniadania?
- O rany - wywróciłam oczami. - Świat nie kręci się wokół jedzenia - odpowiedziałam poirytowana.
- Jeśli schudło się tak jak ty, to powinien.
- Mamo. W ciągu dwóch dni napłynęło do mnie bardzo dużo informacji, nie tylko dobrych, głównie złych, więc daj mi spokój z jedzeniem - powiedziałam ostrzej niż zamierzałam.
Wzięłam głęboki oddech i powoli wstałam z łóżka.
- Gdzie idziesz? - spytał Nathan.
- Zobaczyć się z lekarzem. Sama - podkreśliłam ostatnie słowo i żółwim tempem wyszłam z sali.
Znalezienie doktora Richardsa, dzięki Bogu, że w ogóle był w szpitalu, zajęło mi trochę, ale co, mi by się miało nie udać?
- Pani Miller, zapraszam - powiedział, kiedy zapukałam i wsadziłam głowę przez drzwi. - Proszę usiąść. W czy mogę pani pomóc?
- Więc wczorajsza informacja troszeczkę mną wstrząsnęła... Nie wiedziałam, że byłam w ciąży, nie chciałam być w ciąży, znaczy teraz, bo kto normalny w wieku dziewiętnastu lat by chciał, ale odbiło się to na mnie. Bardzo. I mam pytanie. Teraz może ono nie mieć znaczenia, ale w przyszłości będzie ważne...
- O co chodzi?
- Czy będę mogła mieć dzieci?
- Nie ma trwałych uszkodzeń, które kategorycznie wykluczałyby zajście w ciążę, więc tak, będzie pani mogła mieć dzieci. Oczywiście po poronieniach często zdarza się, że pacjentka gorzej znosi ciążę, lub musi dużą jej część spędzić w szpitalu, ale każdy przypadek jest indywidualny, nie jest powiedziane, że z panią tak będzie - wyjaśnił cierpliwie doktor.
- Dobrze - odetchnęłam. - To chyba już wszystko. Albo nie. Kiedy mnie wypiszecie?
- Kiedy pani stan jeszcze trochę się polepszy. I kiedy zacznie pani jeść - uśmiechnął się przebiegle. - Dopóki nie zje pani całych posiłków będziemy się widywać codziennie.
- Ale...
- Wiem, że to jest ciężkie. Wiem - zapewnił. - Wypiszę panią, kiedy uznam to za odpowiedni moment.
- Dobrze, dziękuję - westchnęłam. - To tego, wracam do moich.
Powoli wróciłam do swojej sali, w środku dalej siedział Nathan i moja mama, oprócz nich dotarli też tato i Maciek.




Co do mojego dodania i usunięcia rozdziału - to było jakieś 15 linijek, które napisałam chyba w środę i pomyliłam przyciski, zamiast kliknąć "Zapisz", przypadkowo dałam "Opublikuj", taka ciapa ze mnie (:
Jak widzicie, część zgadła, że Jules poroniła, chociaż przyznam się, że pod 67. rozdziałem było tyle komentarzy, że pewnie jest w ciąży, że zastanawiałam się, czy nie zmienić moich planów i nie wsadzić jednak tej ciąży, ale postanowiłam być wierna sobie ;P 
Wiem, że ten rozdział jest krótszy niż zazwyczaj, ale jakoś nie mogę dalszych momentów zebrać w całość, żeby jakoś to wyglądało, spróbuję zająć się tym od jutra, może nawet uda mi się dodać rozdział w czwartek ;) Piszę o czwartku, bo w piątki jeżdzę do domu na weekend i jakoś nie kiedy wtedy pisać, więc już wiecie mniej więcej kiedy się spodziewać, jak nie będzie w czwartek, to najwcześniej raczej dopiero w poniedziałek, ALE nie mówię, że coś się nie stanie i że nie dodam np. w sobotę, zawsze jest nadzieja ;)
Trzymajcie się i hojnie obdarzcie mnie komentarzami, bo nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, jak wiele one dla mnie znaczą (: xxx

wtorek, 26 listopada 2013

68. Jednostajny pisk maszyny.

Przez następne dwa dni wyszedłem ze szpitala na pięć godzin - pojechałem z Nareeshą na godzinę do Gloucester zobaczyć, co z Jess. Pomijając to, cały czas siedziałem w szpitalu, dzień i noc, aż chłopaki wrócili z USA i pojedynczo przychodzili na chwilę odwiedzić Jules, pierwszy przyszedł Tom, grzecznie, kulturalnie i wyraźnie, a to rzadkość, przywitał się z rodzicami i bratem Jules.
- Nath, idź do domu - powiedział.
- Nie widzę takiej potrzeby - mruknąłem.
- Bo nie widzisz siebie, chyba dawno nie zaglądałeś do lustra. Stary, jedź do domu, prześpij się porządnie parę godzin na łóżku, a nie w fotelu, umyj się, ogól, przebierz i wróć.
Wiedziałem, że miał rację, ale nie chciałem wychodzić.
- Nathan, Tom ma rację - powiedział tato Jules. - Julka nie ucieknie, a ty potrzebujesz chwili odpoczynku.
- No dobra - wetschnąłem. - Wrócę za jakieś dwie godziny - powiedziałem, podnosząc się.
- Masz się przespać - powtórzył Tom.
- Wiem, uwzględniłem to.
Już łapałem klamkę od drzwi, kiedy monotonne pikanie maszyny nagle zmieniło się w jednostajny pisk.
Wszyscy zastygli w bezruchu i z przerażeniem patrzyli na poziomą kreskę na wyświetlaczu pokazującym pracę serca. Nie... Nie, to nie może być prawda. Do sali wpadło dwóch lekarzy i dwie pielęgniarki.
- To stało się tak nagle.. Co się dzieje? - spytałem spanikowany, jeszcze bardziej spanikowany był Tom, który mówił coś do drugiego lekarza.
- Wszyscy cisza! - krzyknęła pielęgniarka.
Lekarze się zdziwili, a ona pokazała tylko palcem na Jules. Nie za bardzo wiedzieliśmy, na co mamy patrzeć, dopiero po chwili zorientowałem się.
- Ona oddycha - powiedziałem cicho.
- Siostro, proszę przynieść nowe przyssawki - odetchnął głęboko jeden z lekarzy.
- Przylepce monitorujące pracę serca się jakby... odessały - wyjaśnił drugi lekarz.
- Czyli nic jej nie jest? - upewniłem się.
- Jej serce pracuje, jeśli o to panu chodzi.
- Widzisz, pracuje, idź do domu - powiedział Tom.
- Już, już - uniosłem ręce w obronnym geście i wyszedłem z sali.
Dobrze, że po drugiej stronie ulicy był postój taksówek, powinienem dojść tam niezauważony. A przynajmniej taką miałem nadzieję. A jak to mówią nadzieja matką głupich...
Jak tylko wyszedłem ze szpitala zobaczyłem hieny z aparatami czające się z boku.
- Świetnie - przyspieszyłem kroku, wsiadłem do pierwszej lepszej taksówki, chociaż na wiele się to zda. Jeśli chcieli zrobić mi zdjęcia, to już zrobili.
Po dwudziestu minutach byłem w domu, kiedy wszedłem do środka, Max i Jay z hukiem zamknęli laptopa.
- Co tam było? - spytałem.
- Nic, pogodę sprawdzaliśmy, śnieg ma padać - powiedział Jay.
- Nigdy nie umiałeś kłamać - stwierdziłem, przepchnąłem się łokciami i otworzyłem komputer. No pogoda to to nie była.

Według niepotwierdzonych jeszcze informacji w wypadku, który kilka dni temu na dobre kilka godzin sparaliżował ruch brała udział dziewczyna Nathana Sykesa - Jules Miller. Jak już wiadomo jeden z samochodów zniszczonych w wypadku należy do członka zespołu The Wanted, który w dzień wypadku przebywał w Los Angeles. Wiadomo także, że Jules ma prawo jazdy, Nathan wrócił z Ameryki wcześniej usprawiedliwiając to sprawami prywatnymi, a nikt nie widział żadnego z nich od tego czasu, żadne z nich nie pisało też nic na twitterze. Czy komuś układa się to w spójną całość?
Chociaż bardzo chcielibyśmy, żeby była to nieprawda, jeśli Jules jest w szpitalu, a wiadomo, że osoba kierująca Camaro ucierpiała najbardziej, życzymy jej szybkiego powrotu do zdrowia.

- Przynajmniej byli mili - mruknąłem. - Idę się umyć.
Zgodnie z zaleceniami Toma wziąłem prysznic, ogoliłem się i położyłem się spać. Chciałem przespać się tylko chwilę, ale łóżko mnie wciągnęło i obudziłem się dopiero rano. Ubrałem szybko świeże ubrania i wyszedłem do szpitala.
- Nathan, ale zjedz coś! - krzyknął za mną Max.
Zjadłem. Pączka po drodze.
Złapałem taksówkę, szybko znalazłem się w szpitalu. Wszedłem do sali, rodziny Jules jeszcze nie było, mogłem posiedzieć z nią sam.
- Wiem, że lubisz robić ludziom na złość, ale mogłabyś się już obudzić, co? - powiedziałem podpierając głowę na rękach.
Po chwili przyszli jej rodzice i brat.
Zacząłem układać sobie w głowie, to co chciałem im powiedzieć. Wiedziałem, że muszę ubrać to wszystko w proste słowa i przejść prosto do rzeczy, bo nic nie wkurzało mamy Jules bardziej niż owijanie w bawełnę.
- Jest taka sprawa - zacząłem. - Media szybko kojarzą fakty, wiedzą, że samochód był mój i tak dalej, wczoraj prawdopodobnie sfotografowano mnie, jak wychodziłem ze szpitala, czyli to kwestia czasu, aż każda strona zacznie trąbić, że Jules jest w szpitalu.
- Domyślam się, że to niezbyt dobrze - powiedziała jej mama.
- Tak. Zwłaszcza, że dziennikarze są dobrzy w przekupywaniu pracowników za informacje. Dlatego mam taką propozycję, żebym sam napisał na twitterze, że to prawda, że Jules jest w szpitalu, że potrzebuje spokoju i tak dalej. Oczywiście nie pisałbym nic o jej stanie.
- Ty się na tym znasz, jeśli myślisz, że to podziała, zrób to - powiedział jej tato.
- Nie rozwiąże problemu, ale na pewno go zmniejszy - powiedziałem.
Po wzrokowym przyzwoleniu na to, wyszedłem z sali i napisałem tweeta:

To prawda, Jules i Jess brały udział w tamtym wypadku. Jess ma się dobrze, Jul dalej przebywa w szpitalu, jedyne o co teraz prosimy to uszanowanie spokoju, którego nam potrzeba. 

Wysłane. Wtedy przypomniałem sobie, że przejrzałem wcześniej kilka wzmianek, fani bardzo nas wspierają, nie mogę o tym zapominać.

Dziękuję też za wszystkie miłe wiadomości, to naprawdę wiele znaczy xx. 

Schowałem telefon i wróciłem do sali. Po chwili przyszedł lekarz i dwóch pielęgniarzy, zabrali Jules na prześwietlenie, niedługo później wrócili, doktor powiedział, że wszystko ładnie się goi.
- Stan pani Miller jest już całkiem dobry - dodał po chwili namysłu. - Myślę, że jutro spokojnie można próbować wybudzić ją ze śpiączki.
- To nie za wcześnie? - spytałem.
- Zapewniam, że to najwyższa pora. Damy jej jeszcze 24 godziny, jeśli sama się nie obudzi, będziemy musieli sami zadziałać - powiedział i wyszedł.
Jakie są szanse, że coś może nie wyjść przy wybudzaniu ze śpiączki? Jak sam powiedział, jej stan jest dobry, skoro jest dobrze, dlaczego nie pozwolą jej samej się obudzić, tylko chcą mieszać...

- Byłeś w ogóle w domu na noc? - spytał brat Jules, Maciek, rano. Obudziłem się, kiedy weszli do sali.
- Nie - przeciągnąłem się.
- Chociaż to dziwne, że sprawia ci przyjemność spanie na fotelu, to przynajmniej widzę, że naprawdę zależy ci na mojej siostrze, więc jest  mniej zły, że trzymasz ją daleko od domu - powiedział.
- O... dzięki, czy coś. I tak, zależy mi na niej - podkreśliłem ostatnie zdanie i złapałem Jules za rękę.
I wtedy stało się coś, czego nawet się nie spodziewałem, poczułem jak ktoś ściska moją dłoń...


Taak, czego nauczyłam się po ostatnim rozdziale? Wystarczy wsadzić kogoś do szpitala i rozwalić parę samochodów, a ma się dwa razy więcej komentarzy :P

A tak serio...
Mogłabym ciągnąć ten rozdział dużo dłużej i wybudzić Jules i tak dalej, ale nie mam nastroju na pisanie jakichś wyniosłych szczęśliwych momentów, bo mam mega mega depresyjny nastrój i jakbym chciała ciągnąć to dzisiaj dalej, to opierając się na moim nastroju raczej bym ją uśmierciła, a tego nie chcemy...

Tak więc, przepraszam, że taki krótki, i nijaki, ale jest adekwatny do mojego nastroju, postaram się, żeby następny był dłuższy i na poziomie poprzedniego.

O właśnie - byłam bardzo szczęśliwa czytając komentarze pod poprzednim rozdziałem, cieszę się, że Wam się spodobało, bo chociaż koncepcję tego rozdziału miałam w głowie od dawna, napisanie go było dla mnie olbrzymim wyzwaniem. Tak czy inaczej dziękuję za każdy komentarz - nawet te, w których grożono mi :P

wtorek, 19 listopada 2013

67. Potrzebuję Cię...

OCZAMI NATHANA

Obudziłem się koło południa, a raczej obudzili mnie Tom i Siva dobijający się do mojego pokoju.
- Pali się czy co? - spytałem zaspany otwierając drzwi.
- Po cholerę ci ten telefon, skoro nigdy go nie odbierasz?! Pół świata próbuje się do ciebie dodzwonić - krzyknął Tom siłą otwierając szerzej drzwi i wchodząc do środka.
- Co się stało?
- Sprawdź telefon - powiedział spokojniej Siva.
Wyciągnąłem komórkę spod poduszki. Cała masa nieodebranych połączeń. Po kilka od jakichś nieznanych numerów, mamy, Kelsey i Nareeshy.
- Dobra, co się stało? - poważnie zacząłem się denerwować, tym bardziej, że jeśli coś się działo, Jules dzwoniła pierwsza, a teraz nie było żadnego połączenia od niej.
- Lepiej zadzwoń do mamy - powiedział Seev.
Usiadłem na łóżku i wybrałem numer.
- Nathan, w końcu - usłyszałem głos mamy, zawsze oaza spokoju teraz była nad wyraz roztrzęsiona.
- Mamo, co się stało? Wpadli do mnie Tom i Siva, mam pełno nieodebranych połączeń...
- Jules i Jess... - chwila ciszy.
- Mamo, co z nimi?
- Jules i Jess miały wypadek.
- Co? - spytałem słabo. - Ale... ale wszystko z nimi w porządku?
Przed oczami przeleciała mi uśmiechnęta twarz Jules...
- Mamo, wszystko z nimi w porządku? - powtórzyłem.
Mama nic nie odpowiadała, a mi do oczu napłynęły łzy...
- Jess ma zwichnięty bark i lekkie wstrząśnienie, a Jules... - głos się jej załamał.
- Mamo, co z nią?! - wstałem i zacząłem chodzić w kółko po pokoju.
- Jest nieprzytomna, musieli ją operować, auto uderzyło w bok od jej strony... - odpowiedziała, cicho łkając.
- Ale wyjdzie z tego, prawda?
- Jej stan jest bardzo ciężki... Lekarze robią, co w ich mocy, ale... jest w śpiączce.
- O Boże... - z powrotem usiadłem na łóżku. - Okej, wyślę ci numer do rodziców Jules, niech ktoś jakoś się z nimi skontaktuje, ja postaram się przylecieć najszybciej, jak się da.
- Dobrze, do zobaczenia.
- Mamo? - spytałem, zanim zdążyła się rozłączyć.
- Tak?
- Powiedz Jess, że ją kocham.
Rozłączyłem się i cisnąłem telefonem w kąt.
Wszystko zaczęło się układać. Nieznany numer - szpital, znaleźli kartę w portfelu Jules, był w niej mój numer, mamę powiadamiają, kiedy coś stanie się Jessice, nikt nie mógł dodzwonić się do mnie, mama dała znać Kelsey i Nareeshy, które zadzwoniły do Toma i Sivy...
- Zadzwońcie do Nano, żeby załatwił mi bilet - powiedziałem.
- Jasne - odpowiedział Tom. - Możemy ci jakoś pomóc?
- Zróbcie to szybko - odpowiedziałem, patrząc tępo w okno.
To nie mogła być prawda... Nie po to przetrwaliśmy już tyle przeciwności, żeby to miało skończyć się teraz. Dionne, wyrostek, moje gardło, operacja... Przetrwaliśmy tamto, damy radę z nim. Jules jest silna, da radę, nie da sobie jakiejś śpiączce w kaszę dmuchać.
Kogo ja oszukuję? To nie są nasze rozmowy o wszystkim i o niczym, w których nie ma na nas mocnych. To było prawdziwe życie, w którym moja dziewczyna mogła umrzeć, dobrze nawet nie wiedziałem, co jej się stało, bo byłem 8 stref czasowych dalej, opijać jakąś głupią nic nieznaczącą nagrodę.
Podniosłem telefon i zadzwoniłem do Jess.
- Nathan, w końcu, rozmawiałeś z mamą? - spytała.
- Tak, rozmawiałem. Jak się czujesz?
- W porównaniu do Jules jestem tylko trochę poobijana - powiedziała.
- Jess, powiedz mi, co się dokładnie stało...
- Wracałyśmy do Gloucester, były straszne warunki na drodze, jechałyśmy jedną z tych wielopasmowych dróg, miałyśmy zielone światło, spuściłam wzrok, bo coś wpadło mi do oka, a kiedy podniosłam i spojrzałam na Jules - załamał się jej głos. - Wjechało w nas to auto... w bok... od storny kierowcy... - siostra rozpłakała się. - Odbiło nas tak mocno, że przebiłyśmy barierki i znalazłyśmy się na pasie w drugim kierunku jazdy, obróciło nas... i walnęło w nas drugie auto pod takim kątem i z taką mocą, że auto obróciło się na dach...
Nie wytrzymałem, rozpłakałem się.
- Nath, wyjdzie z tego - Jess pociągnęła nosem.
- Musi... Tylko... W takich chwilach człowiek uświadamia sobie, że nie jest niezniszczalny... - powiedziałem wycierając oczy. - Ona jest dla mnie wszystkim, nie mogę jej stracić... Dobra, powinnaś odpocząć, przyjadę jak tylko szybko się da. Kocham cię, Jess.
- Ja ciebie też, przyjedź szybko, bo potrzebujemy cię.
Rozłączyłem się, po moich policzkach dalej spływały łzy. Włączyłem komputer, zacząłem przeszukiwać strony, żeby dowiedzieć się czegoś więcej, aż znalazłem.

Dzisiaj koło południa jedna z głównych dróg wyjazdowych z Londynu została zablokowana na prawie trzy godziny, tyle trwało usuwanie skutków wypadku, w którym wzięły udział cztery samochody. W czarne Camaro wyjeżdżające z Londynu uderzył od strony kierowcy samochód, który wtargnął na skrzyżowanie na czerwonym świetle, camaro siłą uderzenia staranowało barierki i zderzyło się z autem na pasie prowadzącym w przeciwnym kierunku, w które uderzył jadący za nim samochód, którego kierowca z powodu trudnych warunków nie był w stanie zahamować. Stan kierujących Camaro i drugiego samochodu lekarze określili jako ciężki i niestabilny, życiu pozostałych trzech osób, które brały udział w wypadku nie zagrażało niebezpieczeństwo i po opatrzeniu ran i badań zostali wypisani do domu. Ze wstępnych ustaleń wynika, że oprócz kierowcy samochodu, który uderzył w Camaro, wszyscy byli trzeźwi. 

Już miałem odetchnąć z ulgą, że nie ma żadnych wzmianek, że samochód jest mój i tak dalej, kiedy zobaczyłem dopisek:

AKTUALIZACJA: Według niepotwierdzonych informacji jeden z samochodów biorących udział w wypadku należy do Nathana Sykesa, członka zespołu The Wanted. Wiadomo jednak, że nie mógł on brać udziału w wypadku, gdyż aktualnie przebywa w Los Angeles. O dalszych informacjach będziemy informować na bieżąco. 

Nie informujcie, nikt się nie obrazi... Do mojego pokoju hotelowego wpadli Scooter, Nano i Kev.
- Co się stało? - spytał Kevin.
- Jules i Jess miały wypadek, Jules jest w śpiączce w ciężkim stanie - powiedziałem opanowując łzy. - Co z samolotami, Nano?
- Rozumiem, że chcesz lecieć do Londynu? - spytał Scooter.
- To chyba normalne.
- Tak, ale pomyśl o tym przez chwilę logicznie - powiedział swoim tonem, którego używa, kiedy z chłopakami nie możemy się dogadać i prawie skaczemy sobie do gardeł. - Masz bilet na samolot za dwa dni, to tylko 48 godzin, które nie robią tak wielkiej różnicy, wciąż dadzą ci możliwość zobaczenia Jules, do tego czasu może się jej polepszyć, a ty zdążysz załatwić sprawy tutaj.
- Rozumiem, że mamy występy, ale nie zostanę. To nie podlega dyskusji.
- Nie ma dla niej znaczenia czy będziesz tam za 14 godzin czy 60, ona jest w śpiączce.
- Nie interesuje mnie to! W śpiączce czy nie, potrzebuje mnie!
- Zespół też cię potrzebuje!
- W takim razie odchodzę!
- Nathan... - próbował uspokoić mnie Kev.
- Albo lepiej. Dalej mam rekonwalescencję, nie czuję się na siłach, żeby występować, wracam do domu, dziękuję. Nano, co z biletem?
- Jest jedno miejsce na najbliższy lot, ale musiałbyś w godzinę dotrzeć na lotnisko - odpowiedział.
- I jeszcze go nie kupiłeś?


Dwie godziny później siedziałem już w samolocie. Najgorsza była ta bezczynność... Nie mogłem nic zrobić. A teraz nawet nie mogłem skontaktować się z mamą, Jess czy Nareeshą, żeby spytać o stan Jules. Wiedziałęm tylko, że był poważny, a raczej, że poważny to mało powiedziane. W jednej chwili mogło jej się polepszyć, ale też musiałem być świadomy, że może się pogorszyć.
Dziesięć godzin póżniej Nareesha odebrała mnie z lotniska i pojechaliśmy prosto do szpitala. Ja wbiegłem do środka, kiedy ona szukała miejsca do zaparkowania. Pielęgniarka podała mi numer sali i cicho wszedłem do środka.
Jules leżała nieprzytomna, była poobijana i obdrapana, miała podłączoną kroplówkę i tą rurę ułatwiającą oddychanie, maszyna monitorowała pracę jej serca...
Patrzyłem na nią i poczułem się, jakbym sam leżał na jej miejscu. Zrobiło mi się słabo i nie mogłem oddychać... Wyszedłem z sali.
Daleko nie zaszedłem, bo zaraz za drzwiami powoli osunąłem się po ścianie na podłogę i schowałem twarz w dłoniach. Starałem się brać głębokie oddechy. I nie rozpłakać.
- Nathan? - nagle koło mnie kucnęła Nareesha.
Mocno ją przytuliłem i znowu zacząłem spazmatycznie oddychać.
- Ona... ona...
- Tak wiem - powiedziała cicho. - Już spokojnie, ciii, wszystko będzie dobrze... - brunetka próbowała mnie uspokoić.
Chciałem, ale nie mogłem. Próbowałem wziąć głeboki oddech, ale czułem ścisk w klatce...
- Astma... - wycharczałem.
- Masz inhalator?
Pokręciłem przecząco głową. Rzadko go przy sobie nosiłem, bo nie miewałem ataków, a jeśli już, to były na tyle łagodne, że byłem w stanie sam je opanować.
- Cholera... Przyprowadzę kogoś.
Po chwili Naree wróciła z jakimś lekarzem, który pomógł mi się uspokoić.
- Wiesz, co dokładnie jej jest? - spytałem.
- Wszystkie uderzenia poszły praktycznie w jej auta od jej strony, ma wstrząśnienie mózgu, wybity bark, pęknięte kilka żeber, jedno roztrzaskało się dosyć porządnie, bo przebiło skórę, przez co straciła trochę krwi. Lekarze robili jej też prześwietlenie, żeby sprawdzić, czy żadne narządy wewnętrzne nie zostały uszkodzone, wiem, że musieli ją operować, bo miała uszkodzone jelito. Wszystko jest już opatrzone, teraz najważniejsze, żeby się wybudziła - Nareesha mówiła powoli i spokojnie, żebym mógł wszystko na przetrawić.
- A co z jej kręgosłupem? Widziałem, że ma kołnierz.
- To tylko profilaktycznie.
- Chyba jestem gotowy, żeby tam wrócić - powiedziałem i ruszyłem w kierunku sali, w której leżała.
Usiedliśmy koło łóżka, delikatnie złapałem dłoń Jules.
- Zadzwoniliście do jej rodziców?
- Tak, tak twoja mama rozmawiała z jej tatą, kupiłam bilety jej rodzicom i bratu, przylatują koło południa, nie daliśmy radę znaleźć wcześniejszego samolotu.
- Czyli za trzy godziny... Mogę mieć jeszcze jedną prośbę? - spytałem.
- Tak, jasne.
- Znajdź im jakiś hotel. Potem oddam ci kasę za bilety i wszystko.
- Nie przejmuj się tym teraz. Wyjdę na chwilę na zewnątrz załatwić to, lekarz prosił, żeby używać tu telefonów z umiarem.
- Dobra...
Nareesha wyszła, zostałem sam. Sam z Jules.
- Nigdy nie myślałem, że będę to robił, ale niech będzie. Nie wiem, czy mnie słyszysz, ale wiedz, że cię kocham najbardziej na świecie i potrzebuję cię. Dlatego nie ważne jak długo ci to zajmie, czy ile pieniędzy to pochłonie, ale musisz do mnie wrócić. Słyszysz? - pocałowałem ją w dłoń, której przez cały czas nie puszczałem.
Po chwili wróciła Naree, przyniosła mi też kubek herbaty.
- Dzięki - powiedziałem biorąc od niej napój.
- Kurde, nie pomyślałam, że możesz być głodny. Przyniosę ci kanapkę czy coś - podniosła się do ponownego wyjścia, ale zatrzymałem ją.
- Nie, zostań, nie jestem głodny.
- Na pewno?
Pokiwałem głową, dziewczyną z powrotem usiadła obok mnie.
- Zarezerwowałam im pokój w hotelu niedaleko szpitala - powiedziała po chwili. - Prosiłam też, żeby okna były na stronę, z której nie będzie słychać karetek i ruchu ulicznego.
- Dzięki, jesteś najlepsza - pocałowałem ją w policzek.
- Rozmawiałam też z Sivą... Powiedzieli, że musiałeś wrócić nagle do Londynu z powodów osobistych.
- Dobrze - pokiwałem głową. - Nie wiesz, czy te medialne hieny już dokopały się, że Jules prowadziła?
- Nie wiem, nie sprawdzałam wiadomości... I nie byłoby to dobrym pomysłem Nathan, obydwoje potrzebujecie spokoju, a nie przejmowania się mediami...
- Może masz rację - powiedziałem cicho. - Zostaniesz z nią?Wyjdę zadzwonić do mamy.
- Jasne, idź.
Wziąłem swój kubek z herbatą i wyszedłem przed szpital.
- Cześć mamo, jestem już w Londynie.
- Dobrze synek, dobrze. Byłeś już w szpitalu?
- Tak, właśnie jestem...
- Co z Julie?
- Bez zmian - westchnąłem. - Jak się ma Jess?
- Jeszcze śpi. Wszystko z nią dobrze, narzeka tylko trochę na bark.
- Ale dostała jakieś leki, prawda?
- Tak, tak - uspokoiła mama. - Kiedy przylatują rodzice Jules?
- W południe, Nareesha odbierze ich z lotniska... Muszę kończyć, mamo. Nie chcę, żeby ktoś zobaczył mnie przed szpitalem, bo szybko domyślą się, że chodzi o Jules.
- Oczywiście, trzymaj się Nathan.
- Na razie - rozłączyłem się, wyrzuciłem plastikowy kubek do śmietnika i wróciłem do środka.
Już miałem wchodzić do sali, kiedy usłyszałem:
- Przepraszam pana!
Odwróciłem się i zobaczyłem idącego szybko w moją stronę lekarza w białym kitlu.
- Pan... Nathan Sykes? - spytał patrząc w papiery.
- Tak, zgadza się.
- Pani Julia Miller miała pana wpisanego jako osobę upoważnioną do otrzymania informacji o jej stanie w razie wypadku, ale nie mogliśmy się do pana dodzwonić.
- Tak, byłem w USA, przepraszam.
- Wiem, wiem, dlatego po rozmowie z pana mamą pozwoliliśmy pannie McCaffrey się nią zająć. Czy powiadomiliście rodziców panny Miller?
- Tak, będą tu za dwie godziny.
- Rozumiem, że został pan powiadomiony, co dokładnie się stało?
- Tak, tak, wstrząśnienie, bark, żebra...
- Pas mocno ją przyblokował, pękło jelito, musieliśmy je zszyć. Jest jeszcze jedna rzecz, ale... - doktor zawahał się.
- Jaka?
- O niej wolę poinformować, kiedy już panna Miller się wybudzi, rozumie pan, tajemnica lekarska, a może to być sprawa, o której pacjentka niekoniecznie chciałaby, żeby ktoś wiedział.
- Oczywiście, rozumiem. Panie doktorze, kiedy się wybudzi?
- Tego jeszcze nie wiemy. Na razie monitorujemy jej stan, kiedy będzie dostatecznie dobry, spróbujemy ją wybudzić.
- Dobrze, dziękuję.
Skończyliśmy rozmowę i wróciłem do sali.
Może to naiwne, ale przez moment myślałem, że kiedy wrócę Jules będzie już przytomna i uśmiechnięta na mój widok.
- Nathan, muszę wstąpić na chwilę do firmy, zanim pojadę na lotnisko, więc muszę już wyjść, żeby być na czas - powiedziała Nareesha, zakładając kurtkę.
- Jasne, pędź, dzięki za wszystko.
- Nie ma sprawy, trzymaj się.
Zostałem sam. Złapałem dłoń Jules i oparłem głowę o obok niej.
- Na czym skończyłem? Ach, tak. Potrzebuję cię. Jak już się wyjdziesz z tego, nigdy cię nie zostawię. Będziesz wszędzie jeździła ze mną. Nie ważne czy na dwa dni czy dwa miesiące. Wtedy będę wiedział, że nic ci się nie stanie...
Siedziałem w ciszy i patrzyłem na nią. Po prostu patrzyłem. Poobijana i obdrapana, dla mnie wciąż była najpiękniejsza...

Jakiś czas później do szpitala wróciła Nareesha z rodzicami i bratem Jules. Szybko wstałem.
- Dzień dobry - powiedziałem spięty.
- Dobry - odpowiedzieli słabo.
Mama Jules zaczęła cicho płakać, jej tato ciężko oddychał, jej brat stał ze spuszczoną głową.
- Naree, czy ty...?
- Tak, powiedziałam im wszystko o jej stanie - powiedziała cicho.
Po kilku minutach ciszy w końcu udało mi się zdobyć na odwagę i coś zagadać. Mama Jules od razu mnie przejrzała, powiedziała, że poczucie winy bije ode mnie na kilometr i żebym nie czuł się winny, bo to nie moja wina. Mimo to czułem się, że mogłem temu zapobiec. Mogłem postawić ją przed faktem dokonanym, że kupiłem już bilet, leci ze mną i koniec.
Po południu na chwilę wpadłam Kelsey, wieczorem Nareesha zabrała rodziców Jules do hotelu, przed wyjściem każdy po trzy razy powtórzył mi, żebym szedł do domu wyspać się, bo wyglądam jak cień, zapewniłem, że pójdę, ale od początku kłamałem, bo nie miałem takiego zamiaru i noc przespałem na fotelu koło łóżka, na którym leżała Jules...


Po pierwsze - San, kiedy napisałaś swój komentarz, że mnie stłuczesz, jak zrobię wypadek, miałam napisane już 95% rozdziału, więc soły :P
Po drugie - to jest to wielkie BAM, które tyle zapowiadałam, mam nadzieję, że spodobało się. Chociaż spodobało to może złe słowo, miałam bardziej na myśli, że wywołało w Was jakieś emocje, rozumiecie. Chociaż moje założenie było takie, że chciałam doprowadzić wszystkich do płaczu, sądzę, że nie dałam rady, bo nie jestem zbyt dobra w opisywaniu emocji, wydaje mi się, że wyszło tak trochę... płasko... 

Tak czy inaczej, proszę, musicie nacieszyć się tym do wtorku, tak sądzę, ponieważ wtedy to mam "wspaniałe" kolokwium z prawa, które zajmie mi całe najbliższe dni, niemniej jednak nie obiecuję, że nie uda mi się dodać wcześniej ;) xxx

AKTUALIZACJA PO 10 MINUTACH:
Jak podoba się nowy wygląd? ;)

środa, 13 listopada 2013

66. Jules, uważaj!

Zgodnie z przewidywaniami, po Wembley szybko wszystko wróciło do normy sprzed operacji - występy, koncerty i wywiady. Na kilka pojechałam z zespołem, na kilka nie i siedziałam sama w domu. Siedzenie samemu w dużym domu nie jest przyjemne, dlatego najczęściej wybywałam do Nareeshy albo Kelsey lub one przychodziły do mnie.
W końcu nadszedł dzień wylotu The Wanted do Los Angeles na rozdanie People's Choice Awards.
- Jules, to ostatnia szansa, jeszcze może znajdzie się miejsce w samolocie, chcesz lecieć? - pytał po raz setny Nathan pakując się.
- A ja ostatni raz powtarzam ci, że chociaż kocham cię nad życie, wizja pójścia z tobą na galę nie działa na mnie tak motywująco, jak mocno demotywuje mnie myśl o jedenastu godzinach w samolocie, tylko po to żeby być w LA trzy dni - odpowiedziałam składając mu koszulę. - Ostrożnie do walizki, jak pognieciesz, to zabiję.
- No dobra - stwierdził niezadowolony. - Ale będziesz oglądać?
- No jasne. Mówiłam ci już, że jadę do Gloucester po Jess i razem spotykamy się z Kelsey i Nareeshą na wielkie oglądanie.
- Wiesz, że ona ma szkołę?
- O jaki porządny się zrobił. Ona ma szkołę - imitowałam jego głos. - Wszystko załatwiłam z twoją mamą, zabieram ją jednego dnia, drugiego odwożę, opuści tylko jeden dzień.
- A czymże ją zawieziesz? - spytał z usatysfakcjonowaną miną.
- Autem, do którego kluczyki da mi mój najlepszy na świecie chłopak - powiedziałam mocno go obejmując.
- Czuj się, że już je dostałaś.
Powoli zerknęłam na półkę za jego plecami, kluczyki leżały na wierzchu. Szybko puściłam Nathana i rzuciłam się, żeby je złapać, zorientował się, co chcę zrobić dwie sekundy później, próbował odciągnąć mnie do tyłu, ale byłam szybsza. W efekcie obydwoje wylądowaliśmy na podłodze, z tym, że ja miałam kluczyki w ręce.
- Jak nie pozwolisz mi jechać, nie będę trzymała kciuków, żebyście wygrali - powiedziałam.
- Jules, głosowanie skończyło się miesiąc temu, trzymanie kciuków nic tu nie da - odpowiedział ciągle trzymając mnie za nadgarstki przy głowie.
- Nie musi dawać, logiczne, że wygracie - stwierdziłam.
- Tak bardzo w nas wierzysz? - spytał jeżdżąc nosem po mojej szyi.
- Oczywiście.
- A tak bardzo? - pocałował mnie w szyję.
- Też.
- A tak? - w policzek.
- Naturalnie.
- A tak? - teraz jego usta spoczęły na moich.
Odpowiedzieć już nie miałam jak, chociaż na swój sposób to zrobiłam. I robiło się baaaardzo miło, dopóki bez pukania nie wszedł Max.
- Jezu, dzieciaki, nie macie łóżka?
- Jezu, stary, słyszałeś o czymś takim jak pukanie? - spytał Nathan wstając ze mnie i podając mi rękę, żebym się podniosła.
- Ja tylko zdobywałam kluczyki do auta - pomachałam ręką.
- To się nazywa korupcja - stwierdził Max.
- Ty idź lepiej napisać do koleżanki z billboardu, jak taki mądry jesteś - powiedział Nathan zasuwając walizkę.
- Co? Jaka koleżanka? Czemu ja nie wiem? Max, czemu mi nic nie mówisz? - nagle bardzo się ożywiłam.
- Dzięki, młody, teraz nie da mi żyć. Za pięć minut wychodzimy - kompletnie mnie zignorował i wyszedł z pokoju.
- Max! - krzyknęłam za nim. - Max! Nie wypuszczę cię na samolot, dopóki mi nie odpowiesz! - zbiegłam za nim po schodach.
- To tylko znajoma - wywrócił oczami.
- Skąd się znacie? Będziesz w końcu miał dziewczynę?
- To tylko znajoma - powtórzył.
- To skąd ją znasz? - spytałam zakładając ręce.
- To długa historia - westchnął.
- To szybko mów.
- Jest modelką. Chłopaki z Lawsona zobaczyli ją na billboardzie w Nowym Jorku, obczaili na twitterze, sprawdzali czy mają jakichś wspólnych obserwujących i zobaczyli, że ona obserwuje mnie, dali mi cynk i tyle.
- Yhyyym. Jak się nazywa? - spytałam.
- Haha! Co, żebyś mogła zaraz wejść w neta i ją zgooglować? - zaśmiał się. - Nic z tego.
- Chwila... - zaczęłam szybko trybić. - Lawson byli w Nowym Jorku jakieś trzy miesiące temu. Tak długo nic mi nie mówisz?!
- A co tu mówić? Jules, nie biorę z nią ślubu, to tylko znajoma.
- Ale obiecaj, że jeśli...
- Tak, jeśli, coś z tego wyjdzie, będziesz pierwszą osobą, która się dowie - dokończył za mnie. - Auto przyjechało, muszę lecieć, trzymaj się - pocałował mnie w głowę mijając mnie, założył kurtkę i poszedł do samochodu.
- AUTO PRZYJECHAŁO! - krzyknęłam, żeby zgonić resztę na dół i stanęłam przy wyjściu.
Pierwszy zszedł Tom, cmoknął mnie w policzek i poszedł do auta, Jay poczochrał mi włosy, Siva przytulił mnie, na końcu oczywiście zszedł pan i władca Nathan.
- Pilnuj się, dokumenty od auta są w pierwszej szufladzie koło łóżka - powiedział zapinając kurtkę. - Wypełniłaś to, o co cię prosiłem?
- Nathan, wątpię, żeby przez trzy dni miało mi się coś stać - wywróciłam oczami. - Ale tak, wypełniłam i dałam do portfela.
Chodziło o specjalny kwit, w którym wpisałam Nathana jako osobę, którą należy powiadomić w razie wypadku. Ostatnio stwierdził, że przezorny zawsze ubezpieczony i tydzień za mną chodził, żebym to wypełniła.
- Daj znać, jak dolecisz - powiedziałam poprawiając mu kaptur.
- To będzie druga w nocy w Londynie...
- Rany, to napisz smsa, żebym wiedziała, że doleciałeś, jak się obudzę.
- Jasne.
Nathan pogłaskał mnie po policzku i mocno przytulił.
- Wracam w sobotę - pocałował mnie w czoło.
- Będę tęsknić.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Ten miły moment przerwał Tom bawiący się klaksonem w aucie, żeby pospieszyć Nathana. Szybko się pocałowaliśmy, Nathan poszedł do auta, a ja wróciłam do domu i zamknęłam drzwi na wszystkie możliwe zamki.

Następnego dnia po południu pojechałam do Gloucester po Jess. Nie pojechałam tam oczywiście w tę i z powrotem, posiedziałam trochę z mamą Nathana.
- Julie, pamiętaj, jak nie chcesz siedzieć sama w tym pustym domu, możesz jutro zostać tutaj. Zawsze lepiej spędzić te dwa czy trzy dni w pełnym domu niż pustym - zapewniła pani Sykes po raz trzeci, kiedy z Jess szykowałyśmy się do wyjścia.
- Dziękuję bardzo, obiecuję, że się nad tym zastanowię, możliwe, że zostanę - zapewniłam.
Pożegnałyśmy się i wsiadłam z Jessicą do auta.
- Więc, jaki jest plan na wieczór? - spytała.
- Raczej późną noc - zaśmiałam się. - Gala zaczyna się chyba o drugiej. Dojedziemy do Londynu, będzie gdzieś dwudziesta, czyli Kelsey i Nareesha powinny już być na miejscu, zaopatrzymy się w coś do wszamania, obejrzymy jakiś film czy coś i tak, aż zacznie się gala. W godzinach wczesnoporannych pójdziemy spać, wstaniemy w południe, ubierzemy się i wrócimy do Gloucester.
- Brzmi męcząco, a mimo to fajnie - odpowiedziała Jess.
- Oczywiście, że będzie fajnie, piżama party!

Zgodnie z przewidywaniami po dwudziestej wróciłyśmy do Londynu, jak się okazało, Kelsey i Nare przygotowały już górę żarcia, którą spokojnie można byłoby nakarmić też The Wanted, gdyby byli na miejscu. Zgodnie z umową poprzebierałyśmy się w dresy, onesie, cokolwiek, byle było wygodnie, objadałyśmy się i śmiałyśmy. W końcu nadeszła ta sądna godzina, kiedy to, chociaż minutę wcześniej byłyśmy padnięte, nagle się ożywiłyśmy, bo zaczęła się gala.
- No gdzie oni są... - niecierpliwiła się Nareesha, kiedy coraz to kolejne osoby wychodziły na dywan, a The Wanted ani widu ani słychu.
- Pewnie się spóźnią, to w ich stylu - stwierdziła Kels.
W końcu się pojawili młodzi, przystojni, w garniturach.
- Wygrają, wygrają - powtarzałam pod nosem jak mantrę.
- Byłoby świetnie - powiedziała Jess.
- Ale w obu kategoriach są nominowani razem z One Direction...
- Kogo obchodzi One Direction? Byłaś dwa miesiące temu na twitterze, wszędzie, absolutnie wszędzie widziałam tweety o głosowaniu na The Wanted, udało się w zeszłym roku, uda się i teraz - stwierdziłam tonem nieznoszącym sprzeciwu, bo nie przyjmowałam do siebie innej wiadomości.
W końcu zaczęła się gala, rozdawanie nagród w różnych kategoriach, oddzielane niepotrzebnymi jak dla mnie skeczami, ja chciałam jak najszybciej zobaczyć moje zadowolone mordki nominowane w kategoriach Najlepszy Zespół i Najlepsi Fani.
W końcu nadszedł ten moment.
- Nagrodę w kategorii Najlepszy Zespół otrzymuje... - z Kelsey, Nareeshą i Jess złapałyśmy się za ręce - The Wanted!
- Aaaaaa! - z naszych gardeł wydobył się dziki pisk radości.
- A nie mówiłam, a nie mówiłam! - podskakiwałam na kanapie.
- The Wanted - kontynuowała prowadząca - otrzymują też nagrodę w kategorii Najlepsi Fani.
- Aaaaaa! - druga fala pisków.
- A nie mówiłam! - powtórzyłam się.
Na chwilę zamknęłyśmy się, bo chłopcy zaczęli zacnie przemawiać.
- O rany, znowu to zrobiliście - powiedział Max. - I to podwójnie! Chcemy bardzo, bardzo serdecznie podziękować wszystkim, którzy na nas głosowali. Dziękujemy za każdy pojedynczy głos.
- Dziękujemy też naszym rodzinom i znajomym za wsparcie - dodał Siva.
- Osobiście powiem, że to niesamowite, po ostatnich ciężkich miesiącach dostać tak wspaniały wyraz miłości od fanów, to naprawdę najlepszy możliwy dzień na pierwszy występ w USA - powiedział Nathan.
Podziękowali jeszcze kilku osobom, po dwóch kolejnych kategoriach przyszła pora na występ, gdzie oczywiście wszyscy dali z siebie wszystko. Potem wszystkie stwierdziłyśmy, że czas już spać.

Wstałyśmy o jedenastej, moje i nathanowe idealne zgranie doprowadziło do tego, że zadzwonił chwilę po tym, jak się obudziłam.
- Gratuluję! A nie mówiłam?! - odebrałam jeszcze zaspanym głosem.
- Oj, już nie bądź taka mądra, to nie zależało od twojego gadania.
- Nie umniejszaj mojej roli - przeciągnęłam się na łóżku. - Która tam w ogóle jest godzina? Czemu nie śpisz?
- Przed trzecią. Dopiero wróciłem do hotelu.
- Ja przed chwilą wstałam.
- Jules, odwozisz dzisiaj Jess do domu? - spytał.
- Tak, tak, jak obiecałam twojej mamie.
- Oglądam właśnie telewizor, jedź ostrożnie.
- Czemu, co się dzieje? - wstałam z łóżka i podeszłam do okna. - O kuźwa...
- No właśnie... Może bezpieczniej będzie wsadzić ją w pociąg?
- Nathan! To twoja siostra! Zabrałam ją z domu, to przywiozę ją do domu. Już nie w takich warunkach jeździłam.
- Dobrze, dobrze, tylko uważaj.
- Dobrze, idź już spać, papa.
Warunki za oknem były straszne. Mgła, ale się przerzedzała, napadało śniegu, a akurat za oknem przejechał pług i szklanka na drodze.
- Świetnie... - mruknęłam.
Zeszłam na dół, akurat w kuchni siedziała Jess.
- Mała, musimy zbierać się szybko, są takie warunki, że czekać aż się ściemni to samobójstwo.
- Jasne, już się ubieram - mały Sykes akurat skończył jeść.
Ja zrobiłam sobie płatki z mlekiem, szybko zjadłam, w drodze na górę spotkałam się na schodach z Nareeshą, wyjaśniłam, że jadę do Gloucester teraz i prawdopodobnie tam zostanę. Przebrałam się, pomalowałam i migiem wyszłam z Jess z domu.
- Świetnie, taka droga zajmie nam dwa razy dłużej - mruknęłam.
- Spoko Jules, nigdzie nam się nie spieszy.
Na szczęście głównymi drogami ktoś się zajął, porządnie posolił czy cokolwiek, bo na nich lodu nie było, było tylko ślisko, ale to i tak pozwalało jechać mi trochę szybciej.
- Cieszę się, że wygrali - powiedziałam.
- Chyba wszyscy się cieszą - stwierdziła Jess.
- Chodzi o to, że oni naprawdę na to zasługują. Poświęcają tyle czasu dla fanów, robią z nimi eventy, sami piszą swoje piosenki...
- Wiem, wiem, zapracowali na to. Auć!
- Co się stało? - spojrzałam na Jess.
- Mam coś w oku - dziewczyna próbowała się pozbyć "czegoś". - Jules, uważaj!


Krótszy, ale za szybszy xD 
Obiecałam mega emocje i tadam, oto są. A raczej będą w następnym rozdziale, który raczej będzie nieco bardziej rozbudowany, co nie znaczy, że nie dodam go na przykład jutro :P Nie no, tak dobrze to raczej nie ma ;). 

Tak między nami (helloł, nawiązuje rozmowę :P), ostatnio między zajęciami jak gotowanie obiadu, studiowanie, uczenie się na kolokwium i tak dalej moją ulubioną czynnością stało się oglądanie zdjęć Niny (dziewczyny Maxa, dla tych naprawdę mega niewtajemniczonych), bo moim zdaniem jest mega ładna, chociaż ma słodką buźkę i lepiej wygląda, kiedy się uśmiecha, niż kiedy ma taką poważną/sexy minę.

To tyle ode mnie, trzymajcie się ;) xx

sobota, 9 listopada 2013

65. I'm back.

- Okej - odpowiedziałam krótko. - Jeśli jesteś gotowy, to nie ma sprawy...
- I już? - spytał zdziwiony. - Żadnych wymówek, że zmuszam się do tego i tak dalej.
- Żadnych. Stwierdziłam, że sam wiesz, co dla ciebie najlepsze, ja mogę po prostu cię wspierać - powiedziałam zadowolona z mojej dojrzałości.
Nathan spojrzał znaczącym, ukradkowym wzrokiem w stronę Scootera, ale za bardzo się tym nie przejęłam. Nareesha w tym czasie pokazywała Sivie wzór zaproszeń, który wybrałyśmy i zdjęcia zastawy, chłopak tylko kiwał głową. Gdy ja będę brała ślub, pewnie będę zachowywała się jak Nareesha - dopracowywała każdy szczegół, ale aktualnie bardzo rozumiałam Seeva - miał wziąć ślub z kobietą, którą kocha nad życie, ze swoją pierwszą miłością i wzór na porcelanie czy kolor zaproszeń nie ma dla niego specjalnego znaczenia. Zapewne nie widziałby problemu w wysłaniu zaproszeń mailem. Na całe szczęście to Nareesha nosi spodnie w tym związku i dostaniemy normalne zaproszenia z klasą.
Po pewnym czasie towarzystwo jakoś się rozeszło, Scooter (w końcu!) zwinął się do hotelu, Tom poszedł do Kelsey, Siva z Nareeshą poszli na górę, Nathan rozmawiał przez telefon z mamą, Jay pił piwo oglądając mecz, ja kręciłam się po kuchni, gdzie dołączył do mnie Max.
- Zadziwiłaś mnie dzisiaj - powiedział.
-Ja? Czym?
- Twoją nagłą zmianą nastawienia na powrót Nathana.
- Po prostu zrozumiałam, że to go uszczęśliwia. A ja mogę go tylko wspierać...
- To miłe, że tak szybko dojrzałaś. Zwłaszcza, że młody ostro o ciebie dzisiaj walczył...
- O czym mówisz? - spytałam zdziwiona.
- A więc Scooter przyjechał najpierw tutaj, stąd miał pojechać z Nathanem do lekarza. Nath powiedział mu, że trochę się boi i martwi i że ty też boisz się, że to może być za wcześnie, na co Scooter powiedział mu, żeby nie słuchał się tego, co ty mówisz, bo chcesz go zatrzymać jak najdłużej dla siebie. Młody tak się wściekł, że zaczął niemal krzyczeć, że ma tak o tobie nie mówić, bo nawet cię dobrze nie zna, że nigdy nie odsuwałabyś go od czegoś, co kocha dla własnych korzyści, że nieważne co, zawsze będziesz go wspierać blablabla...
- Naprawdę tak powiedział? - spytałam ciskając łyżeczką do zlewu.
- No tak, coś tam jeszcze odgrażał się, że nie przedłuży kontraktu i...
- Nie Nathan, tylko Scooter.
- No coś w tym stylu.
- A ludzie dziwią się, czemu go nie lubię. Jak widać z wzajemnością. Zostawiam cię Maxiu, idę na górę, dzięki za te jakże cenne informacje - dałam mu buziaka w policzek i poszłam do pokoju Nathana.
- Boję się, Jules - usłyszałam na wejściu.

Kolejne dwa dni mijały na różnych fazach samopoczucia Nathana, od "jestem gotowy", do "boję się", dwa razy nawet zadzwonił do Scootera mówiąc, że rezygnuje.
- Poważnie zastanawiam się, czy on nie jest w ciąży - powiedział raz Tom.
- To już jest nas dwoje - mruknęłam.
Nigdy nie myślałam, że będę za coś wdzięczna Scooterowi, ale w sumie dzięki niemu w końcu doszliśmy do jakiegoś konsensusu z Nathanem. Stanęło na tym, że kiedy chłopcy będą na Wembley robić próbę dźwięku, przygotowywać się do występu i tak dalej, Nathan będzie w hotelu obok, gdzie sam się przygotuje, w każdej chwili będzie mógł zrezygnować.
W końcu nadszedł ten dzień. Wczesnym popołudniem podstawionym samochodem pojechaliśmy do hotelu, już w drodze spytałam Nathana:
- Na pewno chcesz, żebym siedziała z tobą? Może wolisz być sam? Ja mogę dołączyć na Wembley do Kels i Nareeshy.
- Jules, jeśli mam to zrobić, to tylko z tobą u boku - powiedział łapiąc mnie za rękę.
Uśmiechnęłam się lekko i oparłam głowę o jego ramię.
- Jestem gotowy - powiedział po chwili. Podniosłam głowę i przyjrzałam mu się uważnie. - Tak, wiem, że to któryś już raz w ciągu ostatnich dni, ale teraz jestem pewny, że jestem w stanie to zrobić.
- Dobrze, zasługujesz na to, żeby robić, to co lubisz. Teraz widzę, że nawet krwawiące guzki na strunach głosowych nie są w stanie ci przeszkodzić - zaśmiałam się.
- Nic nie jest w stanie ściągnąć mnie ze sceny. E tam guzki, dajcie mi coś mocniejszego!
- Nathan, nie kuś losu - powiedziałam poważnie.
- Dobra, masz rację. Żartowałem - powiedział patrząc w sufit auta.
Niedługo później dojechaliśmy na miejsce, z podziemnego parkingu dostaliśmy się do hotelu, gdzie najpierw Nathan miał chwilę dla siebie na dalsze psychiczne przygotowanie, niedługo potem pojawili się wizażysta i ktoś z managementu.
- No teraz wyglądasz bardzo męsko - stwierdziłam, kiedy Nathan miał omiataną twarz pędzlem. - Czasami mam wrażenie, że nosisz więcej makeupu ode mnie.
- Ty już nie bądź taka spostrzegawcza - wystawił język.
- Nathan, za jakieś czterdzieści minut wychodzimy, przygotuj się - powiedziała dziewczyna z managementu.
- Jasne.
Pięknie wypacynkowany i uczesany Nathan zamknął się w łazience i ostro skupił na rozgrzewaniu strun. Tu wyszedł na wierzch jeden plus operacji - w końcu zaczął się do tego przykładać, bo zawsze na to zlewał.
- Jestem gotowy - powiedział, kiedy wyszedł z łazienki. Dziewczyna z managementu (pewnie ma jakieś imię, ale równie pewne jest to, że więcej jej prawdopodobnie nie spotkam, więc nie kłopotałam się zapamiętywaniem go) dała znak przez telefon komu trzeba, po chwili pojawiło się pełno goryli, którzy przeprowadzili nas bezpiecznie i niezauważenie na Wembley.
- Jesteście! - powiedział Tom na nasz widok.
Byliśmy stylowo spóźnieni kilka minut, więc pewnie myśleli, że Nathan zrezygnował.
- Jesteśmy, jesteśmy - Nath mocniej ścisnął moją rękę.
- Chłopaki na miejsca - powiedział do Toma, Maxa, Sivy i Jaya ktoś z obsługi. - Nathan, zaraz wszystko ci wyjaśnimy.
Chłopcy zaczęli występ, a nawet nie tyle występ, co cały event, bowiem otwierali imprezę, a w międzyczasie my dowiedzieliśmy się, że Nathan wyjedzie na platformie, i zrobi po swojemu solo z "I Found You", tylko on, bez muzyki.
Z każdą upływającą minutą Nathan denerwował się coraz bardziej, nie musiał tego mówić, widziałam to po przygryzaniu wargi, przestępowaniu z nogi na nogę, bawienie się moimi palcami w swojej dłoni.
- Nath, zaraz połamiesz mi te palce - zaśmiałam się.
- Przepraszam, to z nerwów.
- Wiem, wiem... Nie martw się, dasz z siebie wszystko i wszyscy to pokochają, uwierz mi.
- Nathan, już pora - podeszły do nas dwie osoby z obsługi.
- Jak już mówiłam, leć i daj z siebie wszystko - powiedziałam uśmiechając się lekko.
- Czekaj tu na mnie, jak skończę - powiedział patrząc mi głęboko w oczy, mocno mnie przytulił i poszedł.
- Mogę przeprowadzić cię na miejsce pod sceną, gdzie wszystko dobrze zobaczysz. A na pewno lepiej niż na ekranie - powiedziała dziewczyna z obsługi.
- Brzmi kusząco, ale zdążymy tam dojść?
- Jasne, dopiero zaczynają "I Found You", chodź.
 Poszłam za nią, chociaż nie miałam pojęcia, gdzie mnie prowadzi. Ale faktycznie znalazłam się pod samą sceną, ale też na tyle daleko, że nie musiałam zadzierać szyi, żeby zobaczyć cokolwiek. Skończył się drugi refren i cisza, to ten moment. Dalej cisza, nic się nie dzieje... Teraz już raczej by nie zrezygnował... Jest, w końcu wjechał platformą na wybieg między scenami. Jeśli chodziło o wymalowywanie sobie pewności siebie na twarzy, był w tym najlepszy na świecie. Mógł oszukać 80 tysięcy osób, które oglądały go na wielkich telebimach, ale nie mógł oszukać mnie. W końcu wydobył z siebie pierwsze dźwięki i tak jak przewidywałam, był świetny. Wrócić tak szybko do śpiewania, po takiej operacji, to jest coś, wrócić do śpiewania na Wembley - to też jest coś, ale żeby wrócić w takim stylu trzeba mieć to coś. Śpiewać potrafi naprawdę wiele osób, to kwestia wyćwiczenia, ale nie każdy może robić to w taki sposób, że człowieka przechodzą ciary.
Cały czas nieświadomie trzymałam zaciśnięte kciuki, z każdą sekundą czułam coraz większe motylki czy coś w brzuchu i naprawdę, naprawdę byłam dumna. Oderwałam na chwilę wzrok od niego, spojrzałam w stronę chłopaków, Tom patrzył na Natha z miną "Młody, jesteś wielki". Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, Nathan przeszedł sam siebie z dźwiękami, które z siebie wydobył, skończył solo, dobiegł do chłopaków i przysięgam, że chciało mu się płakać.
- Wróciłem - powiedział i zaśmiał się po skończonym IFY.
Cały zespół razem zaśpiewał jeszcze dwie piosenki, kiedy zeszli ze sceny, czym prędzej biegłam do miejsca, w którym rozstałam się z Nathanem. Akurat stał i nadal podekscytowany z kimś rozmawiał, a ja dosłownie wbiegłam na niego.
- Nathan, to było takie... takie... takie wspaniałe! Nie wiem, jak choć przez chwilę mogłeś w siebie wątpić! - powiedziałam mocno go przytulając.
- Dziękuję, że ze mną byłaś - powiedział patrząc mi w oczy.
- A skoro już po wszystkim i cały ten stres z nas schodzi, to przypomnij sobie jeszcze, jak dałeś z siebie wszystko tam na scenie i spróbuj jeszcze raz dać tyle dając mi naprawdę porządnego buziaka.
Nie musiałam długo prosić, a Nathan przyłożył się równie mocno do zadania, jak na scenie ;)
- Oh, skończcie już - usłyszeliśmy Toma.
- To co, teraz afterparty? - Max aż zatarł dłonie na myśl o imprezie.
- Co, jakie afterparty? - popatrzyłam zdezorientowana po wszystkich.
- No afterparty. Wiesz, taka impreza po czymś, takie coś, co było po pokazie Nareeshy - tłumaczył mi Tom.
- Wiem, co to afterparty - wywróciłam oczami. - Czemu nikt mi nie powiedział?
- Przecież zawsze jest jakieś afterparty, oficjalne czy nie - powiedział Jay.
- Ja nie mogę iść, nie jestem przygotowana na imprezę - stwierdziłam.
- Jules, wyglądasz ślicznie - powiedział Nathan.
- Nath, mam na sobie trampki. Pomijając fakt, że nie wiem, czemu założyłam je w styczniu... ach, no tak, jak zwykle mnie pospieszałeś.
- Nieważne, nie ma czasu, żeby jechać do domu.
- Nathan - tupnęłam nogą. - Wszyscy wyglądacie świetnie, więc sama pojadę, przebiorę się i dojadę na miejsce, dobra?
- Na pewno? Dasz sobie radę sama?
- Myślę, że chyna trafię, tym bardziej taksówką.
- No wiesz, może będzie ci trzeba zamek zapiąć w sukience czy coś - mruknął z głupim uśmieszkiem.
- Chyba raczej rozpiąć - mruknął Tom.
- Śmieszne, haha - prychnęłam. - Serio, przed studniówką sama zapięłam sobie sukienkę, która miała zamek na plecach, dam radę. Niedługo wrócę - cmoknęłam Nathana w policzek i poszłam.
Znalezienie taksówki pod Wembley, gdzie odbywał się mega koncert nie było trudne, szybko też znalazłam się w domu. Wbiegłam do pokoju, w trakcie dzwoniąc i zamawiając następną taksówkę, która miała zawieźć mnie na imprezę, i otworzyłam szafę na oścież. Myśl Jules, myśl... W końcu stanęło na czerwonej, krótkiej, dopasowanej sukience, w której Nathan jeszcze mnie nie widział i kryjących rajstopach, trampki zmieniłam na obcasy. Poprawiłam makijaż, a włosy z braku laku zaplątałam w kłosa na boku. Taksówka przyjechała idealnie, kiedy byłam gotowa, po dwudziestu minutach byłam na miejscu.
W środku było mnóstwo ludzi, ale zlokalizowanie swoich długo mi nie zajęło, wystarczy iść za śmiechem Toma. - Hej, Jules! - powiedział wesoło, swoim tomowym sposobem, na mój widok.
- Hej, hej - usiadłam koło Nathana, nachyliłam się i powiedziałam: - Widziałam to, nie mierz mnie tak wzrokiem od góry do dołu, bo zaczerwienię się, jak ta sukienka.
- Nie mogłem się powstrzymać. Wyglądasz idealnie...
- Jules, oto kolejka dla ciebie - Max podał mi kieliszek. - Przyda ci się, zanim Nath zacznie głosić nowinę.
- Jaką nowinę? - spytałam.
- Mam już plan koncertów na najbliższe trzy tygodnie.
- Świetnie - nie miałam ochoty się napić, co dziwne, trochę odepchnęło mnie na widok kieliszka, ale kiedy usłyszałam, o planie koncertów na następne TRZY tygodnie, nie ważne co, musiałam się napić. - Scooter nie mógł zaczekać z tym do jutra, dać ci się po prostu nacieszyć twoim wielkim dniem? - spytałam i przechyliłam kieliszek.
- Pomińmy tą część. Najpierw jest mały występ w Anglii, później People's Choice Awards...


Heeeeej :)
Obiecałam przynajmniej jeden rozdział tygodniowo i oto on. Wydaje mi się, że jakiś krótki, ale musiałam przerwać albo teraz albo za trzy razy tyle treści, więc wybrałam teraz ;)

Pamiętacie jeszcze, jak wspominałam, że wydarzy się coś MEGA WOW? A więc wydarzy się za dwa rozdziały i wydaje mi się, że takie główne momenty napięcia potrwają też tak ze dwa rozdziały, chociaż mam ten pomysł w głowie od dawna, to nie mam jeszcze dokładniej koncepcji ;)
Na razie kończę, bo jestem na telefonie i mam 7% baterii, do (jak sądzę) przyszłego tygodnia (a może i wcześniej ;)) xxx