czwartek, 29 listopada 2012

7. Zostańmy przyjaciółmi.

Wyszliśmy na ulicę. Nie byłam pewna, czy prowadzenie Nathana do hotelu było dobrym wyborem, skoro sama byłam podpita. Na szczęście cała ta sytuacja i świeże powietrze trochę mnie otrzeźwiły.
- Jules, gdzie idziemy? - Nath zaskamlał mi za uchem.
- Do hotelu.
- Ale impreza... - chłopak zawrócił się do klubu.
- Tobie już wystarczy na dzisiaj - złapałam go za ramię i pociągnęłam za sobą.
Droga, którą do klubu pokonaliśmy w niecałe 10 minut, teraz zajęła ponad 30. Ale Nathan cały czas wyrywał się, zawracał na imprezę, tańczył na środku drogi...
- Jules, nie bądź taka, zaańcz ze mną - wyciągnął rękę w moim kierunku.
- Nath, będę tańczyć z tobą całą noc, ale jak już będziemy w hotelu - chwyciłam go w pasie i znowu zaczęłam prowadzić.
Była dopiero 23., ale to miasto było jakieś wymarłe. Zero żywej duszy. Dla Nathana to w sumie lepiej, raczej nie chciałby oglądać jutro w gazecie zdjęć, jak prowadzę go zalanego do hotelu.
W końcu doszliśmy, wzięłam karty do naszych pokoi i wpakowaliśmy się do windy.
- Jules... - mruknął cicho.
- Co chcesz? - spytałam już lekko wkurzona. No litości, ile można?
Chłopak przytulił się do mnie. Odwzajemniłam uścisk i pogłaskałam go po plecach. Wtedy on zaczął całować mnie po szyi. Było fajnie, nie powiem, że nie, ale był jeden problem. Nathan jutro nic nie będzie pamiętał, ja, niestety, tak.
- Nathan, przestań... Proszę - odsunęłam go delikatnie od siebie. Chłopak zrozumiał aluzję i stanął obok.
W końcu winda zatrzymała się na naszym piętrze. Weszliśmy do jego pokoju i usadowiłam do na łóżku.
- Siedź tu, nic nie rozwal, zaraz wrócę - obróciłam się na pięcie, żeby pójść do swojego pokoju, ale Nathan złapał mnie za rękę.
- Jules, zostań ze mną - spojrzał mi głęboko w oczy.
- Zostanę - westchnęłam cicho.
Nathan, mimo że lekko się chwiał, przyciągnął mnie do siebie i objął w pasie.
- Wiesz...
- Nie wiem - zaśmiałam się, ale uciszył mnie gestem ręki.
- Cieszę się, że mnie nie poznałaś wtedy w pubie. I że byłaś... jak ja to powiedziałem... ach, tak, małą suką - uśmiechnął się lekko. - Cieszę się, że wsiadłaś do naszego tourbusa - patrzył mi głęboko w oczy.
- Też się cieszę - wyszeptałam.
Nathan przesunął swoją rękę wyżej i zaczął gładzić mnie po policzku. Czułam, jak w środku wszystko we mnie szalało. Nasze twarze dzieliły milimetry i w końcu nasze usta połączyły się w pocałunku. Nathan objął mnie mocniej,  ja położyłam swoje ręce i jego ramionach. Wplótł swoje palce w moje włosy, ja zrobiłam to samo z jego włosami. Poczułam, jak mimowolnie zbliżaliśmy się w kierunku łóżka. Nie wiem, jakby się to skończyło, gdyby nie to, że nagle... Nathan puścił mnie i poleciał do łazienki. Po kilku sekundach usłyszałam, jak wymiotuje.
- Obrzydliwe - powiedziałam do siebie, sięgając po wodę, która stała na stoliku.
Wypiłam kilka łyków i doszło do mnie, co właśnie miało miejsce. Zaczęłam chodzić w kółko po pokoju.
- Dobra, Jules, ogarnij się - gadałam sama do siebie, jak wariatka. - Zaraz położysz go spać, pójdziesz do siebie i wszystko będzie dobrze. Boże, daj, żebym chociaż raz miała luki po alkoholu.
Nathan dłuższą chwilę nie wychodził z łazienki, więc zaczęłam się martwić.
- Nath? - zapukałam lekko. - Wszystko ok?
Cisza. Zapukałam drugi raz. Dalej nic. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam, jak Nathan śpi na podłodze. Nagle zadzwonił jego telefon. Wyciągnęłam go delikatnie i spojrzałam na wyświetlacz. "Siva".
- Halo? - odebrałam.
- Jules? Jak tam? Dotarliście? - spytał.
- Tak, tak. Wszystko dobrze - kłamczucha. - Zaraz położę go spać.
- Dobra, to do jutra - rozłączył się.
Spojrzałam na obraz nędzy i rozpaczy leżący obok moich nóg. Masakra. Niby dorosły facet, a zalał się jak dziecko.
- Nathan, wstajemy - podniosłam go lekko. Na szczęście obudził się i sam wstał. Zaprowadziłam go to łóżka, położyłam i zdjęłam buty.
- Jules... - wymamrotał. - Zostań ze mną - poprosił.
- Zostanę - westchnęłam.
Położyłam się obok niego, a on wtulił się we mnie, jak ja w niego dzień wcześniej. Tak zasnęliśmy.

***
Obudził mnie straszliwy odór. Otworzyłam leniwie oczy i zobaczyłam twarz Nathana niebezpiecznie blisko mojej. Boże, jak od niego dawało alkoholem... Spojrzałam na zegarek. 7:30. Za wcześnie, żeby go budzić. Z drugiej strony ja już nie zasnę. Wstałam delikatnie, chciałam tylko iść po swoje rzeczy, ale kiedy otworzyłam drzwi na korytarzu zobaczyłam Maxa.
- Jezu, wystraszyłeś mnie... - podskoczyłam.
- Czemu wymykasz się o świcie od Nathana? - spytał z głupkowatym uśmieszkiem.
- Bo ktoś musiał się nim zająć w nocy, durniu - zaczęłam wyzywać ludzi, zdecydowanie za dużo czasu z chłopakami. - A co ty tu robisz? - spojrzałam na niego. Miał wczorajsze ubrania.
- Nie pamiętam, jak znalazłem się w hotelu, do tego u Toma w pokoju, a ty mnie pytasz, co ja tu robię...
- Widzę, że wszyscy nieźle zabalowali - stwierdziłam. - Dobra, idę do siebie, umyć się i przebrać. Na razie.
- No hej - odpowiedział Max i poczłapał do swojego pokoju.
Szybko weszłam do łazienki, umyłam się, ubrałam, pomalowałam i wróciłam do Natha. Dalej słodko spał.
Chwyciłam hotelowy telefon i zamówiłam śniadanie do pokoju. Rozległo się ciche pukanie do drzwi, po chwili otworzyły się.
- Bym zapomniał - zaczął Max. - O 10. wyjeżdżamy.
Spojrzałam na zegarek. Ósma.
- Spoko luz, damy radę. O 10 to on będzie jak nowo narodzony - uspokoiłam go. - A teraz wybacz, ale zrobię mu drastyczną pobudkę - Max wyszedł, a ja z impetem trzasnęłam drzwiami.
Usłyszałam cichy jęk za plecami.
- Litości... - mruknął Nathan i złapał się za głowę.
- Oj, biedactwo - pogłaskałam go. - Główka boli? - spytałam.
- Yhyyym...
- Chodź, maleńki, zaraz ci pomożemy - pomogłam mu wstać z łóżka i upewniwszy się, że ma zamknięte oczy, zaprowadziłam do łazienki.
Postawiłam go jak najbliżej wanny, cicho wzięłam do ręki prysznic i oblałam go strumieniem lodowatej wody.
- Jules! - krzyknął. Oczy zrobiły mu się jak pięciozłotówki. - Pojebiało cię?
- Nie trzeba było zachlać wczoraj pały - wzruszyłam ramionami i odłożyłam natrysk na miejsce.
- Jesteś stuknięta.
- A ty śmierdzisz - założyłam ręce na piersiach. - Umyj się, zaraz będzie śniadanie - wyszłam i zostawiłam go samego.
Po 15 minutach wyszedł. W samym ręczniku.
- Nathan, na Boga, czy ty nie masz ubrań? - spytałam, bardzo przy tym starając się nie mierzyć go wzrokiem z góry na dół.
- Wziąłbym ubrania, gdybyś pozwoliła mi je wziąć, zanim kazałaś mi się umyć.
Wygrzebał z torby ciuchy i wrócił do łazienki. W międzyczasie do pokoju przyszło śniadanie.
- Siadaj i jedz, pijaku - powiedziałam, gdy znowu wylazł z łazienki.
- Jules, bo ja nic nie pamiętam od momentu, jak weszliśmy do hotelu. Powiesz mi co się działo? - popatrzył na mnie pytająco.
Przygryzłam dolną wargę... A co tam, niech też wie, co narobił. Nie będę sama męczyła się ze wspomnieniami.
- A więc... - zaczęłam. - Weszliśmy do windy. Zacząłeś mi się dobierać do szyi - w tym miejscu zakrztusił się.
- Przepraszam, Jules, wiesz, że ja nigdy bym... - zaczął przepraszać.
- Tak, wiem, z resztą szybko zrozumiałeś, gdy poprosiłam, żebyś przestał. Potem weszliśmy do twojego pokoju, nie pozwoliłeś mi pójść do mojego, więc zostałam. Powiedziałeś mi, że cieszysz się, że cię nie rozpoznałam w pubie i że byłam małą suką - a co, jak mówić to już wszystko. - A potem... - no, dobra, może nie do końca wszystko... - poszedłeś wymiotować i położyłam cię spać. Amen.
Zaczęłam szybko jeść rogalika i stukać nerwowo nogą.
- Jules?  - spytał. - Czy było coś jeszcze?
Przyjrzałam mu się uważnie. No dobra. Miał prawo znać całą prawdę.
- No cóż... - spuściłam wzrok. - Pomiędzy twoim cieszeniem się a wymiotowaniem, my... całowaliśmy się.
Nastała głucha cisza. Spojrzałam ostrożnie na niego. Zamarł z rogalikiem w połowie drogi do ust i patrzył tępo przed siebie. I cisza. Ta cisza była najgorsza. Najgorsza, bo nie wiedziałam, co może nadejść po niej. Nie wiadomo, czego powinnam się spodziewać po reakcji Natha.
- Ach, no i jeszcze zasnąłeś na podłodze w łazience. Po tym jak zwymiotowałeś - próbowałam rozluźnić napiętą atmosferę. - I tak, spałam z tobą. To znaczy. W łóżku. Obok ciebie - nerwowo zaczął plątać mi się język.
- Jules - Nathan podszedł i kucnął przede mną tak, jak wczoraj rano. - Jeżeli to, co się wczoraj stało... Jeżeli... - nie mógł ubrać myśli w słowa. - Jeżeli zrobiłaś coś wbrew swojej woli przeze mnie... Przepraszam. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Jeżeli wczoraj zmusilem Cię...
- Hej, hej, hej - chwycilam go za dłonie. - Nic takiego się nie stało - popatrzył na mnie jakby lekko zdezorientowany. - To znaczy... stało. Ale... Ty byłeś pijany, ja byłam pijana. Trochę mniej, ale jednak... Po prostu... zapomnijmy o tym?
Tak, to był mój genialny pomysł. Zapomnijmy o wszystkim. Ale problem w tym, że ja nie chciałam zapomnieć. Chciałam więcej. Ale w tym momencie nie mogłam myśleć o sobie.
- Przyjaźń? - spytał Nath.
- Świetnie - odpowiedziałam z uśmiechem.
Podnieśliśmy się z ziemi i usiedliśmy na swoich miejscach.
- Wiesz, co jest najlepsze? - spytałam.
- Hmmm? - mruknął patrząc w telefon (ach, ten twitter).
- Że jesteście dla mnie jak rodzina. Nagle mam jakby pięciu starszych braci. I to jest świetne.
- A ja mam czwartą siostrę - uśmiechnął się. - Jess, Nareesha, Kelsey i ty.
Zaczęliśmy się śmiać. Do pokoju przyszedł Siva.
- Hej - pomachał wesoło. - Nathan, jak tam podłoga w łazience? Wygodna? - zaczął się śmiać.
- Bardzo - Nathan pokazał mu język.
- Dobra, tylko przyszedłem wam powiedzieć, że za pół godziny wyjeżdżamy.
Siva wyszedł z pokoju i zostawił nas samych. Popatrzyliśmy po sobie i niemal równocześnie powiedzieliśmy:
- Nie mówimy im. Zdecydowanie.


WYDAJE MI SIĘ, ŻE MIMO TEGO, ŻE W KOŃCU SIĘ POCAŁOWALI, TO ROZDZIAŁ JEST DOSYĆ ŚREDNI... CHOCIAŻ W SUMIE, MAM PRAWIE GOTOWY NASTĘPNY I SZYKUJE SIĘ JESZCZE GORSZY, WIĘC ENJOY :) I KOMENTUJCIE, BŁAGAM!

niedziela, 25 listopada 2012

6. Partyhard z The Wanted.

Obudziłam się lekko przyćpana. Przeciągnęłam się leniwie i dopiero wtedy zorientowałam się, gdzie jestem. Ach, no tak, The Wanted, radiotour, hotel i te sprawy. Zastanawiałam się tylko, gdzie jest Nathan. Obejrzałam się i zobaczyłam go śpiącego na fotelu. Nie, źle. Zobaczyłam go słodko śpiącego na fotelu. Uśmiechnęłam się sama do siebie i na paluszkach podeszłam do lustra.
- O matko... - jęknęłam. Makijaż rozmazany,  tłuste włosy przylepione do świecącej się twarzy i do tego ciągle w bluzie Toma.
- Śliczna jesteś - podskoczyłam przestrzaszona. Spojrzałam na Natha, który właśnie przeciągał się na fotelu.
- Nie znasz się - odpowiedziałam mu i chwyciłam torbę z ziemi. - Pójdę się umyć - uśmiechnęłam się i ruszyłam do łazienki. Chwyciłam za klamkę i coś mnie tknęło.
- Nathan?
- Tak? - spojrzał na mnie znad telefonu.
- Czy ty wczoraj nie leżałeś koło mnie, kiedy zasnęłam?
- Tak, ale kiedy i mi zachciało się spać, wyrwałem się z twojego żelaznego uścisku i dla własnego bezpieczeństwa poszedłem spać w fotelu - spojrzałam na niego pytająco.  - No bałem się, że jeśli obudzisz się w łóżku obok mnie , to wymyślisz sobie niewiadomo co i znowu zaczniesz mnie okładać pięściami.
- Haha,  bardzo śmieszne - pokazałam mu język i weszłam do łazienki.
Szczerze, to było mi głupio. Nie dość, że narobiłam kłopotu, zamieszania z pokojami, to jeszcze Nathan spał skulony na fotelu. Weszłam do wanny i czułam, jak odżywam. Starałam się zrobić wszystko jak najszybciej, ale i tak zeszła mi prawie godzina. Rozbudzone, czysta i świeża wróciłam do Natha.
- Nathan... - zaczęłam powoli.
- Siadaj i jedz, Kelsey - powiedział nie przerywając czytania.
- No powiedz, że to nie było genialne? Nawet z kosmiczną gorączka jestem genialna - powiedziałam z wyższością i usiadłam na przeciwko niego.
Popatrzył na mnie wzrokiem, którym ja obdarowałam go wczoraj, gdy miał mnie pocałować i powiedział, żebym mu zaufała, po czym chwycił croissanta i wcisnął mi go do ust.
- Jedz, przynajmniej nie będziesz gadać głupot - powiedział i śmiał się przy tym lekko.
- Po prostu nie chcesz przyznać, że jestem mądrzejsza od ciebie, bo to ja na to wpadłam, a nie ty - odpowiedziałam z pełną buzią.
- Kiedy się martwię, nie mam głowy, żeby myśleć o ściemach dla paparazzi - Nathan nagle spoważniał.
- Właśnie, jeśli o to chodzi - zaczęłam drugie podejście. - Dziękuję i przepraszam. Dziękuję, że się mną zająłeś i byłeś przy mnie cały czas. Przepraszam, że narobiłam zamieszania z pokojami, kłopotów, wplątałam w to Kelsey i musiałeś spać na fotelu.
Przyjrzał mi się uważnie, wstał z fotela i kucnął przede mną.
- Jules. Byłaś ze mną, kiedy się rozchorowałaś, więc nie było innej opcji, niż żebym się tobą zajął - patrzył mi głęboko w oczy, aż czułam jak się czerwienię. - A spanie w fotelu nie było takie złe, mają wygodne.
Uśmiechnęłam się do niego.
- I tak dziękuję i przepraszam.
Byliśmy tak na przeciwko siebie, Nathan gładził mnie po dłoni i do pokoju, bez pukania naturalnie, wszedł Tom.
- Siemka - krzyknął wesoło. - Jules! - podbiegł i przytulił mnie. - Ty żyjesz!
- No jeszcze tak, ale za chwilę mnie udusisz - zaśmiałam się.
Tom puścił mnie i zwrócił się do Natha.
- Z Kelsey załatwione - powiedział.
- Co załatwione? - spytałam zaciekawiona.
- Jako, że wczoraj byłaś Kelsey, a ona o wszystkim pisze na twitterze, poprosiliśmy ją, żeby napisała, że jest jej przykro, że musiała wrócić z Glasgow do Londynu, ale rozłożyła ją choroba blablabla - wyjaśnił Nathan. - Dobra, wy sobie tu gadajcie, ja idę się szybko umyć -ruszył do łazienki. - Tom, pilnuj jej, żeby jadła.
Parker usiadł przede mną.
- No jedz - rozkazał.
- Wy nie rozumiecie. To nie to, że ja nie jem. Tylko przez ostatnie dni tak wyszło. Normalnie jem pewnie więcej niż wy.
- W to ostatnie akurat nie wierzę - zaśmiał się. - Jedz ładnie, ja idę jeszcze zadzwonić do Kelsey.
- No leć, leć - zabrałam się za jedzenie croissanta.
Po 15 minutach Nathan wyszedł z łazienki (ubrany, nie wyobrażajcie sobie :P).
- Ogolił byś się - stwierdziłam.
- Taa, zrobiłbym to, ale pewna mała, upierdliwa istotka zajęła łazienkę na godzinę - odpowiedział zakładając ukochaną czapkę i zegarek. - My lecimy to radia,  siedź tutaj, zamawiaj sobie filmy, jedzenie, co chcesz - podszedł i pocałował mnie w czoło. - Pa - wybiegł z pokoju.
Zostałam sama z tymi małym owadami szalejącymi w moim żołądku. Opanuj się, Jules. Pewnie traktuje mnie jak... młodszą siostrę czy coś, może przypominam mu Jess i włącza mu się instynkt starszego brata. To mi się wydawało bardzo prawpodobne i w miarę logiczne, żeby wyjaśnić to wszystko, co się działo przez ostatnie dwa dni.

***
Siedziałam sama w pokoju, obejrzałam film, nie zamawiałam jedzenia, bo Nathan wystarczająco dużo zamówił na śniadanie. Po niecałych trzech godzinach The Wanted wrócili do hotelu.
- Bierz szybko rzeczy, za 10 minut wyjeżdżamy do Liverpoolu - Nathan wpadł do pokoju i szybko zaczął zbierać swoje rzeczy mamrocząc coś pod nosem.
- Wiesz, że ludzie mogą odebrać gadanie do siebie jako syndrom choroby czy coś? - spytałam.
- Przepraszam - zatrzymał się na chwilę. - Martin zatrudnił nową asystentkę, która miała ułożyć radiotour. Trochę jej to nie wyszło logistycznie,  bo zasuwać tyle kilometrów do samego Glasgow, żeby na następny dzień wracać, jest trochę bez sensu. Trudno, z tym nic już nie zrobimy - w międzyczasie zbierał swoje rzeczy.
- Rozumiem - skłamałam. Nie zrozumiałam. Znaczy trzy po trzy, nawet dla mnie jechanie do samego Glasgow wydawało się bez sensu.
- Gotowa?
- Tak.
Już miałam się schylać po torbę, ale Nathan mnie uprzedził.
- Chyba nie sądziłaś, że dam ci nosić torbę - nie czekając na moją odpowiedź ruszył do drzwi i, jak na dżentelmena przystało, puścił mnie przodem.
- Wybacz, Jules, ale wyjdziesz trochę w nie gwiazdorskim stylu - powiedział Nathan, gdy już byliśmy w windzie. - Wyjdę z tobą przez kuchnię do autobusu, ty wsiądziesz,  ja wrócę do chłopaków i wyjdziemy głównym wejściem.
- Nie ma sprawy - odpowiedziałam z uśmiechem.
Nath przeprowadził mnie do wyjścia i gdy tylko weszłam do autokaru, wrócił do środka.  Pojazd ruszył, stanął przed głównym wejściem i po chwili wszedł cały zespół.
- Cześć, Jules - powiedział Jay, którego jeszcze dzisiaj nie widziałam.
- Jak się czujesz? - spytał Max.
- Dzięki, już dobrze - odpowiedziałam z uśmiechem.
- To dobrze - powiedział Siva. - Drugiego dnia z Nathanem, zestresowanym jak przed ścięciem bym nie wytrzymał.
Nath pacnął go w tył głowy.
- Nie bądź taki mądry - mruknął.

***
Po czterech godzinach drogi i jednym krótkim postoju, w czasie którego Martin podał nam jedzenie z McDonalda,  byliśmy w Liverpoolu. Najpierw zespół załatwił formalności w hotelu, ja zostałam, a oni pojechali do radia. Po dwóch godzinach wrócili.
- Zbieraj się, Jules - krzyknął Nath, gdy wpakował do mojego (własnego, jednoosobowego) pokoju.
- Że niby gdzie i po co? - spytałam nie odrywając wzroku od telefonu. Angry Birds są jednak wciągające.
- Na imprezę, jak to gdzie? Chyba nie myślałaś,  że będziemy tak tu siedzieć.
- To idźcie.
- A ty?
- Ja nawet nie mam się w co ubrać - wzruszyłam ramionami.
Nathan bez słowa sięgnął do mojej torby i wyciągnął z niej cekinową czarną bluzkę, moje ukochane ciemne rurki i baleriny.
- Candy chyba wiedziała, że coś będzie na rzeczy - rzucił ciuchy w moją stronę. - Za 15 minut na dole.
Wyszedł z pokoju, a ja rzuciłam się do kosmetyczki. Modliłam się w duchu, żeby był tam jakiś cień do oczu lub... o jest, brokatowa kredka. Obrysowałam nią oczy, szybko się ubrałam, włosy zapletłam w kłosa na bok. 20 minut. Jechałam windą trochę spóźniona, alei tak nieźle wyrobiłam się w czasie.
- Wow,  Jules... - zaczął Nathan.
- No w końcu dziewczyno, ile można czekać - wszedł mu w słowo Tom. - Dobra, idziemy, teraz posmakujesz imprezy z The Wanted - zaklaskał w dłonie.
Ruszyliśmy do wyjścia, ale gdy tylko drzwi otworzyły się, stanęłam jak wryta.
- Tam jest zimno. Muszę wrócić po kurtkę - obróciłam się na pięcie i poczułam, jak ktoś podnosi mnie do góry i przerzuca sobie przez ramię.
- Max, puść mnie! - zaczęłam go okładać pięściami po plecach.
- Jules, klub jest dosłownie za rogiem, nie będziesz się wracać po kurtkę, bo to zajmie kolejne 20 minut - powiedział, wychodząc z hotelu, dalej trzymając mnie.
- Dobra, nie wrócę się, ale puść mnie.
Z powrotem znalazłam się na ziemi.
- George, widzimy się w sądzie za naruszenie mojej nietykalności osobistej - pogroziłam mu palcem.
- Nie mogę się doczekać - pokazał mi język.
- Trzymaj - nagle poczułam, jak Nathan coś na mnie kładzie. To była jego bluza.
- Nath, nie trzeba, Max powiedział, że klub jest za rogiem, nic mi nie będzie, jak trochę zmarznę - chciałam oddać mu bluzę, ale mnie zatrzymał.
- Nie dam ci się znowu rozchorować - stwierdził stanowczo, patrząc mi przy tym głęboko w oczy.
- No dobra - westchnęłam. - Dzięki - uśmiechnęłam się i podbiegliśmy do chłopaków, którzy trochę się oddalili.
Po 5 minutach byliśmy już na miejscu, Siva od razu gdzieś zniknął. Usiedliśmy na największej kanapie, chłopak po chwili wrócił z drinkami. Wypiłam swojego i oddałam Nathanowi bluzę, bo zrobiło mi się gorąco.
- Nie wciągaj drinków jak smok, bo nikt cię na rękach nieść nie będzie - zażartował Tom.
- Myślisz, że mam aż tak słabą głowę? - spytałam.
- Szczerze? Tak - odpowiedział z uśmiechem.
- Dobra, to się zmierzymy - powiedziałam zacięcie.  Tom już podnosił rękę, żeby zamówić kolejkę, ale go zatrzymałam - Hola,  hola.  Nie mówię o jakichś badziewnych drinkach. Wódka. Polska wódka. Kupimy po powrocie do Londynu - patrzyłam na niego wyzywająco.
- Umowa stoi - uścisnęliśmy ręce.
W duchu modliłam się, żeby Tom miał gorszy łeb niż ja. W Polsce wszyscy mówili, że mam ekonomiczną głowę. Dwa piwa i byłam w pełni szczęśliwa i uhahana.
- Jules, wstawaj - Nathan przerwał moje obawy. - Idziemy tańczyć - wystawił rękę w moim kierunku.
- Nathan, ja nie umiem - kręciłam przecząco głową. - Nie ma takiej opcji.
- Nie marudź - pociągnął mnie na parkiet. - Po prostu się rozluźnij - szepnął mi do ucha.
Pierwszą piosenkę przetańczyliśmy jak ludzie. Potem puścili "Lightning", a na jego twarzy pojawił się iście szatański uśmiech. Po chwili zaczął wykonywać te ruchy, co za każdy razem, kiedy na koncercie grają tą piosenkę. Dostałam takiego ataku śmiechu,  że rozbolał mnie brzuch.
- Taaak. Powiem ci tylko jedno - sexytime! - powiedziałam, gdy skończył.
- Nie gadaj, tylko tańcz - złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Objęłam go i przytuliłam się. Kiwaliśmy się na boki, kompletnie nie do muzyki, ale nie przeszkadzało nam to. Magiczną chwilę przerwał Tom.
- Odbijamy,  ja wam pokażę,  jak się tańczy - porwał mnie na bok.
Z tańcem miało to niewiele wspólnego, ale przynajmniej się pośmiałam. Potem zatańczyłam jeszcze z Jayem,  Sivą i Maxem.  Wróciłam do stolika, czekał tam na mnie któryś z kolei drink, pomijając fakt, że w międzyczasie wypiłam przy barze kolejkę z Maxem
- Gdzie Nathan? - spytałam, upijając łyk.
Chłopcy spojrzeli po sobie.
- Tam - Jay wskazał na bar.
Nathan ledwie trzymał się na nogach. Podeszłam szybko do niego i przeprowadziłam do kanapy.
- Chłopie, jak ty wyglądasz - powiedziałam z dezaprobatą.
- Jules! - krzyknął uśmiany od ucha do ucha. Chwiejnie wstał i przytulił mnie. - Jak się cieszę, że tu jesteś.
- Dobra, dobra. Chodź, wracamy do hotelu - chwyciłam torebkę i wzięłam go pod ramię.
- Pójdziemy z wami - Siva podniósł się z miejsca.
- Nie, bawcie się jeszcze - uspokoiłam go.
- Na pewno dasz sobie radę? - spytał Max
- Tak, tak. To na razie - pomachałam go nich. - Chodź, idziemy spać - pociągnęłam lekko Nathana i wyszliśmy z klubu.


NUDNAWY TEN ROZDZIAŁ, ALE! OBIECUJĘ POPRAWĘ, NASTĘPNY BĘDZIE CIEKAWSZY I... BĘDZIE MOŻE (PODKREŚLAM - MOŻE ;)) COŚ WIĘCEJ :D I JESTEM Z SIEBIE DUMNA, BO NIE DAŁAM SIĘ SZANTAŻOM I WYROBIŁAM SIĘ W NIEDZIELĘ! DO NASTĘPNEGO :*

piątek, 23 listopada 2012

Attention, please.

To jeszcze nie nowy rozdział,  ten dodam dopiero w poniedziałek, ewentualnie w niedzielę wieczorem. Ale zdarzyło się coś ważnego i muszę się tym gdzieś pochwalić :D. Mianowicie, 10 minut temu Tom Parker dodał mnie do obserwowanych ma twitterze! Teraz czekam na Natha a potem na resztę chłopaków ;)

czwartek, 22 listopada 2012

5. Te trzy słowa.

- Coś kombinujecie - stwierdziłam stanowczo. Wszyscy, jak jeden mąż, pokręcili przecąco głowami. - Obejrzałam za dużo WantedWednesday, żeby wam uwierzyć.
- Jules, słońce, jak możesz twierdzić, że my bylibyśmy zdolni, żeby cię oszukiwać - spytał Nathan i objął mnie ramieniem.
- Jesteś ostatnią osobą, która powinna wypowiadać się na ten temat. Poza tym nie gadam z tobą - strąciłam z siebie jego rękę, ale przytrzymałam ją przez ułamek sekundy, bo zakręciło mi się w głowie. Usiadłam szybko obok Toma.
- Nudzi mi się, zagrajmy w coś - powiedział leniwie Max. - O wiem, prawda lub wyzwanie!
- Taaaak! - Tom szybko znalazł jakąś butelkę.
- Wiecie, ja nie czuję się najlepiej, więc pas - powiedziałam słabo.
- O nie, nie, nie! - krzyknął Tom. - Jedziesz z The Wanted, to zachowujesz się jak The Wanted.
Westchnęłam i usiadłam razem z nimi na podłodze. Pierwszy kręcił Max, bo stwierdził, że mu się należy, bo wymyślił grę. Trafiło na Natha. Max długo myślał, w końcu popatrzył na mnie iście szatańskim wzrokiem, który nie oznaczał nic dobrego.
- George, uważaj, co mówisz - ostrzegłam stanowczo.
- Nathan. Pocałuj Jules - powiedział łysy z uśmieszkiem satysfakcji.
Sykes podniósł się leniwie z podłogi, podszedł w moim kierunku, bezgłośnie powiedział "Zaufaj mi", na co odpowiedziałam mu miną z serii "Jaja sobie robisz, chłopcze?", kucnął przede mną, złapał mnie delikatnie za brodę i... pocałował w policzek. Całował i całował, aż w końcu zaczął mnie gilgotać, na co odpowiedziałam dzikim atakiem śmiechu. Nagle zamarł i lekko się ode mnie odsunął.
- Ej! To się nie liczy! - zaprotestował Tom.
- Nie marudź. Max nie sprecyzował o co mu chodzi - pokazałam z satysfakcją język.
- Jul, jesteś rozpalona - powiedział poważnie Nathan.
- Żeby jeszcze miała po czym - Tom dalej swoje...
- Durniu, ona ma gorączkę! - nigdy nie mogłam wyobrazić sobie poważnego Natha, aż do teraz.
- Mówiłam, że źle sie czuję - przypomniałam.
- Ale nie, że masz podwyższoną temperaturę - podgłaskał mnie po głowie. - Idź, połóż się tam - wskazał palcem na kanapę na końcu busa. - Zaraz przyniosę ci koc.
Na wszystkie świętości przysięgam, to był pierwszy i ostatni raz, kiedy posłuchałam Sykesa bez oporów i sprzeciwów. Tylko i wyłącznie dlatego, że marzyłam o tym, żeby się położyć, ale nie chciałam nikomu mówić, jak bardzo źle się czuję, żeby nie robić kłopotów. Nathan nakrył mnie szczelnie kocem.
- Jay, zadzwoń do Martina, czy mamy gdzieś termometr - popatrzył na mnie z troską. Cholera, jakby na serio się przejął. - Zrobię ci herbaty, co? - uśmiechnął się delikatnie.
- Tak, dziękuję - powiedziałam słabo.
- Nath... - zaczął niepewnie Jay. Chłopak odwrócił się w jego stronę. - Martin mówi, że nie mamy.
- Cholera jasna! - krzyknął Nathan, aż podskoczyłam. - Gramy koncerty na całym świecie, sprzedajemy miliony płyt, mamy własny autobus, a nie mamy termometru?!
- Hej, hej, Nath - zerwałam się z miejsca. - Nie denerwuj się - tym razem to ja patrzyłam mu głęboko w oczy. - To nic wielkiego, mam lekko podwyższoną temperaturę, ale wypiję pyszną herbatkę, którą mi zrobisz, prześpię się i zanim dojedziemy do Glasgow, będę jak nowonarodzona, tak? - uśmiechnęłam się lekko.
- Masz rację - chłopak lekko się zmieszał. - Sorry, chłopaki - powiedział do zespołu, ale oni tylko machnęli na niego ręką.
Położyłam się z powrotem, po chwili Nathan przyniósł mi herbatę. Podniosłam się tak, że w pół leżałam. Wypiłam szybko gorący napój i poczułam jak robię się coraz bardziej senna.Ostatkami świadomości poczułam jak ktoś, zapewne Nathan, wyciąga mi kubek z rąk, kładzie i całuje w czoło.

OCZAMI NATHANA

Z lekką dozą niepewności pocałowałem ją delikatnie w czoło. Z nią to nigdy nie wiadomo, skąd miałem wiedzieć, że nagle nie otworzy oczu i nie zacznie mnie okładać pięściami jak wcześniej. I to mi się w niej podobało. Ta nieprzewidywalność.
- Uuuuuu... - odwróciłem się i zobaczyłem Toma i Jay robiącego to, co ja przed chwilą.
- Kretyni - skwitowałem krótko.
- Po prostu przyznaj, że ją lubisz - powiedział Siva.
- Dobra, lubię. I co z tego? Kelsey i Nareeshę też lubię - wzruszyłem ramionami.
- Ale Jules lubisz w inny sposób - stwierdził Max.
- O co wam chodzi, he? - zmierzyłem wszystkich wzrokiem.
- Po prostu zacznij działać - powiedział Tom.
- Ale z nią.. To nie jest takie proste - westchnąłem i usiadłem obok nich. - Ona.. Jest inna. To bez sensu, bo ja praktycznie jej nie znam... Ale jest w niej coś takiego... Sam nie wiem.
- Och, Nathan, to miłość od pierwszego wejrzenia, takie romantyczne - zapiszczał cienkim głosem Tom.
- Miłość od pierwszego wejrzenia nie istnieje, matole - założyłem słuchawki na uszy i usiadłem tak, żeby mieć oko na Jules.
Co jakiś czas podszedłem do niej, sprawdzić jej temperaturę.
- Młody, opanuj się, obudzisz ją jak będziesz tak łaził - powiedział Siva.
- Chodź tu. Ona jest coraz gorętsza - stwierdziłem przerażony.
Razem z Sivą podszedł Max.
- Faktycznie, jakby miała z pięćdziesiąt stopni - powiedział cicho.
- Za ile będziemy w Glasgow? - spytałem.
- Za jakieś pół godziny, a co?
- Nic.. Tylko myślę, czy nie obudzić jej wcześniej. Wiesz, jak to dziewczyny muszą osiem razy spojrzeć w lustro zanim wyjdą.
- Nie budź jej, nałożysz jej na głowę swoją czapkę i zaniesiesz do hotelu na rękach, jak rycerz w srebrnej zbroi - powiedział przez śmiech Tom.
- Czy ty nigdy nie możesz być przez chwilę poważny? - spytałem wkurzony.
- Nie - odparł krótko i rzucił we mnie poduszką, a ja, nieco bezmyślnie, odsunąłem się na bok, przez co poduszka spadła tuż obok głowy Jules. Dziewczyna westchęła i otworzyła oczy.
- Dzięki, kretynie - syknąłem do Toma.
- Co się dzieje, jesteśmy w Glasgow? - Jul poderwała się z miejsca.
- Nie, nie, leż - położyłem ją z powrotem. - Jeszcze dłuższa chwila. Idź spać.
- Nie chcę - usiadła znowu. - Zrobisz mi herbaty? - spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem.
- Jasne - poderwałem się z miejsca, ale zaraz się zatrzymałem. - Ej, może byś coś zjadła?
- Nie, chcę herbaty... - powiedziała słabo. - Robisz naprawdę pyszną - ziewnęła i... znowu zasnęła.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Mamy problem - powiedział Jay. - Przed hotelem czekają paparazzi.
Nastała grobowa cisza.
- Nie mogą jej zobaczyć - stwierdziłem. - Nie będzie miała spokoju, jak wrócimy do Londynu... Kurw*! - uderzyłem, znowu bezmyślnie, ręką w blat. I znowu ją obudziłem.
- Co się dzieje? - błyskawicznie usiadła, lekko się przy tym zataczając.
- Jules, jest mały problem - kucnąłem przed nią. - Przed hotelem są paparazzi. Musimy coś wymyślić, żeby cię nie zobaczyli.
- A może gdyby ją opatulić, tak żeby nie było widać twarzy i jakby co to powiedzieć, że to Jess? - rzucił Siva.
- Jess jest w Paryżu na wycieczce,  napisała o tym przed chwilą na twiterze. Po za tym, nawet gdyby była w Gloucester, to chodzi przecież do szkoły.
Więcej pomysłów nie było...
- Kelsey - odezwała się słabo Jules.
- Mała,  Kelsey tu nie ma - ogarnęło mnie przerażenie.Nie wiedziałem, jak wysoką ma gorączkę, więc mogła równie dobrze mieć zwidy.
- Nie to głuptasie - zaśmiała się lekko, ten dźwięk był miodem na moje uszy. - Gdyby przebrać mnie za Kelsey. Jeśli Tom nie ma nic przeciwko.
- Jeśli o mnie chodzi nie ma sprawy, ale zadzwonię do Kelsey - Tom zaczął telefonować. - Nie ma problemu, uzgodniłem z Kelsey, że nie będzie się wyczytać w Londynie dopóki czegoś nie wymyślimy - powiedział po chwili.
- Stary, dzięki - poklepałem go po ramieniu.
- Spoko,  wiem, jak to jest, kiedy dla dziewczyny jesteś w stanie zrobić wszystko.
Spiorunowałem go wzrokiem i lekko przerażony odwróciłem się, żeby sprawdzić reakcję Jules. Ale ona... znowu spała.
- Masz szczęście - powiedziałem krótko.
- Młody, powiedz jej po prostu, co czujesz i tyle - taaa,  jakby to było takie proste.
- Mówiłem już. To... ciężkie.
Na szczęście nie musiałem znowu się z nimi odroczyć, bo dojechaliśmy do hotelu.
- Jules, jesteśmy na miejscu - potrząsnąłem ją lekko.
Dziewczyna podniosła się do góry. Podszedł Tom ze swoją bluzą. Spojrzałem na niego spod byka. Przecież mogłem jej dać swoją.
- Tak, wiem, chcesz ubrać ją w swoją bluzę,  ale Kelsey szłaby w mojej bluzie i to ja bym ją prowadził - powiedział Tom.
- No w sumie masz rację - odsunąłem się na bok, zobaczyłem jej torebkę i wpakowałem do swojego plecaka.
Tom pomógł Jules założyć swoją bluzę, nałożył kaptur na głowę i dał Maxowi znać, że jesteśmy gotowi. Drzwi otworzyły się i rozbłysły się flesze aparatów...

OCZAMI JULES

Wychodziłam z autobusu wtulona w Toma, w jego bluzie, z jego kapturem na głowie. Nie wiedziałam za bardzo co się dzieje, wiedziałam tylko, że jestem Kelsey i, że sama na to wpadłam. Tom obejmował mnie, Nathan szedł z drugiej strony. Złapałam go za rękę. Szliśmy tak do hotelu, aż dostaliśmy się do środka i flesze zniknęły.
- Zaraz wrócę - szepnął Nathan i puścił moją rękę.
Stałam w kącie z chłopakami i słyszałam Natha, jak kłócił się z Martinem.
- Martin pisałem do ciebie, że chcemy dodatkowo jeden pokój jednoosobowy, a ty zmienisz całą rezerwację i dajesz nam trzy dwuosobowe - syczał przez zęby.
- Dobra, mój błąd, przyznaję, ale teraz jest już za późno, żeby zmienić cokolwiek.
- Trudno, dam radę jakoś - wrócił do nas, podniósł moją głowę i pokręcił głową.  Dało się z tego wyczytać, że wyglądam tragicznie. - Chodź, zaraz się położysz - przejął mnie od Toma i szepnął coś na tyle cicho, że nie mogłam usłyszeć. - I lekarza - dodał, gdy chodziliśmy  do windy. Staliśmy tak w ciszy, aż poczułam, że nie mam siły stać i nogi zaczęły się pode mną osuwać. Ostatnie, co usłyszałam to Nathana przerażone:
- Jules, co się dzieje?

OCZAMI NATHANA

Tak po prostu nagle osunęła się na ziemię. Stałem przerażony, nie wiedziałem, co mam robić.
- Jules. Jules, słońce, odezwij się - złapałem lekko nią trzęsąc.
Winda zatrzymała się na naszym piętrze, nie pozostało mi nic innego, jak wziąć ją na ręce i zanieść do pokoju. Położyłem ją na łóżku. Po chwili przyszedł Max z naszymi torbami.
- Co z nią? - spytał cicho.
- Śpi. Chyba - westchnąłem. - Co z lekarzem? - w tym momencie rozległo się pukanie do drzwi- Dzień dobry - spojrzał na Jules skuloną na łóżku. - Ja chyba do tej pani.
- Tak, proszę robić swoje - wyszedłem z Maxem z pokoju.
- Nie martw się, nic jej nie będzie - poklepał mnie po ramieniu.
- Tsaaa... - miałem taką nadzieję, ale litości, ludzie nie mdleją z znienacka w windzie. - O jednym łóżku w moim i jej pokoju porozmawiamy potem - oddałem szorstko.
Max zaśmiał się.
- Jeszcze nam za to podziękujesz. Poza tym to Martin dał ciała z pokojami, a chłopaki pewnie nie zamierzają się z wami wymienić, żeby spać w jednym łóżku.
W tym momencie z pokoju wyszedł lekarz.
- Co z nią? - spytałem szybko.
- Zwykła jednodniówka - odparł ze spokojem lekarz. - Nasilona,  to fakt, ale ze względu na to, że nic nie jadła od wczoraj po południu.
- Skąd pan to wie? - spytałem.
- Przebudziła się, to się jej spytałem.
- Dziękuję panu bardzo - uścisnąłem mu rękę, wróciłem do pokoju, Max poszedł do siebie. Jules nie spała.
- Dziewczyno, czemu ty nic nie jesz? - spytałem z aprobatą.
- No bo... - zaczęła zawstydzona. Nawet z rozmazany makijażem wyglądała uroczo. - Wczoraj był ten koncert i byłam zajęta, dzisiaj rano poszłam na zakupy, a potem przyszłam zrobić ci awanturę o rachunek i tak wyszło...
- Dobra, nie ważne. Tu masz torbę, przebierz się - pokazałem torbę, którą przyniósł Max.
- Nie mam siły... Jest mi strasznie zimno - przeszedł nią dreszcz.
- Masz gorączkę. Idź spać tak, jak jesteś, ja zaraz wrócę - tak naprawdę nie wiedziałem, gdzie niby mam iść, ale musiałem gdzieś się podziać, żeby Jules zaczęła, a ja mógł spokojnie usadowić się na fotelu.
- Zostań ze mną - spojrzała na mnie bałagalnie.
Westchnąłem cicho i Położyłem się obok niej. Wtuliła się we mnie, tak jak wcześniej w Toma i chociaż okoliczności były niefortunne, to mógłbym tak leżeć z nią całe zycie.
- Dziękuję, że jesteś - powiedziała resztkami sił i zaczęła. Znowu.
Te trzy najważniejsze dzisiaj dla mnie słowa odbijały się echem w mojej głowie...



JAK WAM SIĘ PODOBA WPROWADZENIE INNEJ PERSPEKTYWY? ;) MUSZĘ PRZYZNAĆ, ZSZEDŁ NIE JESTEM ZADOWOLONA Z TEGO ROZDZIAŁU, ALE DWA RAZY GO STRACIŁAM W POŁOWIE I TO JUŻ NIE TO SAMO CO BYŁO W PIERWOTNEJ WERSJI...
PS. PROSZĘ MI TU NIE KRZYCZEĆ, ŻE SIĘ NIE CAŁUJĄ, BO TY (TAK, WŁAŚNIE TY) NIE DOPROWADZIŁAŚ DO POCAŁUNKU OD WIELU WIĘCEJ ROZDZIAŁÓW ;))

wtorek, 20 listopada 2012

4. Pieprzony Nathan Sykes.

Rozdział dodałam tak szybko, bo natchnęła mnie do tego Dreamer. Przepraszam, nie takiego zakończenia sceny oczekiwałaś xD

Nagle drzwi otworzyły się.
- Nath, jesteś tu? - to był Max. Odskoczyłam jak oparzona od Nathana. - Mamy I Found You.
- Co ty pieprzysz? - spytał wkurzony Sykes. - Nie damy rady zagrać tu I Found You.
- Dave skombinował płytę z samą melodią. Puścimy to na bis. Wprawdzie to nie to samo co koncert, ale... - przerwał i patrzył to na mnie to na Nathana. - A co wy tu tak właściwie robicie?
- Nathan pomaga mi nieść skrzynki z całą - uratowałam nas i wręczyłam Nathowi skrzynkę. - A skoro też tu jesteś to też pomożesz - drugą dałam Maxowi i wyszłam, usłyszałam za sobą ciche:
- Dzięki, George.
Stanęłam za barem, skrzynki postawili koło mnie. Dave puścił płytę, zespół wszedł na scenę i zaczęli:
She wants me to come over...
Stałam i zastanawiałam się, co by było gdyby Max nie wszedł na zaplecze... Czy skoro prawie doszło do pocałunku to znaczy, że ja i Nathan coś do siebie...? Moje rozmyślania przerwała Nareesha.
- Co tam? - spytała z uśmiechem.
- Mogę o coś spytać? - zawahałam się.
- Jasne!
- Czy Nathan...
- Podobasz mu się - przerwała mi zanim w ogóle coś powiedziałam.
- Wow... - troszkę mnie to zastosowało. - Tylko wiesz, obawiam się, że to po prostu kobieciarz.
- Nathan?! - zaśmiała się. - Kto jak kto, ale nie on.
Jakby na zaprzeczenie słów Nareeshy zaczęło się solo Nathana, a on... Wybrał sobie fankę, zbliżył się do niej zupełnie jak w teledysku... Oparł swoje czoło o jej, głaskał po policzki... Tylko czemu czułam zazdrość? Ja nawet go nie znałam! Jego solo się kończyło, a oglądałam teledysk i bałam się tego, co może się stać... Nathan skończył swoje "I found you, you, you..." i pocałował ją... w czoło. Poczułam małą ulgę, ale kurde, takich rzeczy się nie robi, jeżeli chwilę wcześniej prawie wsadziło mi się język do ust.
The Wanted skończyli koncert, rozdała autografy i zwinęli się.
***
Rano nadzwyczaj wyspana, szybko się ogarnęłam i wyszłam na zakupy. Jack, pewien, że zbiliśmy fortunę na wczorajszym koncercie, dał wszystkim po 50 funtów. Był przy tym trochę jak tato rozdający kieszonkowe dzieciom. Ale w sumie tak nas traktował - jak własne dzieci. W drzwiach minęłam się z kurierem nosiącym paczkę dla Jacka. Interesowało mnie,  co to jest, ale nie zastanawiałam się nad tym długo, bo naszły mnie inne myśli. Nathan Sykes. Jeszcze w zeszłym roku miałam jego zdjęcie na tapecie, teraz nie dość, że go nie poznałam, to prawie się z nim całowałam.
W galerii kupiłam dwie bluzki bokserki, torebkę miałam w miarę dużą, więc włożyłam je do środka. Wróciłam do pubu i zastałam Jacka gorączkowo liczącego pieniądze.
- Jack, spokojnie, wyjdziemy na prostą - powiedziałam i dopiero wtedy zobaczyłam kopertę, którą rani przyniósł kurier. Bez pytania ją wzięłam i przeczytałam list. Zamurowało mnie.
- Jules, to na pewno da się wytłumaczyć - Jack uspokoił mnie widząc moją wściekłą minę.
- Jack, te gnojki nas wyrolowały. Czytałeś to? - wskazałam na list. - Wychodzimy na zero! Sykes już nie żyje - chwyciłam kopertę i trzasłam drzwiami.
Szłam do wytwórni, mając nadzieję, że tam będzie. Teraz przegiął.  Jack i reszta są dla mnie jak rodzina. A ja rodzinę bronię i jestem gotowa za nią zabić. Złapanie tej małej gnidy mogło jednak nie być takie proste. Przed budynkiem stał autobus i tłumy fanek. Przecisnęłam się z trudem na sam przód. Zauważyłam Sivę i Nareeshę, zawołałam ich i mulat dał ochroniarzowi znak, żeby mnie wpuścił.
- Słonko, co się stało? - spytała Nareesha widząc w jakim jestem stanie.
- Gdzie Sykes? - spytałam oschle.
- W busie - odpowiedział Siva. - Jules, nie możesz... - dalszej części nie słyszałam, bo wbiegłam do busa. Wyglądał jak ten z "Dom nie do poznania".
- Cześć, Jules - usłyszałam Sykesa.
- Ty pieprzony kłamco! - zaczęłam się drzeć.
- O co ci chodzi? - spytał zszokowany.
- O co mi chodzi? - pomachałam mu kopertą. - Wiesz, co to jest? Rachunek od waszego managera. I zgadnij co. Wychodzimy na zero!
- Wszystko w porządku, panie Sykes? - nagle nie wiadomo skąd wyrósł za mną dwumetrowy ochroniarz.
- Tak, tak, dziękuję - odpowiedział Nathan, a gdy tamten się oddalił wepchnął mnie ze sobą do toalety. Znacznie większej niż zazwyczaj w autokarach, ale wciąż wąskiej.
- Uspokój się - położył mi ręce na ramionach.
- Nie uspokajaj mnie!
- Pokaż mi to - wyrwał mi list z ręki i zaczął gdzieś dzwonić.
Wykorzystałam ten czas, żeby napisać do Jacka, żeby się nie martwił, że może nie pójdę do więzienia za morderstwo.
- Dobra, Jules - odezwał się Nathan, po skończonej rozmowie. - Martin nie wiedział, jaka jest sytuacja, dlatego wystawił rachunek. Wymyśliłem mu, nic nie musicie płacić.
Czułam się jak idiotka. Zamiast na spokojnie wszystko wyjaśnić, przyszłam i zrobiłam awanturę. Postanowiłam przeprosić.
- Nathan, bardzo cię prze... - nie dane mt było dokończyć, bo cały autobus podskoczył. Chwila... Autobusy na postoju nie podskakują. Byłam tak zajęta telefonem, że nie zauważyłam, kiedy ruszyliśmy. Patrzyłam na Nathana przerażona, on wyglądał na rozbawionego tą sytuacją. Wyszłam z toalety, w busie była pozostała czwórka chłopaków.
- Siema, Jules! - ucieszył się Tom. - Jedziesz z nami?
- Co? Nie, nigdzie nie jadę - ruszyłam do drzwi. - Chcę wysiąść.
- Ale to niemożliwe - odparł Jay.
- Jedziemy na radiotour - odezwał się Max. - Jesteśmy spóźnieni, nie możemy zawrócić oraz - wyjrzał przez okno - nie możemy się tu zatrzymać.
Stałam jak wryta.
- Co proszę? - odwróciłam się do Nathana. - Ty pieprzony palancie! - zaczęłam okładać go pięściami. - Ja. Chcę. Do. Domu - jedno słowo to jedno uderzenie.
- Jules, przestań - załapał mnie za nadgarstki. - Nie możemy cię tu wysadzić ani odwieźć. To tylko Glasgow. Glasgow słyszysz? - patrzył mi głęboko w oczy. - Pojedziesz z nami, a potem odstawimy cię do domu, okej?
- Dobra - wyrwałam się i usiadłam obok Toma. Chciałam zadzwonić do Jacka, żeby my wszystko wyjaśnić, ale nie odbierał. Spróbowałam do Candy.
- Candy, to ja.
- No w końcu! Co z tobą?
- Jadę z The Wanted do Glasgow - odpowiedziałam niechętnie. - To długa historia, wrócę jutro.
- Tylko do Glasgow?
- Tak.
Cisza w słuchawce.
- Candy?
- Poczekaj chwilę - usłyszałam, jak wpisuje coś w komputerze. Po chwili odezwała się. - Jules, oni nie jadą tylko do Glasgow - powiedziała z powagą.
- Co? Przecież Nathan powiedział...
- Glasgow, Sheffield, Nottingham, Liverpool, Manchester i dopiero Londyn. Jules, to cała trasa radiowa.
- Zaraz oddzwonię - powiedziałam krótko. -Nathan, ty pieprzony kłamco - wstałam z miejsca.
- Czym tym razem zasłużyłem sobie na to określenie? - znudzony udał oburzenie.
- Kiedy zamierzałeś powiedzieć mi o Sheffield? O Liverpoolu?
- Ja... - zamurowało go, a ja miałam ochotę go zabić.
- Jules, nie wściekaj się - prosił.
- Chodź, pojedziesz z nami, zobaczysz trochę świata - zachęcił Siva.
- Zobaczysz, będzie fajnie - Tom, Max i Jay zrobili smutne psie oczy.
Kurde, w sumie trochę mnie korciło, zawsze to jakaś przygoda.
- Ehh, no dobra - ucieszyli się. - Ale z nim - wskazałam na Natha - nie gadam.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
- Chwila... Wrócimy dopiero w przyszłym tygodniu, a ja nie mam ciuchów.
- Dzwoń do Candy, z Londynu zaraz wyjeżdża auto z naszymi torbami i gitarami, wezmą twoje rzeczy. Zadzwonię i powiem im, gdzie podjechać - Max sięgnął po telefon.
Zadzwoniłam do Candy.
- Słuchaj uważnie, bo nie ma czasu - przeszłam od razu do rzeczy. - Weź jakąś torbę i spakuj moją pidżamę, spodnie, bieliznę, parę bluzek, kurtkę i do kosmetyczki to, co niezbędne.
- Jules, co jest? - spytała zaniepokojona.
- Jadę w trasę z tymi durniami - westchnęłam.
- Ale super! - pisnęła.
- Raczej średnio - mruknęłam.  - Dobra, pośpiesz się, bo nie ma czasu. Samochód przyjedzie po torbę.
- Już się robi! Pa! Miłej zabawy - rozłączyła się.
W momencie, gdy skończyłam rozmowę, chłopcy skończyli rozmawiać. Po ich minach widziałam, że coś kombinują...
I jak, podoba się? (JEŚLI KTOKOLWIEK TO CZYTA). Tylko mi się tak wydaje, czy ten rozdział jest jakiś krótszy?

poniedziałek, 19 listopada 2012

Ekhem...


Czy jakąś dobra dusza może mi powiedzieć dlaczego posty napisane na bloggerze na telefonie noego wyswietlaja się w wersjach roboczych na komputerze? :(

niedziela, 18 listopada 2012

3. Unplugged.

Następnego dnia cały zespół pojawił się w pubie, kiedy ja starannie polerowałam szklanki i kufle.
- Cześć Jules - powiedział Nathan, ja tylko na niego spojrzałam. - Chłopaki, to jest Jules, w zasadzie to Julia, ale to już wam tłumaczyłem. - Czy to znaczy, że rozmawiał z nimi o mnie? Nathan Sykes rozmawiał z The Wanted o mnie? - Jules, to jest Max, Jay, Siva no i Toma już znasz - litości, wszystkich ich znam.
Uśmiechnęłam się do nich, w odpowiedzi usłyszałam chóralne "Cześć". Wtedy na salę wszedł Jack, a razem z nim Candy, Liz i mocnozaspany Dave, który do trzeciej stał za barem. Dziewczyny wyglądały, jakby zaraz miały zsikać się w spodnie. Wszyscy się zapoznali, pośmiali, istna arkadia. Potem przeszli do konkretów, myśleli, że zespół powinien występować i takie pierdoły.
- Mogę wtrącić? - spytałam nieśmiało.
- Wal śmiało - odpowiedział Max.
- Nie żebym się znała na elektryce, ale nasze bezpieczniki, nie udźwigną koncertu. Bez prądu zostaniemy nie tylko my, ale i cała dzielnica.
- Urocza jesteś - powiedział Nathan, chociaż miałam wrażenie, że się ze mnie nabijał. - Ale my gramy koncert akustyczny.
No tak, jak mogłam być taka głupia. To logiczne, że na takiej przestrzeni w grę wchodzi tylko koncert akustyczny.
- Dobra, kiedy ten koncert? - poddałam się, chociaż wciąż miałam złe przeczucia.
- Jutro - odpowiedzieli chórem.
- Jutro?! - zamurowało mnie. - Skąd wytrzaśniecie ludzi, którzy przyjdą z dnia na dzień na koncert?
- Po pierwsze jutro jest piątek, co jest na naszą korzyść - odezwał się Jay. - Po drugie, nie znasz mocy The Wanted Fanmily. Już rozesłaliśmy wiadomości na twitterze, facebooku, na oficjalnej stronie - oznajmił z satysfakcją.
- Będziemy zbierać 15 funtów za wejście - odezwała się Liz. - To nie majątek, a uda nam się uzbierać trochę kasy.
Wszyscy się z nią zgodzili.
- Dobra, lista piosenek, musimy się przygotować - Siva wziął długopis do ręki, gotowy notować.
- Glad You Came, Chasing The Sun, Lightning, Gold Forever... - Wszyscy się przekrzykiwali. - Może covery? ... Fight For This Love, Animal, Wherever You Will Go, Iris...
- Jules - krzyknął Nathan.
- Słucham?
- Jaka jest twoja ulubiona piosenka The Wanted?
Zastanowiłam się chwilkę.
- Lie To Me - powiedziałam pewnie.
- Ale to nie jest singiel - powiedział Max.
- Wiem. Nie pytaliście o singiel, ale o piosenkę, to powiedziałam.
- Okej - Nathan spojrzał po chłopakach. - Dobra, zbieramy się, musimy przećwiczyć piosenki i zrobić jeszcze lepszą reklamę. Wpadniemy jutro długo przed koncertem.
Zespół wstał, pożegnał się i wyszedł. Candy i Liz wpadły w dziki krzyk szczęścia, czego nie mogłam, choć bardzo chciałam, zrozumieć.

***
Następnego dnia zespół przyszedł przed południem z całą ekipą. Wszyscy krzątali się, przestawiali stoły, przygotowywali instrumenty. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że cała piątka chłopaków, to tak świetni ludzie, czuliśmy, jakbyśmy się znali całe życie.
Rozmawiałam z Nathanem przy barze, kiedy drzwi się otworzyły. Siva wyszedł chwilę wcześniej, teraz wrócił z Nareeshą.
- O mój Boże... - zamarłam.
- Co jest? - Nathan obrócił się, żeby zobaczyć, co przykuło moją uwagę. - Chodzi ci o Nareeshę?
- Mogłam nie poznać ciebie, ale ją poznałabym z zamkniętymi oczami. Ona jest taka wspaniała... - Nareesha była dla mnie ideałem. I była świetną projektantką butów.
- Chodź, poznam cię z nią - Nathan wyciągnął do mnie rękę, a ja zamarłam. - Rozumiem - rzekł rozbawiony. - Nareesha!
- Co ty robisz? - szepnęłam przerażona.
- Nar, chodź tu!
Dziewczyna uśmiechnęła się i podeszła.
- Nareesha, to Jules.
- Ach tak - uśmiechnęła się tajemniczo. - Ta, dziewczyna, o której mi mówiłeś.
Nathan posłał jej spojrzenie, z którego nawet ja wyczytałam, że miała o tym nie wspominać. Porozmawiałam z nią chwilę, była taka miła. Kiedy wróciła do Sivy, rzuciłam się Nathowi w ramiona.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję! - przytuliłam go, a on objął mnie wokół talii. Było mi tak zaskakująco dobrze.
- Nie ma za co - wyszeptał mi do ucha.
Staliśmy tak przytuleni i nie wiadomo, ile by to trwało, gdyby Jay nie zawołał Natha.

O dziewiętnastej przed pubem czekały już tłumy, chociaż do koncertu została przeszło godzina.
- Dobra, hej ludzie, chodźcie tu! - krzyknął Max, wszyscy (Nath, Max, Tom, Siva, Jay, ja, Candy, Liz, Dave, Jack, Nareesha i Kelsey, która też pojawiła się) zebrali się koło baru.
- Obmyśliliśmy z Jackiem strategię - powiedział Tom. - Jack i Dave, razem z ochroniarzami staną przy wejściu, będą pobierać opłaty. Dziewczyny staną za barem. Genialne! - zaśmiał się swoim charakterystycznym śmiechem.
- Dobra, wpuszczajcie ich. Chwilę zejdzie zanim wszyscy wejdą - powiedział Jay. Zespół, Nareesha i Kelsey poszli na zaplecze, Dave, Jack i ochroniarze otworzyli drzwi. Tłum wchodził i wchodził i wchodził, zaczęłam się obawiać, że wszyscy się nie zmieszczą. Do dwudziestej raczyliśmy ich muzyką z płyty (The Wanted oczywiście), po 10-minutowym spóźnieniu chyba przestało im się to podobać.
- Jules - usłyszałam szept. W drzwiach od kuchni wychylała się Nareesha i machała na mnie, żebym przyszła.
- No co jest? - spytałam, gdy weszłam do środka. Dwóch dodatkowych gitarzystów rozgrzewało palce, chłopcy, jak zawsze przed koncertem wygłupiali się (widziałam już takie rzeczy na ich filmikach na WantedWednesday), Tom szeptał coś z Kelsey.
- Ktoś musi nas zapowiedzieć - spojrzał na mnie wymownie Nathan.
- Że niby ja? Nie możecie po prostu wejść tam i zagrać.
- No niby możemy - stwierdził Max. - Ale wtedy nie czujemy tej adrenaliny, która pojawia się, gdy tłum krzyczy nazwę zespołu.
Teraz już wszyscy patrzyli na mnie błagalnie, nawet Nareesha i Kelsey.
- No dobra - załamałam ręce. Co innego miałam zrobić?
Nogi miałam całe z waty, powoli wyszłam na prowizoryczną scenę, stanęłam za mikrofonem. Candy na mój znak wyłączyła muzykę. Tłum popatrzył w moją stronę.
- Przepraszamy za lekkie opóźnienie, mamy... problemy techniczne. - no bo jak inaczej miałam wyjaśnić, że zespół musi sobie pogadać? - Dziękujemy wszystkim za przybycie, naprawdę nie spodziewaliśmy się tak wielu osób na koncercie zapowiedzianym z dnia na dzień. Moja propozycja jest taka, żeby w czasie, gdy zespół będzie grał, jak najmniej osób podchodziło do baru coś zamawiać, bo jest to koncert akustyczny i będziecie zagłuszać zespół. Bar jest otwarty cały czas, to tylko taka sugestia. Dobra, to zaczynamy, proszę państwa - THE WANTEEEED!
Na sali rozniosła się salwa braw, krzyków i pisków. Zrobiłam dwa kroki w tył, zespół i dwóch gitarzystów weszło na scenę. Przybiłam z wszystkimi piątkę i poszłam za bar.
- Cześć wszystkim - zaczął Tom. - Dzięki, za przyjście, zwłaszcza, że jak powiedziała nasza koleżanka, Jules - łał, jestem koleżanką The Wanted! - to dosyć niespodziewane nawet dla nas.
- Pamiętajcie, robimy to w słusznej sprawie - Jay wszedł mu w słowo. - Chcemy uratować to miejsce przed zamknięciem, więc kupujcie, pijcie, jedzcie ile wlezie!
- Możecie też wyjść, zapłacić drugi raz za wejście i wrócić - zażartował Nathan.
Koncert zaczęli od Lightning, chwała Bogu, że nie trzeba było nikogo obsługiwać, bo ja nie byłaby w stanie. Stałam oczarowana ich głosami. W duchu muszę przyznać, że najbardziej Nathana. Mimo, że ta piosenka nie należy do moich ulubionych. Potem było Gold Forever i All Time Low. Już lepiej.
- Dobra, teraz piosenka - odezwał się Nathan - którą powinni śpiewać właściciel i pracownicy tego miejsca dla nas i dla was.
Spojrzałam na niego z byka. Dobra, może i żartował, ale i tak mnie to wkurzyło.
- Kto wie, śpiewa z nami. GLAD YOU CAME!!!
You cast is spell on me, spell on me.
You hit me like the sky fell on me, fell on me.
And I decided you look well on me, well on me.
So let's go somewhere no-one else can see, you and me.
- O mój Boże - Candy podeszła do mnie, jak tylko Nathan skończył swoją część. - Czy ty to widziałaś?
- Ale co?
- No, że cały czas patrzył na ciebie! - była tak podniecona, jak wczoraj, kiedy zespół przyszedł pomyśleć nad koncertem. A ja patrzyłam na nią znudzonym wzrokiem. - Dziewczyno, ogarnij się, Nathan Sykes śpiewał dla CIEBIE. Każda dziewczyna tutaj o tym marzy!
Trajkotała mi tak nad uchem, ale jakoś podświadomie przestałam jej słuchać, kiedy Nathan znów zaczął swoją część.
Turn the light off now.
Now I'll take you by your hand.
Hand you another drink.
D-d-d-drink it if you can.
Can you spend a little time,
Time is slipping away.
Away from us so stay.
Stay with me I can make.
Make you glad you came.
- O Boże, widziałaś to? Znowu to zrobił!
- Tak wiem - stałam lekko zamurowana. Było do tego wiele powodów: "D-d-d-rink it if you can", czyli moja ulubiona część na zawsze i to, że naprawdę na mnie patrzył. Ale patrzył w taki sposób, że człowiekowi od razu przychodzą brudne myśli do głowy.
- Hej, Jules - odwróciłam się. Stała za mną Nareesha i Kelsey, które do tej pory się gdzieś ukrywały. - Nie poznałaś jeszcze Kelsey, prawda?
- Tak, jeszcze nie - odpowiedziałam lekko zdezorientowana, chociażby dlatego, że każdy kto mnie poznał w ciągu ostatnich kilku dni patrzył na mnie w taki dziwny sposób. Uroczy, ale dziwny.
- Hej, jestem Kelsey, miło mi - blondynka uścisnęła mi rękę i słodko się uśmiechnęła.
- Mi też - odpowiedziałam uśmiechem.
Poznałam z nimi jeszcze Candy i Liz, przegadałam praktycznie całe Chasing The Sun. Z rozmowy wyrwał nas głos Nathana.
- Dobra, teraz piosenka, której nie graliśmy jeszcze nigdy na koncercie, tym bardziej akustycznym. Dedykowana specjalnej osobie, która będzie wiedziała, że chodzi o nią - ukradkiem na mnie spojrzał, a potem zaczęli grać... Lie to me. Zrobiło mi się tak miło, tak ciepło w środku, że czułam jakbym miała się rozpuścić.
- Słodkie, prawda? - szepnęła Kelsey.
- Co? - spytałam zbita z tropu.
- Nie, nic, tak tylko mówię - uśmiechnęła się i nie powiedziała ani słowa więcej.
- Robimy sobie chwilę przerwy i wracamy, tym razem z coverami - powiedział Tom i zespół zszedł ze sceny. Poszłam za nimi na zaplecze.
- Hej, chcecie coś do picia czy coś? - spytałam. Tak się chyba robi. Podlizuje gwiazdom.
- A co masz do picia? - spytał Jay. Nie cierpię tego pytania. Ja pytam, czy kto chce pić, a ten co mam.
- Długo by wymieniać - otworzyłam lodówkę i wskazałam wszędzie wokół nas. - Co chcesz, do wyboru, do koloru.
- Jules, zrobiłabyś mi herbatkę? - spytała Nareesha. - Mam straszną ochotę, a nie chciałam wcześniej pytać, bo oglądałaś koncert.
- Jasne, trzeba było mówić, przecież to żaden problem. Kelsey, też chcesz?
- Nie, dzięki, napiję się coli - odpowiedziała z uśmiechem.
- Dobra, w takim razie już robię, tylko powiem Candy, żeby coś puściła - weszłam na salę i zobaczyłam tłumy przy barze.
- Jules, pomóż nam! - krzyknęła Liz.
- Już idę - wróciłam na zaplecze. - Nareesha, dam ci szklankę, herbatę, pokażę, gdzie jest czajnik, dobra? Mamy straszne tłumy przy barze - zrobiłam wszystko nie czekając na odpowiedź i wybiegłam.
Był straszny tłum, uwijałyśmy się w ukropie, istny koszmar, gorzej niż trzy dni temu na meczu. Kiedy myślałam, że już nie wytrzymam, The Wanted wyszli z zaplecza i... stanęli za barem. Nie wiem, czy to był dobry pomysł, zwłaszcza, że tłum oszalał jeszcze bardziej. Po chwili stanęli z powrotem na scenie.
- Dobrze wiedzieć, że jeszcze tu jesteście - powiedział Siva. Tłum śmiał się.- Zgodnie z obietnicą lecimy z coverami. Wherever You Will Go.
Piosenka była tak klimatyczna, uroku dodawali jej Siva i Tom, którzy cały czas patrzyli na Nareeshę i Kelsey. I Nathan. Śpiewając swoją część patrzył mi głęboko w oczy. Tak samo było na poprzednich piosenkach.
- Słuchajcie, chcemy zakończyć optymistycznie, Tom, Siva i Max chwycą gitary, Jay swój mały instrumencik, a ja po prostu będę - zażartował Nathan. - Na koniec Animal.
Piosenka wprowadziła wszystkich w dobry nastrój, ja i Candy zaczęłyśmy nawet tańczyć za barem. Po skończonym utworze zespół podziękował wszystkim za przybycie i zachęcił do zostania jeszcze w pubie. Candy, Lizbonie i Dave zostali na barze, a ja i Jack poszliśmy z zespołem na zaplecze.
- Boże, udało się! - zaczęłam piszczeć i skakać z radości.
- Nie wiem jak wam dziękować - powiedział Jack.
- Nie ma sprawy - odpowiedział Max. - Idziemy do fanów, rodzimy parę autografów, zareklamujemy pub - uśmiechnął się.
Wyszliśmy z zaplecza, ale zaraz tam wróciłam, żeby przynieść colę. Podnosiłam skrzynkę, kiedy poczułam, że ktoś za mną stoi. Odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam Natha.
-Nathan... Przestraszyłeś mnie.
- Przepraszam - nie było skruchy w jego głosie, zbliżał się do mnie.
- Jaa... Dziękuję. Do samego końca nie wierzyłam, że to się uda, a tymczasem... Wow.
- Zatańcz ze mną.
- Słucham? - czy on mnie w ogóle słuchał? Chyba nie, bo oplutł swoje ręce wokół moich bioder, a ja mimowolnie jak kukiełka położyłam ręce na jego ramionach.
Zaczął szeptać mi do ucha bardzo wolno Glad You Came. Powietrze z jego ust muskało moje ucho, najdelikatniejsze miejsce na moim ciele, przeszył mnie dreszcz. Nathan na pewno to zauważył przez jęknięcie,  które wydobyto się z moich ust.Odchylił się, popatrzył mi głęboko w oczy i znowu, tak jak wczoraj nasze twarze zbliżały się, usta dzieliły milimetry...
 
 
Standardowo już przepraszam za ewentualne błędy :) <jeśli ktoś to czyta>

środa, 14 listopada 2012

2. I, I follow, I follow you.


DODAJĘ PO RAZ DRUGI, BO PRZYPADKIEM USUNĘŁAM.

Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Nie wiedziałam, gdzie mam podziać oczy, nogi same rwały się do biegu. Nathana wyraźnie to bawiło.
- Dobra, ile za te kanapki? - spytał rozbawiony, jego uśmiech wywołał u mnie kompletny paraliż, nie potrafiłam wydusić z siebie słowa.
- Ee.. Ja.. - dobra, dziewczyno weź się w garść. - To znaczy 20 funtów.
- Chcesz napiwek? - leniwie wyciągał pieniądze z kieszeni.
- Za wczoraj... Nie dzięki. Gdyby Jack dowiedział się, co zrobiłam... Jezu, chyba by mnie zatłukł - mamrotałam bardziej do siebie niż do niego.
- Oj daj spokój - podszedł bliżej.&nbsp;- Należało mi się, byłem niemiły, ale wiesz, Manchester przegrywał - popatrzył na mnie pytająco, czy przypadkiem rozumiem jego sportowego ducha.
- Jasne, rozumiem.
- Poza tym, to w sumie fajnie. Kiedy chociaż raz ktoś mnie nie pozna, nie prosi o autograf, ani o zdjęcie - zamyślił się i nastała ta "krępująca cisza".
- Taaak... - próbowałam rozruszać rozmowę, ale jedyne, co przyszło mi do głowy to wziąć nogi za pas. - Proszę - podałam mu reklamówkę z kanapkami.
- Dzięki - drugą ręką podał mi pieniądze i przypadkowo, niczym jak na filmie nasze dłonie dotknęły się i poczułam ten przyjemny dreszcz. Nathan chyba też, bo to muśnięcie trwało zbyt długo.
Nagle zza rogu dobiegł nas głos:
- Nathan, na Boga, w naturze płacisz za to jedzenie, czy co? - moim oczom ukazał się nie kto inny, jak sam Tom Parker. - Aaaa, to takie buty - uśmiechnął się. - Gdzie Twoje maniery, Sykes, nie poznasz nas?
- To jest Tom, ale jego chyba poznajesz w tym korzystnym świetle - powiedział wyraźnie zadowolony z mojej gapy Nathan. - A to... Jak Ty właściwie masz na imię?
- Jules - odparłam krótko, nie chciałam wchodzić w dyskusje nad poprawną, polską wymową Julia, zamiast ich angielskiej Dżulia.
- To zdrobnienie od Julia, Julie, Julliet, tak? - spytał Tom. A jednak nie uciekłam od tego.
- W zasadzie to angielskie zdrobnienie od Julia - powiedziałam imię najbardziej po polsku, jak tylko potrafiłam. - Nie jestem Brytyjką.
Na twarzy Toma pojawiło się olśnienie.
- Czekaj, ty jesteś tą dziewczyną z pubu, o której mówił Nath...
- Panu już dziękujemy - Nathan wszedł mu w słowo. - Idź lepiej myśleć nad piosenką na następną płytę.
No tak, jestem chyba jedyną osobą z Wielkiej Brytanii, która nie rozpoznałaby Nathana Sykesa, mogłam się spodziewać, że powie o tym całemu zespołowi.
- To ja chyba już pójdę... - zaczęłam taktownie się wycofywać.
- Nie, nie, czekaj- Nathan, nie wiedzieć czemu, chciał mnie zatrzymać.
- Naprawdę powinnam, mam masę sprzątania, po wczorajszym meczu, czas mnie goni - odwróciłam się na pięcie i poszłam w kierunku windy, za plecami usłyszałam wycedzone przez zęby:
- Dzięki, Parker...

- Jules, naprawdę go nie poznałaś? - Jack był wyraźnie rozbawiony faktem, którym Candy uraczyła go pod moją nieobecność.
- Dobra, co w tym śmiesznego? Byłam zmęczona, było ciemno, hałas, tłum ludzi, każdemu się mogło zdarzyć - pokrętnie się tłumaczyłam.
- Ja go poznałam - krzyknęła z zaplecza zadowolona z siebie Candy.
- Bo masz obsesję na punkcie celebrytów!
***
Następnego dnia koło południa Jack wysłał mnie do sklepu. Produkty na jedzenie dla klientów mamy od dostawców, ale swoje kupujemy w markecie. Gdy zeszłam na dół zobaczyłam zarys sylwetki kogoś, kto w pośpiechu wyszedł z pubu.
- Kto to był? - spytałam Candy.
- Klient - odpowiedziała stanowczo za szybko.
- Coś kręcisz - stanęłam na przeciw niej z założonymi rękoma.
- Nie miałaś iść do sklepu?
Odwróciłam się na pięcie i wyszłam. Pięć metrów od wejścia zobaczyłam znajomą sylwetkę. Chociaż "znajomą" to określenie ciut na wyrost.
- Śledzisz mnie, czy co? - spytałam, nie zatrzymując się.
- Nie, wiesz, tak tylko sobie stoję. Lubię Soho Street - odpowiedział Nathan.
- To skoro tak sobie stałeś, to czemu za mną idziesz?
- Słuchaj, wiem, że źle zaczęliśmy, ja wyszedłem na nadętego dupka, a ty na małą sukę, ale...
- Serio? - weszłam mu w słowo. - Nazwałeś mnie małą suką?
- Nie, nie to miałem na myśli - zaczął się tłumaczyć.
- Ale to fajne. Dobra, masz pół plusa.
- Świetnie - uśmiechnął się. - To teraz możemy zacząć od nowa.
- Słucham?! - przystanęłam. - Serio, cokolwiek planujesz, to nie wypali, bo ty masz swoje trasy koncertowe, płyty, fanki, a ja mam tylko pub, a i to może już niedług... - w ostatnim momencie ugryzłam się w język.
- Co masz na myśli z pubem? - spytał zaciekawiony.
- Nic - jak zwykle za dużo mówię. - Słuchaj muszę zrobić zakupy, a to lubię robić, ze słuchawkami na uszach, więc... Miło się rozmawiało - założyłam słuchawki na uszy.
- Jasne - uśmiechnął się, obrócił i poszedł w drugą stronę.
Nie zamierzałam bawić się w jego gwiazdorskie gierki. Pewnie myśli, że jeśli jest ciachem i jest sławny to może mieć każdą. A ja zamierzałam być ponad to.
Moją głowę ponownie zaczął zaprzątać problem pubu. Dusiłam to w sobie długo, może zbyt długo, dlatego prawie powiedziałam o tym obcej osobie... Pub ma długi. Duże długi. Transmitujemy każdy mecz, ale to niewiele przynosi. Obiecałyśmy sobie z Candy, że nie spoczniemy, dopóki nie zrobimy wszystkiego, co w naszej mocy, aby uratować pub Jacka.
W drodze powrotnej ze sklepu moje myśli odbiegły od kłopotów finansowych, zatopiłam się w muzyce, ostentacyjnie unikając piosenek The Wanted. Niestety, przed samym The Wanted nie udało mi się uciec. W pubie zastałam nikogo innego, jak Nathana Sykesa we własnej osobie.
- Serio? Naprawdę zacznę myśleć, że mnie śledzisz - powiedziałam nie patrząc na niego i rzucając torby na blat.
- Nazwij to jak chcesz, ale... - w tym momencie z kuchni wyszedł Jack.
- Julia! - polska wymowa, która nigdy nie znaczy nic dobrego.
- O nie, co się dzieje?
- Ten młody człowiek - wskazał na Natha. - Uratuje mój pub.
- Niby jak? - dla mnie brzmiało to jak absurd.
- The Wanted zagra koncert - odpowiedzieli chórem, a ja zaczęłam się śmiać.
- Jules, mówię serio - powiedział Nathan, patrząc mi tak głęboko w oczy, że czułam, jak się kurczę.
- Idę powiedzieć o tym Candy! - Jack uradowany jak dziecko, które dostało lizaka poszedł na górę.
- Nathan, co ty wyrabiasz? - spytałam.
- Pomagam.
- Boże, na jakim ty świecie żyjesz. Nawet ja wiem, że koncert charytatywny nie ma nic wspólnego z dobroczynnością. Z tego, co zarobimy na waszym koncercie, sporą część będziemy musieli oddać waszemu agentowi, managerowi, wytwórni, zapłacić za transport i podłączenie sprzętu, za ochronę i skończy się na tym, że wyjdziemy na zero - wyliczałam wady jego pomysłu.
- Wszystko załatwię, już pisałem wstępnie do chłopaków, wszystkim zajmiemy się sami, zapłacimy za transport sprzętu, ochronę, nie weźmiemy od was ani grosza - zapewniał mnie, zbliżając się przy tym do mnie wraz z każdym wypowiedzianym słowem.
- Dlaczego powinnam ci wierzyć? - wyszeptałam, gdy był już na tyle blisko, że mógł to spokojnie usłyszeć.
- Bo chcesz mi zaufać - wyszeptał, patrzył mi głęboko w oczy, czułam, jak nasze twarze się zbliżają i wiedziałam, co zaraz ma się stać. O dziwo, nie miałam nic przeciwko. Czyżbym uległa urokowi gwiazdy popu?
W momencie,gdy nasze usta dzieliły milimetry, wszedł Jack.
- Panie Sykes, naprawdę nie wiem, jak panu dziękować - panie? Serio? Jack mógłby być jego ojcem.
- Nathan. Żadne panie, mówiłem już - chociaż ten zachowywał się normalnie. - Wpadnę potem z chłopakami, żeby obmyślić koncepcję. Na razie - podał sobie rękę z Jackiem, po czym spojrzał na mnie - Cześć, Jul.
Wyszedł, Jack coś wesoło trajkotał, a ja myślałam tylko o tym, co by było, gdyby Jack nie wszedł na salę...

wtorek, 13 listopada 2012

1. Reckless in the starlight.

Czerwcowy wieczór, wyjątkowo ciepły jak na Londyn. Urabiam się po same łokcie, ale tak już bywa w tym pubie. Pub "U Jacka". To tu znalazłam azyl i pracę, kiedy po przyjeździe do Londynu po maturze okazało się, że obiecana praca to pic na wodę. To właśnie tutaj zawędrowałam przytłoczona moją osobistą porażką, jaką okazał się wyjazd do Londynu za pracą. A tak bardzo chciałam pokazać wszystkim, że potrafię dać sobie radę... Jack dał mi szansę. Zatrudnił mnie mimo kompromitującego faktu, że zalałam się w trupa i spałam przy barze. On i Candy (to nie jest jej prawdziwe imię, tego jeszcze nie poznałam) pomogli mi. Jack dał mi pracę i pokój nad pubem. To było w połowie maja, jest początek czerwca a ja czuję się tu już jak w domu.
Pub Jacka jest najlepszym miejscem w okolicy Soho Street, gdzie można dobrze zjeść i wypić dobre piwo. Chociaż nie ma tu zbyt wielu klientów, pub nieźle się trzyma, czego ani ją ani Candy nie umiemy wyjaśnić. A dzisiaj jest właśnie jeden z niewielu dni, kiedy pubie są tłumy. Wszystko przez mecz. Jack kupił wielki telewizor, dzięki temu co jakiś czas zjawiają się tu tłumy, żeby obejrzeć mecz i wypić piwo. Dzisiaj gra Manchester United z kimś innym. Ja i Candy nie wyrabiamy z nalewaniem piwa, Jack ledwie radzi sobie sam na kuchni. Mógł pomyśleć o meczu, kiedy dawał wolny wieczór Liz i Dave'owi. Słyszę,  że ludzie mnie wołają, ale muszę podawać napoje mniej więcej według zasady kto pierwszy ten lepszy. Nagle słyszę w tłumie krzyków zdanie, którego sama niegdyś namiętnie używałam:
- Kogo trzeba przelecieć, żeby dostać piwo?!
To podziałało na mnie, jak płachta na byka. Odwróciłam się do chłopaka, który to powiedział. Chcąc, nie chcąc, muszę przyznać, że całkiem niczego sobie. Co nie zmienia faktu, że mnie wkurzył.
- Nie jesteś tu sam, inni też czekają na obsługę, w końcu to ciebie dojdę - powiedziałam najuprzejmniej jak potrafiłam.
- Mała, przeszłaś obok trzy razy. A ja nie mam czasu stać tu tyłem do ekranu i czekać aż mnie obsłużysz - krzyknął z denerwująca pewnością siebie. - Gdzie indziej trzy razy dostałbym to piwo.
- Raczej wątpię, jeśli gdzie indziej też byłby transmitowany mecz. Chyba, że jesteś królową, księciem Williamem lub Harrym, bo chyba tylko oni są obsługiwani poza kolejnością. No i gwiazdy,  a tutaj takich nie ma, ty na taką nie wyglądasz, więc daruj mi swoje wywody o jakości obsługi - cała gotowałam się w środku.
- Serio to powiedziałaś? - myślałam, że wkurzy się za królową, ona jest jakimś sacrum dla Anglików, ale był raczej pozbawiony. - Ty nie wiesz... - urwał w pół zdania.
- Jules,  wiem, że to ciacho,  ale weź się do roboty - dobiegł mnie głos Candy. Nalałam mu tego piwa, zmierzyłam i poszłam na drugi koniec baru. Miałam wrażenie, że znam tą twarz. Co jest trochę dziwne biorąc pod uwagę, że znam tu cztery osoby.
Za jakieś pół godziny podszedł po następne dwa piwa, tym razem poprosiłam Candy, żeby go obsłużyła.
- Naprawdę nie wiesz kto to jest?! -krzyknęła do mnie.
- A powinnam?
- To tylko potwierdza, że masz niewidzialną łatkę "Jestem z Polski". Co więcej, ją Ci nie powiem, kto to jest.
- Wal się. - byłam zła. Teraz sama będę musiała dowiedzieć się skąd kojarzę tą twarz.

Mecz się skończył, klienci wyszli jakąś godzinę później, została tylko grupa chłopaków koło dwudziestki. Niby nie powinniśmy mówić klientom, że zamykamy, ale wszyscy byli padnięci.
- Sorry chłopaki, chcielibyśmy zamknąć. Zapraszamy jutro - mimo zmęczenia chciałam być miła.
- A czy jutro obsługa będzie szybsza? - spytał jeden z nich, kiedy pozostali wstawał już do wyjścia.
- Jeśli okażesz królewski rodowód lub kartę VIPA,  będziesz obsługiwany poza kolejnością - no tak, to musiał być on. Zbyłam go w ten sposób, bo wiedziałam, że sarkazm zawsze działa.
- Jutro przyniosę w dwóch kopiach - odpowiedział i uśmiechnął się w taki jajeczny sposób. Doznałam lekkiego olśnienia.
- Nath,  chodź - zawołał go ktoś z zewnątrz i chłopak wyszedł bez słowa.
O Boże... Czy przez cały wieczór mogłam zbywać... tego, właśnie tego Natha? Cóż, nawet jeśli, to sobie na to zasłużył.

Następnego dnia jak tylko wstałam, ubrałam się, umalowałam i zeszłam na dół pomóc w sprzątaniu. Kibice zawsze zostawiają syf.
- Jules, zawieziesz kanapki na wynos - zawołał Jack, gdy tylko wzięłam się do sprzątania.
- Chyba zaniosę. Nie chcesz mi dać auta, bo nie ufasz mojemu polskiemu prawu jazdy.
- Mniejsza z tym. Zaniesiesz w takim razie. Wiesz, gdzie jest filia Geffen Records?
- Taaa... No chyba nie powiesz mi, że ktoś zamówił Twoje kanapki na drugi koniec miasta? - specjalnie podkreślałam odległość w nadziei, że da mi kluczyki.
- Dziwi cię,  że ludzie lubią kanapki Jacka z każdym rodzajem mięsa, jaki sobie życzą? - Jack udał oburzenie. Był przy tym bardzo zabawny.
- Wszystko tutaj nazywa się Twoim imieniem, Jack...
- Nie bądź taka mądra. Leć, bo wystygną.
Był taki podniecony faktem, że ktoś z wielkiego świata, z wytwórni płytowej, chciał jeść jego kanapki, że nie przeszkadzało mu, że to tylko filia.
Pojechałam metrem na prawie drugi koniec miasta, przepuściłam kanapki przez wykrywacz metalu, żebym przypadkiem nie miała w planach zamordować kogoś bombą w kanapce. Może ktoś, kto tu pracuje był wczoraj u nasz na meczu i zaatakował w nich, bo szły jak woda. Recepcjonistka skierowała mnie na czwarte piętro, tam przeszłam przez oszklone drzwi i wtedy to zobaczyłam. Na ścianach wisiały planowe i złote płyty, nagrody, wszystkie należące do... No właśnie, The Wanted.
- Teraz już wiesz, kim jestem? - usłyszałam za plecami. Mimo że wczoraj w pubie było głośno, tego głosu nie pomyliłabym z żadnym innym. Słyszałam go już wcześniej. W radiu telewizji,  a nawet swoich własnych słuchawkach. Powoli się odwróciłem.
- Jestem Nathan. Sykes. - Czyli jednak to "ten Nath". Miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
 
 
Przepraszam za ewentualne błędy, większość posta pisałam na smartphonie z ustawioną autokorektą ;/

Słówko wstępu, proszę.

Cały ten blog to nic więcej jak fanfic. Postanowiłam rozruszać trochę swoją wyobraźnię ;). Najważniejsza informacja - akcja wybiega trochę do przodu, mniej więcej do czerwca 2013 roku, żeby nikt się nie zdziwił jak będę pisała, że Nathan na 20 lat. Chodzi o to, że wtedy łatwiej będzie mi się w czuć w bohaterkę - Julię. Mam nadzieję, że ktoś będzie czytał boje wypociny :) To do pierwszego rozdziału :)