poniedziałek, 31 października 2016

81. Jestem nieszczęśliwa.

Hej ludki :D 
Nie wiem, czy jeszcze ktoś tu jest i tak, wiem, że jestem troszkę bezczelna. Rok temu napisałam, że wracam, napisałam dwa rozdziały (albo i jeden lol) i zniknęłam. Znowu. 
Ale ostatnio coś mnie wzięło... Tym razem nic nie obiecuję, nie mówię, że będzie następny rozdział, nie mówię, że się postaram, bo mimo że bardzo bym chciała, to przy studiach, pracy i chęci jakiegokolwiek życia towarzyskiego, może mi braknąć godzin w dobie na bloga.  
Z resztą zaczęłam się zastanawiać... Czy jeśli cały czas ciągnie mnie do pisania, wracam do tego od czasu do czasu, to może to coś oznacza? 
Produkuję się tu, a nawet nie wiem, czy ktoś to przeczyta :P
Tak, czy inaczej ENJOY 
 http://67.media.tumblr.com/7e807bec3f48ad05a3b3da3d3e554980/tumblr_nypl0wbAXV1t2s3tho2_250.gif
(Moja ostatnia miłość po euro 2016, Antoine Griezmann <3)

***
Zanim zorientowałam się, Nathan rzucił się w łapami na tego typa Chucka i uderzył go w twarz. Szybko doskoczyli do niego Max i Jay i odciągnęli go, zanim tamten zdążył mu oddać. Kev wyprowadził naszego, teraz już nieproszonego, gościa, a wszyscy wokół stali i gapili się na mnie i Natha.
- Dobra ludzie, nic się nie dzieje, bawimy się dalej! - Tom podgłośnił muzykę próbując uratować sytuację.
Wzięłam Nathana za rękę i pociągnęłam za sobą do kuchni. Stanęłam przed nim, otworzyłam usta i przez chwilę nie wydobył się z nich żaden dźwięk, w takim byłam szoku.
- Co to było? - spytałam w końcu, wskazując ręką w kierunku salonu.
- Złapał cię za tyłek, co miałem zrobić?
- Ummm... Zignorować? Zacisnąć pięść, ale jednocześnie wziąć się w garść i nie robić afery? - chociaż produkcja pewnie pokocha go za tę akcję.
- Ummm... - przedrzeźniał mnie, ale puściłam to mimo uszu. - Nie.... Nie sądzę - założył ręce.
W tym momencie zauważyłam, że w drugim wejściu do kuchni ukradkiem stoi kamerzysta.
- Serio? Nawet teraz? - westchnęłam ze zrezygnowaniem. - Albo dostajemy pięć minut na osobności, albo ściągnę mikrofon, wrzucę go do basenu i sama dam sobie pięć minut spokoju.
Kamerzysta chwilę się zawahał, ale ostatecznie wyszedł.
- Słuchaj - powiedział ostro Nath, zanim zdążyłam zastanowić się, na czym skończyliśmy. - Typ łypał na ciebie oczami, odkąd tylko wszedł, przystawiał się na dole, wszedł za tobą na górę, masz w ogóle pojęcie, co mogłoby się stać, gdybyś nie sięgnęła tego alarmu? - spytał.
- Tak... - powiedziałam cicho, bo jego ostry ton nieco mnie przytłoczył.
- Jules - złagodniał i delikatnie pogłaskał mnie po ramionach. - Wiem, że nie jesteś przyzwyczajona do takich akcji, bo, bądźmy szczerzy, nie jestem jakimś samcem alfa rzucającym się z pięściami, na każdego, kto chociażby spojrzy na jego dziewczynę, a co, jest na co patrzeć, ale to była przesada.
- Wiem, masz rację - westchnęłam. - W zasadzie, to chyba trochę mnie kręci, kiedy stajesz w obronie mojego honoru, chyba bardziej chodzi o to wszystko wokół.
-Wiem, wiem... Jeszcze tylko chwila - pocałował mnie w czoło.
W tym momencie zrozumiałam, jak bardzo nie chcę tutaj być.
- Mam dosyć kamer, intryg, słońca, bo cera zaczęła mi się zapychać os kremów z filtrem, kłótni, Scootera, generalnie... wszystkiego - wyrzuciłam z siebie.
- Hej, hej - Nathan złapał mnie delikatnie za brodę, żeby móc spojrzeć mi w oczy. - Wynagrodzę Ci to, jasne? Obiecuję.
- Tu jesteście - do kuchni weszły Kelsey i Nareesha. - Jak się czujesz, słońce?
- Dobrze, tylko musi to ze mnie zejść - uśmiechnęłam się. - Ale za to jaki jest dobry materiał do odcinka.
- Przestań, montaż nie jest najważniejszy, nie jest nawet w pierwszej piętnastce ważnych rzeczy - powiedziała Nareesha.
- Nic mi nie jest, tylko to chwilowe zamieszanie bardzo mnie zmęczyło, chyba pójdę już spać - stwierdziłam.
- Zaraz do ciebie przyjdę - powiedział Nath.
Uściskałam dziewczyny i poszłam na górę. Nie miałam sił na prysznic, więc wieczorną toaletę nograniczyłam do zmycia makijażu i umycia zębów. Wróciłam do sypialni i zauważyłam laptop Nathana, na którym zobaczyłam tę przeklętą stronę z pierścionkami zaręczynowymi.
- Nie panikuj, nie panikuj, nie będzie się oświadczał - mruknęłam pod nosem.
Przebrałam się w piżamę, ciuchy rzuciłam na krzesło i wskoczyłam pod kołdrę. Po chwili do pokoju wszedł Nathan, ściągnął koszulkę i spodnie i położył się obok mnie. Ułożyliśmy się wygodnie i pocałował mnie we włosy. Dotyk jego skóry działał na mnie, bardzo uspokajająco, jak mój własny xanax. Ale chociaż robiłam się coraz spokojniejsza i powoli, powoli dochodził do mnie sen, coś ciągle nie dawało mi spokoju. Fakt, praktycznie mieszkamy razem (co nie zmieniało faktu, że po powrocie do Anglii nie będziemy), prawie mieliśmy razem dziecko, ale to złe wspomnienie i nie dopuszczam go do siebie, zaliczyliśmy czuwania przy szpitalnych łóżkach, ale... to za szybko, stanowczo za szybko.
- Nath? - spytałam cicho. Najpierw chciałam się upewnić, czy nie śpi, żeby nie rzucać mojej słownej bomby na darmo.
- Hmm? - mruknął.
Wtedy naszło mnie, że jeśli planuje się oświadczyć, to i tak się nie przyzna. Do tego mogę go odstraszyć i mógłby pomyśleć, że w ogóle nie chcę brać ślubu. Ale dobra, raz kozie śmierć.
- Czy ty planujesz się oświadczyć? - spytałam szybko.
Przez dłuższą chwilę nic nie odpowiedział, ale poczułam, że wstrzymał oddech, więc podniosłam się, żeby na niego spojrzeć.
- Bardzo prawdopodobne, że kiedyś tak - powiedział przyglądają mi się uważnie. - Przeszkadza ci to? Albo spodziewasz się pierścionka od kogoś innego?
- Ale nie w bardzo, bardzo bliskiej przyszłości?
- Jules, co się dzieje? - Nathan też podniósł się do siadu.
- Na imprezie poszłam na górę, bo zadzwonili do mnie z pracy, że pilnie muszę im coś poprawić, więc użyłam twojego komputera, bo był otwarty i zobaczyłam na nim otwartą stronę z pierścionkami - wyrzuciłam z siebie szybko.
- Tak, oglądałem pierścionki, to prawda - zaczął. O rany, chciał się oświadczyć, ale go odstraszyłam i zniechęciłam i zerwie ze mną zaraz po zakończeniu nagrań, zaczęłam panikować w głowie. - Robiłem to, rany, jak komuś to rozgadasz, to cię zamorduję, robiłem to z Tomem, bo szuka pierścionka dla Kelsey.
Otworzyłam usta, ale żadne słowo nie potrafiło z nich wyjść. Jestem idiotką, to oficjalne.
- Jestem taka głupia - rzuciłam się twarzą w poduszki.
- Nie, jesteś rozkoszna - zaśmiał się.
- Nie, głupia - nie zamierzałam ustąpić. - Okej, nie było tematu - odwróciłam się na plecy.
- Co rozumiesz przez bardzo, bardzo bliską przyszłość? - spytał po chwili Nathan. - Masz na myśli tydzień, miesiąc, rok?
- Nathan... - przeciągnęłam podejrzliwie.
- No wiesz, chcę wiedzieć, czy jeśli wyskoczyłbym z pierścionkiem w Wigilię, albo Nowy Rok, albo za rok, to nie krzykniesz "Co?! Rozmawialiśmy o tym! Powiedziałeś, że nie zamierzasz się oświadczać w najbliższej przyszłości!" - udawanie mnie bardzo dobrze mu wychodziło.
- Nathan... - ponownie przeciągnęłam i usiadłam na łóżku.
- Żartuję - zaśmiał się i położył mnie obok siebie. - Nie zamierzam się żenić przed trzydziestką.
- Nathan - warknęłam.
- Serio, teraz już skończyłem - pocałował mnie w głowę. - Śpij słodko.
- Dobranoc - mruknęłam. - To było nieśmieszne, tak w ogóle.

Mimo zmęczenia i senności jeszcze długo nie mogłam zasnąć. A bezsenne godziny uzmysłowiły mi, jak bardzo nieszczęśliwa jestem. Nie chodziło mi o bycie z Nathem. To akurat jedyna rzecz, która aktualnie mnie uszczęśliwiała. Unieszczęśliwiało mnie Los Angeles, wielki dom, mieszkanie z całym zespołem, Scooter, kamery, program, fakt, że spędzę Wielkanoc z bandą Anglików, którzy na śniadanie zachcą pewnie jajecznicy, fasolki i parówek. Unieszczęśliwiał mnie fakt, że nie po powrocie z Ameryki, tak naprawdę nie będę miała dokąd wracać, bo nawet nie mam domu. Muszę szukać mieszkania, czyli pewnie znowu będę rozbijać się u Nathana, wiem, że chociaż rodzice nic nie mówią to nie do końca pasuje im moja sytuacja życiowa. I znowu, nie chodzi o Natha, bo jego akurat uwielbiają. Mam porządną pracę, też ładnie. Nie podoba im się, że mieszkam z ludźmi, których tak naprawdę nie znam, że nie mam własnego kąta, że układam sobie życie z dala od Polski. Unieszczęśliwiał mnie fakt, że minusy powoli zaczynają przeważać nad plusami...

Rano obudziłam się późno, Nathana nie było już w pokoju. Długo nie mogłam podnieść się z łóżka. Zmusiłam się do tego po godzinie przewracania się z boku na bok. Wzięłam prysznic, pomalowałam się i zeszłam na dół.
- Gdzie wszyscy? - spytałam Kelsey oglądającą telewizję.
- O, dzień dobry, kochanie, wstałaś w końcu - uśmiechnęła się na mój widok. - Mają nagranie, Nareesha pojechała z nimi.
- Dawno pojechali, mówili, kiedy wrócą? - usiadłam obok niej.
- Koło piętnastej powinni być.
- Kels? - zagadnęłam. - Podoba ci się nasza aktualna sytuacja?
- Co masz na myśli? - spojrzała na mnie uważnie.
- To... wszystko - pokazałam naokoło nas.
- Aaa to... Bywało lepiej, ale wiesz, przynajmniej jesteśmy w tym wszyscy razem, mam Toma. Poza tym zostało niewiele ponad miesiąc, damy radę.
- Tak, pewnie masz rację - westchnęłam bez przekonania.


Mój dół utrzymywał się przez kolejne dwa dni, aż Nathan w końcu nie wytrzymał. Od początku widział, że coś jest nie tak, ale nie naciskał i czekał aż sama będę gotowa, żeby porozmawiać, albo aż mi przejdzie. Pojechaliśmy we dwójkę zjeść obiad na mieście i wtedy wiedziałam, że coś się szykuje.
- Dobra, co się dzieje? - spytał, kiedy złożyliśmy zamówienie.
- Nie wiem, jak to powiedzieć, żeby...
- Jules, po tych wszystkich rzeczach, które się zdarzyły, chyba możesz powiedzieć, o co chodzi.
- ... żeby nie urazić twoich uczuć - dokończyłam lekko wkurzona tym, że mi przerwał.
- Jak właśnie powiedziałem, możesz to po prostu z siebie wyrzucić.
Wzięłam głęboki oddech,w tym czasie kelnerka postawiła napoje na stoliku, kiedy odeszła wyrzuciłam z siebie:
- Jestem nieszczęśliwa.
Patrzyłam na twarz Nathana próbując odczytać jakąś reakcję.
- Czy to... - zaczął mówić próbując zebrać myśli. - Czy to dlatego chodzisz ostatnio taka nieobecna? Dlatego dopytywałaś o ten pierścionek? Chodzi o to, że już nie chcesz ze mną być? - powiedział cicho.
- Nie, Jezu, skąd - zareagowałam trochę zbyt głośno i złapałam jego dłoń.
- To o co chodzi?
- Chcę z tobą być, tego jestem pewna na sto procent i ty też o tym wiesz. Chcę z tobą być, ale... nie tutaj... Jeśli to ma sens...
- Chcesz zmienić lokal?
Wywróciłam oczami, bo nie mogłam inaczej zareagować.
- Nie, raczej chcę zmienić miasto. Kraj. Kontynent.
- Chodzi o ten przeklęty program?
Pokiwałam głową bez słowa.
- Jules, chcę ci pomóc. Najbardziej na świecie chcę, żebyś była szczęśliwa, ale musisz mi powiedzieć, jak mam to zrobić.
- Mam pewien pomysł, ale nie wiem, czy jest możliwy.
- Powiedz, zobaczę, co da się zrobić - uśmiechnął się lekko.
- O rany, nie będziesz szczęśliwy - zaśmiałam się nerwowo. - Chciałabym wrócić do... No właśnie, gdzie... - znowu się zaśmiałam. - W każdym razie, nie chcę być w Los Angeles. Chcę wrócić do Londynu. Albo pojechać do Polski, nie wiem, gdziekolwiek.
Przypatrywał mi się bez słowa dłuższą chwilę.
- Więc... Dla podsumowania, to nie ma nic wspólnego ze mną, masz po prostu dosyć Los Angeles i tego wszystkiego, co się tutaj dzieje i chcesz stąd wyjechać, tak?
Pokiwałam bez słowa głową i czułam, że zbiera mi się na płacz.
- Ej, no weź - Nathan wstał z krzesła i kucnął obok mnie. - Pogadam z kim trzeba, podzwonię i zobaczę, co się da zrobić, dobra?
- Dobra - uśmiechnęłam się lekko i przytuliłam do Natha. - Kocham cię - wyszeptałam.
- Ja ciebie też.

Nie wiedziałam, kiedy i czy w ogóle będę mogła wyjechać z LA, nie wiedziałam, gdzie pojadę, ale wiedziałam, że chociaż będzie ciężko, może nawet tak ciężko jak w tym momencie, bo będę bez Nathana, to cholernie tego potrzebuję. 

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

80.

Wieczorem poszłam z Nareeshą i Kelsey na małe mani-pedi. Naturalnie z kamerami. Jedynym miejscem, gdzie szłam bez kamer była łazienka.
- Naprawdę dasz sobie sama radę w Londynie? - spytała Kels. - Możemy polecieć z tobą.
- Nie, nie, to bez sensu żebyście latały w te i z powrotem, będziecie bardziej wymęczone niż to wszystko warte - machnęłam ręką. 
- Ale Nathana można była wymęczyć - zaśmiała się.
- Z nim byłoby inaczej... Nie chodzi o lot, czy dostanie się do hotelu, czy sądu, ale o samą rozprawę. Boję się, że to wszystko do mnie wróci, uderzy ze zdwojoną siłą. Na myśl o tym, że zobaczę człowieka, który urządził tak mnie i Jess, mam gęsią skórkę - westchnęłam.
- Będzie dobrze - pocieszyła mnie Nareesha. - Będzie z tobą Jess i mama Nathana.
- Ale to nie to samo.
- To czemu odpuściłaś? - rozłożyła ręce Kels. - Trzeba było się uprzeć, nawet jeśli musiałabyś skakać sobie ze Scooterem do gardeł przez dwie godziny.
- Właśnie dlatego. Nie mam ochoty kłócić się z nim jeszcze bardziej. Poza tym nie chcę stawać między Nathanem a pracą. Wystarczy, że gotów był olać nagranie, żeby polecieć ze mną.


Dwa dni później byłam w Londynie. Nathan odwiózł mnie na lotnisko i czekał, aż przejdę przez wszystkie odprawy, przez co spóźnił się do studia, nie śmiałabym nawet podejrzewać, że nie miał o to spiny ze Scooterem. Pojechałam do hotelu, napisałam mu smsa, że dotarłam i żyję, do rodziców zadzwoniłam, bo po raz pierwszy od dłuższego czasu nie różniło nas dziewięć godzin. Później porozmawiałam z Jess, żeby rano zadzwoniła do mnie i dzwoniła tak długo, aż odbiorę i będzie pewna, że nie zasnę z powrotem, bo, no wiecie, jet lag to szmata. Wyciągnęłam z walizki ciuchy na jutro mając nadzieję, że trochę się rozprostują, wzięłam prysznic i poszłam spać.
Rano Jess dzwoniła do mnie trzy razy zanim odebrałam, a potem jeszcze dwa żeby upewnić się, że nie śpię. Koło dziesiątej zadzwonił też Nathan.
- Hej, która u was jest godzina? - spytałam.
- Druga - powiedział zmęczonym głosem.
- Jak studio?
- Świetnie, myślę, że zrobiliśmy naprawdę coś - nieco się ożywił. - Denerwujesz się?
- Nie wiem, dopiero wstałam. Zaraz pewnie zacznę. Z resztą, czym się denerwować, to nie ja jestem oskarżona, ja tam idę tylko powiedzieć, co wiem.
- Musiałbym cię nie znać, żeby uwierzyć.
- Nie mądruj się. Nie mogę się denerwować, bo zacznę o tym myśleć, a chcę złożyć te zeznania i zostawić to za sobą. Mam tylko nadzieję, że wszystko rozstrzygnie się dzisiaj.
- Nie dostałaś jeszcze wieści z ubezpieczalni.
- Fakt - pacnęłam się w czoło. - Ale tak serio, złożyłeś wniosek w styczniu, mają wszystkie dokumenty, kartę ze szpitala, ciężko im powiedzieć, czy mogę dostać kasę czy nie.
- Nie czy możesz, tylko raczej ile dostaniesz. UK jest hojna, jest chodzi o odszkodowania - stwierdził Nathan.
- O, lepiej żebyś miał rację, bo jestem pazerna na kasę - zaśmiałam się. - Muszę kończyć, powinnam się zacząć zbierać.
- Okej, trzymam kciuki.


Kiedy wysiadałam z taksówki pod sądem, nogi miałam jak z waty i fakt, że byłam na szpilkach mi nie pomagał. Na sali zajęłam miejsce obok Jess i pani Sykes. Sąd najpierw przesłuchał sprawcę wypadku, potem kierowcę samochodu, w który uderzyłam, kiedy staranowałam barierki, następnie Jess i na końcu ja. Po wstępach typu jak się nazywam, data urodzenia, czy jest świadoma, że wsadzą mnie za kłamanie przeszliśmy do konkretów. Opowiedziałam wszystko, co pamiętałam.
- Odwoziłam Jessicę do domu, droga była bardzo oblodzona, dlatego jechałam powoli, na skrzyżowaniu, na które wjechałam na zielonym świetle, Jessica krzyknęła, żebym uważała, a sekundę później poczułam uderzenie i straciłam przytomność, prawie tydzień byłam w śpiączce.
- Proszę mi powiedzieć - zaczął obrońca sprawcy wypadku. - O której godzinie doszło do zdarzenia?
- Między jedenastą a dwunastą - odpowiedziałam, podobnie jak wszystkie przesłuchane wcześniej osoby.
- Czy obecna na sali Jessica Sykes nie powinna być wtedy w szkole?
- Jej mama wiedziała, że jest ze mną, nocowała w Londynie.
- Dlaczego?
Co za upierdliwy dziad. Na sali byli dziennikarze, głównie dlatego, że wypadek zablokował na pół dnia jedną z głównych wylotówek z Londynu, co nie zmienia faktu, że nie chciałam rzucać na lewo i na prawo nazwiskami.
- Mój chłopak wyjechał, nie chciałam siedzieć sama, Jess zaproponowała, że zostanie ze mną, jej mam nie miała nic przeciwko.
- Kim jest dla pani Jessica Sykes?
Miałam ochotę powiedzieć mu, żeby się pieprzył, ale wyręczył mnie prokurator.
- Sprzeciw, pytanie nie ma związku z wypadkiem.
- Proszę trzymać się zdarzeń związanych z wypadkiem, relacja między panią Miller a panią Sykes nie miała wpływu na wypadek - powiedział sędzia do adwokata.
- Gdyby pani Miller nie odwoziła pani Sykes, która w tym czasie powinna być w szkole do zdarzenia mogłoby nigdy nie dojść - upierał się.
Wyszłam z siebie.
- Wysoki sądzie, czy mogę? - spytałam.
- Proszę.
- Do wypadku i tak by doszło - powiedziałam do adwokata. - Wie pan dlaczego? Bo pański klient prowadził samochód pod wpływem alkoholu, więc prędzej czy później w takich warunkach, jakie wtedy panowały, uderzyłby w jakiś samochód i mogłoby się skończyć jeszcze gorzej. Szczęściem w nieszczęściu jest, że nikt nie zginął... - powiedziałam i szybko urwałam, bo to nie była do końca prawda. Odetchnęłam głęboko. - Więc, to czy Jessica była w szkole, czy nie, nie miało żadnego wpływu na wypadek - dodałam spokojniej. - Spędziłam dwa tygodnie w śpiączce obandażowana od stóp do głów, Jessica ze złamanym obojczykiem, więc tłumaczenia, co kierowało pańskim klientem, ani próbowanie wmówić mi, że to moja wina są zwyczajnie nie na miejscu.
- Wysoki Sądzie - odezwał się prokurator. - Strony postępowania dostały dokumentacje medyczne zarówno pani Miller, jak i pani Sykes, może oskarżony powinien zapoznać się z nimi jeszcze raz, żeby uzmysłowić sobie wymiar szkody jaką wyrządził - powiedział i spojrzał na mnie wymownie.
Nie, nie, nie, niech nie zaczyna czytać tego na głos, nie przy dziennikarzach, zresztą chyba nie może, no nie? Tajemnica lekarska i te sprawy.
- Tak, panie prokuratorze, wszyscy znają obrażenia poszkodowanych - powiedział sędzia.

Rozprawa się skończyła, wyrok jednak zostanie ogłoszony następnego dnia, ale usłyszę go dopiero, gdy zadzwoni do mnie Jess, bo będę już w Los Angeles.
Wróciłam do hotelu. Było za wcześnie, żeby dzwonić do Nathana, więc zamówiłam obiad do pokoju i włączyłam telewizor. Zjadłam i nie wiem, kiedy zasnęłam, ale obudził mnie telefon.
- Hej - powiedziałam zaspanym głosem.
- Spałaś? Przepraszam, nie chciałem cię obudzić.
- Nie szkodzi, rozmawiałeś z mamą?
- Tak, przed chwilą dzwoniły do mnie z Jess. Ponoć adwokat był stuknięty.
- Taaa, wsiadł na mnie, że niby, gdyby Jessica siedziała w szkole. tam gdzie jej miejsce, to do wypadku by nie doszło - prychnęłam wstając z łózka.
- Równie dobrze do niczego by nie doszło, gdybym zabrał cię siłą do Ameryki, czemu mnie nie wezwał na świadka? - uniósł się Nathan.
- Wiem, że lubisz czuć się ważny, ale to akurat tym bardziej nie miałoby nic wspólnego ze sprawą - zaśmiałam się.
- O której masz samolot?
- O jedenastej, dobrze, że do mnie zadzwoniłeś, bo jeszcze bym zaspała - powiedziałam, patrząc na zegarek, była 18:30.
- O jedenastej, trwa jedenaście godzin, czyli na londyński czas... - zawiesił się.
- Dziesiąta - podpowiedziałam.
- Czyli w LA... - znowu się zawiesił.
- Druga w nocy - podpowiedziałam. - Matko, Nathan, miałeś w ogóle matmę w szkole? - zaśmiałam się.
- Jestem artystą, nie umysłem ścisłym.
- Taaa, ale mógłbyś wiedzieć, jak się posługiwać liczbami w przedziale od 1 do 100 - stwierdziłam.
- Nie bądź taka mądra, bo będziesz wracała taksówką z lotniska.
- Ojej, pan Sykes grozi, że mnie nie odbierze.
- Odbiorę cię, zawiozę do domu, a potem zagilgoczę na śmierć - powiedział z udawaną powagą.
- O Boże, tylko czyhasz na moje pieniądze z odszkodowania, powinnam się domyśleć.
- Teraz już wiesz - zaśmiał się.
- Powinnam zacząć się zbierać, chcę jeszcze coś zjeść.
- Pewnie, do zobaczenia.
- Papa - rozłączyłam się i spojrzałam na siebie w lustrze.
Położyłam się do łóżka w ciuchach, w których byłam w sądzie, więc moja pognieciona koszula i nieład na głowie wyglądały dosyć żałośnie. Przebrałam się w dżinsy, koszulę zmieniłam na luźną bluzkę, a szpilki na trampki. Zamówiłam kolację do pokoju, na lotnisko pojechały ze mną Jess i jej mama.
- Ucałuj od nas Nathana.
- Oczywiście - uśmiechnęłam się. - A wy zadzwońcie, jak tylko będzie coś wiadomo - poprosiłam.
- To będzie pierwsze, co zrobimy - zapewniła mama Natha.
- Dziękuję, pan... - urwałam na widok "groźnego" wzroku pani Sykes.
- Co ci mówiłam?
- Tak, tak - westchnęłam. - Dziękuję, Karen - poprawiłam się.
- No, dobrze, leć już.
Pożegnałyśmy się i tyle je widziałam. Nie za bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić w czasie lotu. bo w Londynie była noc, ale w LA piętnasta... Na moje szczęście Nathan miał gest, pewnie częściowo dlatego, że sam też miał lecieć i miałam ten wypasiony lot z telewizorami i wifi. Nathan mnie nie sprawdzi, więc weszłam na wszystkie portale plotkarskie po kolei. Najbardziej spodobał mi się artykuł o Nathanie,w którym są zdjęcia z lotniska, jak żegnał się ze mną na lotnisku i teoria spiskowa, że nie wytrzymałam w LA i wracam do Londynu. Z pewnością. Z jedną sztuką bagażu podręcznego. Chociaż nie ukrywam, że nie raz miałam ochotę. Obejrzałam dwa filmy i chociaż ostro walczyłam, poległam w walce i zasnęłam, obudziłam się jakieś półtora godziny przed planowanym lądowaniem, kiedy samolotem wstrząsnęło, bo wlecieliśmy w burzę. Serce podeszło mi do gardła. Spokój, Jules. Spokój. Samolotem wstrząsnęło jeszcze dwa razy, ale lżej i reszta lotu minęła w spokoju, żeby zabić czymś czas zaczęłam grać na telefonie, ale po chwili padła mi bateria, a moje lenistwo nie pozwalające mi wstać po ładowarkę do torby w schowku było silniejsze od chęci przejścia poziomu w Candy Crush. 
W końcu jednak z piętnastominutowym opóźnieniem wylądowałam w LA. Nie musiałam czekać na walizkę, więc prędko przeszłam odprawę, a że o drugiej w nocy nie przylatuje zbyt wiele samolotów, ludzi nie było dużo i szybko znalazłam Nathana. Z kamerami. O drugiej w nocy.
- Hej - mocno się w niego wtuliłam.
- Jak lot? - spytał pocałowawszy  mnie w czoło.
- Wpadliśmy w turbulencje.
- Co?
- Nie mówi się "co", tylko "słucham" - podałam mu moją torbę. - Normalnie, była burza i samolotem trochę potrząsnęło.
- Bałaś się?
- Serio? - spojrzałam na niego z miną co to niby nie ja. - Serio, to tak, prawie narobiłam w spodnie.
Nathan zaśmiał się i objął mnie.
- Chodź do domu - ruszyliśmy do wyjścia. - Powinnaś wiedzieć o czym jeszcze?
- Hmm?
- W domu trwa impreza.
- Mniejsza z tym, jestem tak zmęczona, że idę prosto do łóżka.

I tak właśnie zrobiłam, przebiłam się tylko przez tłum gości, poszłam na górę, wzięłam prysznic i zasnęłam w momencie, kiedy przyłożyłam głowę do poduszki.
Rano obudziłam się w pół do jedenastej, kiedy wszyscy byli już na nogach. Przebrałam się, pomalowałam, zeszłam do kuchni zrobić sobie płatki i z miską poszłam do salonu.
- Hej, mała - powiedział Nathan na mój widok.
- Cześć wszystkim - usiadłam obok niego na kanapie.
- Dzwoniła mama.
- Właśnie! - nagle przypomniało mi się, że w ogóle byłam w Londynie. - Jaki wyrok?
- Pięć lat i dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów.
Pokiwałam głową. Wtedy dopiero uzmysłowiłam sobie, że w zasadzie nie miało to dla mnie znaczenia. Obie z Jess jesteśmy zdrowe, tylko Nathan dalej płacze za samochodem, poza tym ze wszystkim uporaliśmy się i w sumie to, jaki wyrok dostał tamten kierowca niewiele mnie obchodziło.
- Dobrze, że już jest koniec tego wszystkiego - powiedziała Nareesha.
- Nareszcie - odetchnęłam.
- Jesteśmy bogaci - wypalił nagle Nathan.
Popatrzyłam na niego zdezorientowana, jak wszyscy z resztą.
- Ten dom nie jest nasz, zdajesz sobie z tego sprawę? - spytałam.
- Dostałem maila o odszkodowaniu.
- Pokaż to - wzięłam od niego telefon. - Nic nie rozumiem, przetłumacz to - oddałam mu z powrotem.
- Twoją i moją szkodę złożyłem na jednym wniosku...
- Twoją szkodę? - spytałam.
- Pamiętasz ten czarny, sportowy samochód, który poszedł do kasacji?
- O matko... - wywróciłam oczami.
- Więc to - pokazał palcem. - Są moje pieniądze za auto.
- Czemu dostałeś 35 tysięcy funtów za auto?
- Bo dałem za nie 37 i miałem je miesiąc. Najwidoczniej tyle było warte. Przed wypadkiem.
- Taaaa - pomyślałam o tych wszystkich razach, kiedy ruszałam z piskiem opon, wchodziłam na bardzo wysokie obroty lub ostro hamowałam. - Taaa, a reszta?
- To jest twoje odszkodowanie.
- Woooow - otworzyłam szeroko oczy na widok ładnej, okrągłej kwoty. - To mi się podoba.
- W przyszłym tygodniu pieniądze będą na twoim koncie.
- To i wypłata, w końcu jakiś przychód, to bardzo miła odmiana od ciągłych rozchodów - uśmiechnęłam się szeroko.
- O tak, możesz pójść na zakupy - powiedział Max cienkim głosem przedrzeźniając mnie.
- Oh, chrzań się! - rzuciłam w niego poduszką.
- To może - zaczął niepewnie Tom. - Skoro mamy co świętować... Poświętujmy?
- Niespodzianka, jestem na tak - podniosłam rękę do góry.
O dziwo wszyscy byli za, bo jak dowiedziałam się później, wczorajsza impreza była w miarę kulturalna do pozostałych, obyło się bez intruzów na piętrze i nawet jacuzzi działa.
Na to Max i Tom jak oparzeni zerwali się do telefonów.

Takim sposobem wieczorem szybko rozkręciła się impreza. Kiedy muzyka grała w najlepsze, a ludzie się schodzili, ja i Nathan dalej nieśpiesznie zbieraliśmy się na górze.
- Gotowa?
- Prawie, czekaj... - ostatnie pisknięcie lakieru na włosy. - Tak.
- Bardzo ładnie - złapał mnie na rękę i zeszliśmy na dół.
- Przysięgam, że za każdym razem ściągają kompletnie innych ludzi i nigdy nikogo nie znam - powiedziałam schodząc po schodach.
- No co ty gadasz... - Nathan rozglądał się po ludziach, ale szybko zgubił swoją minę "no co ty".
Podeszłam do Maxa.
- Juuules! - krzyknął na mój widok.
- Heeej! Umm, znasz wszystkich tych ludzi? - spytałam cicho, przy czym cicho oznaczało, że mówiłam normalnym dziennym tonem z moimi ustami przy jego uchu
- W zasadzie tak, niektórzy znajomi przyszli ze swoimi znajomymi - powiedział celując piłeczką pingpongową do kubka z piwem.
- Maaaax...
- Spokojnie - złapał mnie za ramiona po oddanym rzucie. - Wszystko jest pod kontrolą, obiecuję.
- Okej, tylko sprawdzam, czy pamiętasz...
-Tak, tak, wyluzuj się, baw, masz, co świętować, ale już - pocałował mnie w czoło i obrócił.
Westchnęłam głęboko i poszłam do kuchni po wodę.
- Jak twoja woda, Jules? - spytał Kevin, który wszedł dosłownie chwilę po mnie i wyciągnął z lodówki piwo.
- To nie jest śmieszne, to nie jest śmieszne, Kev - powiedziałam opierając głowę na blacie.
- Wiem, wiem - poklepał mnie w plecy i tyle go widziałam.
W głowie odbiło mi się Maxa "masz, co świętować". Fakt, mam. Wyciągnęłam z lodówki drugą butelkę z "colą". Była w niej cola, ale była też wódka. Sekretne buteleczki, które Jay zrobił dla mnie i Nathana. Nalałam sobie tego jakże wytwornego drinka do szklanki i wróciłam do ludzi.
- Co tam masz? - spytał Nathan obejmując mnie ramieniem.
- Colę - odpowiedziałam niewinnie i podałam mu szklankę.
- Ummm - upił łyka. - Dobra ta cola.
- Wiem, wiem - odpowiedziałam zabierając picie.
Długo nie zajęło Nathowi pójście do kuchni po swoją własną colę. A mi nie zajęło dużo zorientowanie się, że pije jej znacznie więcej niż ja.

Jakiś czas i kilka szklanek później usiadłam na stołku barowym i obserwowałam ludzi, kiedy usłyszałam przy swoim uchu.
- Z kim przyszłaś? - szybko odwróciłam się.
Obok mnie stał koleś, którego nie dość, że nie znałam, to jeszcze stał o wiele za blisko.
- Słucham?
- Z kim tu przyszłaś? - próbował przekrzyczeć muzykę.
Przyjrzałam mu się chwilę, żeby stwierdzić, czy na serio tak pyta.
- Z dziewczyną - powiedziałam śmiertelnie poważnym tonem.
- Serio?
- Nie, mieszkam tutaj - powiedziałam zmęczona tą rozmową, a to dopiero kilka zdań.
- Aaaa, dziewczyna The Wanted - doznał olśnienia. - Więc, który z nich jest tym szczęśliwcem? - spytał przysuwając się jeszcze bliżej, a nie sądziłam, że było to możliwe.
- Biorąc pod uwagę, że jesteś na ich imprezie, to niewiele o nich wiesz - stwierdziłam odsuwając się od niego na tyle, na ile mogłam, żeby nie spaść ze stołka.
- Nathan - powiedział pewnie po chwili obserwacji społecznych.
- O rany, jesteś taki bystry - powiedziałam z udawanym zachwytem. - Jak na to wpadłeś?
- Aach, więcej jesteś z tych wrednych - gadał i gadał, a ja nerwowo szukałam wzrokiem Nathana. - Co to udają, że są takie niedostępne...
- Nie udaję - przerwałam mu. - Jestem poza twoim zasięgiem. I teraz i jutro, pojutrze, za tydzień, miesiąc, rok. Żegnam.
Zeszłam z krzesła i poszłam do Kelsey i Toma.
- Kim jest ten frajer przy barze? - spytałam.
- Ach, ten - Kels spojrzała w jego kierunku. - Niech zgadnę, uderzał do ciebie.
- Niestety.
- Nie przejmuj się - krzyknął Tom. - Podbija do wszystkiego, co się rusza, ale w gruncie rzeczy jest nieszkodliwy.
- Trzymam cię za słowo.
Po chwili podszedł do mnie Nathan.
- heeej, szukałam cię.
- Twój telefon - podał mi dzwoniącą komórkę, którą wcześniej wsadziłam do jego spodni.
- Praca - stwierdziłam zdziwiona, zapominając o tym, że w ogóle mam pracę i że w Londynie jest po ósmej. - Potrzymaj - podałam mu moją szklankę - zaraz wracam.
Pobiegłam szybko na górę.
- Halo? - odebrałam przymykając drzwi od pokoju.
- Hej, Jules, tu Miranda. Mam nadzieję, że cię nie obudziłam, całkiem zapomniałam o różnicy czasu.
- Nie, nie, skąd. O co chodzi? Przesłałam wszystkie poprawione artykuły, mam nadzieję, że doszły.
- Tak, wyszło idealnie - uspokoiła mnie redaktor naczelna. - Po dopasowaniu wszystkiego w layout okazało się, że mamy mały problem z jednym artykułem, w zasadzie z rozdzielaniem kilku wyrazów, mogłabyś na to zerknąć, wysłałam ci na maila.
- Tak, oczywiście, już patrzę - wzięłam laptopa Nathana, który był tylko uśpiony.
- Powiedz, jak LA?
- Och, wspaniale, uwielbiam tę... pogodę - urwałam, bo kiedy otworzyłam przeglądarkę, otworzyła mi się ostatnia strona, na której był Nathan. Z pierścionkami.
- Jules? Jesteś tam?
- Tak, tak - ocknęłam się. - Już, już, minutka.
Weszłam szybko na maila, otworzyłam załącznik i szybko przeleciałam wzrokiem.
- Poza raz, dwa, trzy... - liczyłam na głos linijki. - Poza dziewiątą linijką wszystko jest w porządku, ale tego nie możecie tak przedzielić.
- Okej, będziemy konbinować, dzięki - podziękowała Miranda.
- Nie ma za co, to moja praca - zaśmiałam się.
Rozłączyłam się, położyłam telefon obok siebie, Zamknęłam kartę z mailem i wróciłam na tą z pierścionkami.
Czy Nathan zamierzał się oświadczyć? Czy Nathan oszalał?! Po niecałym roku? Rodzice by mnie zabili...
- Dobra, spokój - potrząsnęłam głową. - Nie wyciągamy pochopnych wniosków - powiedziałam sama do siebie.
Wzięłam głęboki oddech i wyszłam z pokoju zamykając za sobą drzwi. Światło na korytarzu działało na czujnik ruchu, więc po chwili się włączyło i zobaczyłam postać opierającą się o ścianę i podskoczyłam ze strachu.
- Fuck, to znowu ty - powiedziałam z przekąsem na widok kolesia, który gadał do mnie przy barze. - Wiesz, że nie wolno ci tu być?
- Jestem tu od jakichś kilku godzin.
- Nie mówię o imprezie. Mówię o piętrze.
- Nie bądź taka drobiazgowa - powiedział i zrobił krok w moją stronę. - Jestem Chuck, tak w ogóle.
 - Jestem niezainteresowana i nie pytałam, tak w ogóle.
Próbowałam go minąć, ale zastąpił mi drogę.
- Serio, o co ci chodzi? - pytałam co raz bardziej zdenerwowana, już nie tylko jego aroganckim zachowaniem, ale faktem, że muzyka grała bardzo głośno i nawet gdybym próbowała kogoś zawołać, nikt by mnie nie usłyszał.
- Chcę się umówić.
- Czy ty jesteś głupi czy głuchy? - spytałam. - Mam. Chłopaka. - powiedziałam to powoli i wyraźnie. - Nie żeby to miało znaczenie - dodałam po namyśle.
- Uwierz mi, mogłabyś mieć i ze trzech - stwierdził mierząc mnie z góry do dołu.
- Okej, skończyłam - powiedziałam odwracając się, zamierzałam zejść drugimi schodami.
Usłyszałam, że zaczął iść za mną, więc przyspieszyłam, w momencie, w którym złapał mnie za nadgarstek, byłam w stanie dosięgnąć włącznika od alarmu na ścianie i nie zawahałam się. Po chwili zaczął wyć, bo bardzo zdziwiło Chucka, czy jak mu tam było. Zaraz muzyka ucichła i na górę wpadli Max i Jay. Z kamerami, nie żeby nie było ich zamontowanych na ścianach. Teraz już mogłam wyłączyć alarm.
- Jules? Nath szuka cię na dole - powiedział zdezorientowany Jay.
Jak na zawołanie Nathan wbiegł po schodach, do których szłam, zanim byłam zmuszona włączyć alarm.
- Jules, tu jesteś - szybko mnie objął. - Co się dzieje? Ty włączyłaś alarm?
Wtedy wszyscy trzej spojrzeli na mojego "adoratora".
- Serio, znowu ty? - powiedział Max.
- Lubię ładne blondynki - wzruszył ramionami. Dopiero teraz zwróciłam uwagę, jak bardzo był nawalony, o ile to był tylko alkohol, a nie coś więcej.
- Raczej, wszystko, co się rusza - prychnął Max.
- To koniec imprezy dla ciebie - powiedział Nathan. - Kevin pomoże ci trafić do wyjścia. Kev! - krzyknął w stronę schodów. - Kev! Chodź, Jul - złapał mnie za rękę, w połowie schodów minęliśmy się z Kevinem.
- Co się dzieje? O co chodzi z tym alarmem? - spytał.
- Na górze mamy delikwenta, któremu pomożesz trafić do wyjścia.
- Jules, wszystko dobrze?
- Tak, tak - zapewniłam.
Kevin poszedł na górę, my zeszliśmy na dół, a oczy wszystkich spoczywały na nas. Po chwili zszedł Kev z nieproszonym gościem, a za nimi Jay i Max. A Chuck miał o tyle tupetu, że przechodząc obok prowadzony przez Kevina... klepnął mnie.
Szeroko otworzyłam usta ze zdziwienia.
- Co? - spytał Nathan.
- On... mnie klepnął - powiedziałam z obrzydzeniem.
- O nie - usłyszałam, jak Nathan się zapowietrzył i puścił moją rękę.
Ani się obejrzałam, a jego już nie było obok mnie.
- Nathan!



Hej, hej :D
Cieszę się, że ktoś tu jeszcze został :D

środa, 26 sierpnia 2015

79. Nie zrobiłam tego dla Ciebie.

Chyba po prostu nie nadaję się na imprezy. Na tę jedyną naprawdę się cieszyłam, dostałam się na studia, jest co świętować, ale pod wieczór złapała mnie taka migrena, że miałam ochotę umrzeć. Ludzie zaczęli się schodzić, a ja siedziałam na kanapie i próbowałam siłą perswazji pozbyć się bólu.
Po domu kręciło się mnóstwo nieznanych, lub podobno znanych Maxowi osób, ale na żadnej imprezie, nikim kto przyszedł, nie zajmował się na początku tak długo, jak pewną dziewczyną teraz... Migrena migreną, ale mój zmysł detektywa  nie wygasł. Podniosłam się z kanapy, pokręciłam po pomieszczeniu i zaraz znalazłam się obok George'a.
- Siema Max - powiedziałam, jakbym dopiero go zobaczyła, to nic, że razem mieszkamy.
- O hej. Jules, to Nina. Nina, to Jules - przedstawił nas, bardzo dobrze, nauczyła mama manier.
- Hej, miło się poznać - dziewczyna się uśmiechnęła się promiennie.
Dopiero teraz zajarzyłam. To TA Nina. Odwzajemniłam uśmiech.
- Jak twoja głowa? - spytał Max.
- Średnio - skrzywiłam się. - Nie mogę już wziąć więcej tabletek, a migrena ani ani nie zmalała, więc dzisiaj chyba spasuję - wzruszyłam ramionami.
- Biedactwo, wyśpij się, jutro będzie ci lepiej - pocałował mnie w czoło.
- Dzięki. Miłej zabawy - uśmiechnęłam się i poszłam na górę, gdzie Nathan kończył układać włoski.
- A ty co? Z powrotem na dół, już schodzę - powiedział.
- Dzisiaj nic z tego - położyłam się na łóżku.
- Dalej boli? - usiadł obok mnie.
Pokiwałam lekko głową.
- Biedactwo - pogłaskał mnie po głowie. - Chcesz, żebym został z tobą?
- Nie, idź się bawić. Zaraz pewnie zasnę i będę jak nowo narodzona.
- Na pewno?
- Tak, przecież widzę, że cały się trzęsiesz z podekscytowania na tę imprezę, więc sio! - wygoniłam go z pokoju ruchem ręki.
- Dobranoc - pocałował mnie w policzek i tyle go widziałam.
Zmyłam makijaż, przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka.
Jestem pewna, że przez jakiś bliżej nieokreślony czas spałam, ale ktoś skakał z balkonu do basenu i o wiele za bardzo przy tym piszczał, a balkon jest o wiele za blisko mojego pokoju. Westchnęłam, obróciłam się na drugi bok i znowu próbowałam zasnąć, ale nie mogłam. Paradoksalnie możliwe, że utrudniał mi to brak muzyki, która jednak była jakaś jednostajna i zagłuszała te wrzaski, a ludzie wrzeszczeli naprawdę sporo.
Zrezygnowana zeszłam do kuchni napić się, wracając na górę spotkałam Nareeshą wracającą z łazienki.
- Myślałam, że śpisz - powiedziałam.
- Chciałabym, ale próbuję coś zaprojektować - westchnęła.
- Serio? Chce ci się, o tej porze i w tym hałasie? - spytałam.
- Bardziej muszę niż chcę - powiedziała w znaczący sposób.
Miałyśmy taki sposób mówienia, którym komunikowałyśmy, że bardziej robimy coś nie z własnej woli, ale dlatego że ktoś z ekipy szepnął słówko.
- O... Rozumiem. To powodzenia - poklepałam ją po ramieniu.
- Jak twoja głowa?
- Hmm, jakby to powiedzieć... też życz mi powodzenia.
Rozeszłyśmy się do swoich pokoi, a ja przez kolejną godzinę próbowałam zmusić się do spania. Po kolejnym wrzasku z balkonu nie wytrzymałam, założyłam trampki i zeszłam na dół, gdzie w mojej piżamce znacząco wyróżniałam się na tle lasek w bikini. Podeszłam do Maxa.
- Maksiu, ja wiem, że jest impreza i tak dalej, cieszę się, że wszyscy fajnie się bawią, ale czy mógłbyś poprosić ludzi, żeby cieszyli się imprezą trochę ciszej? - spytałam.
- Jules, nie mogę zabronić ludziom się odzywać, co, mam zrobić niemą imprezę?
- Dobra, to czy mogliby przynajmniej nie drzeć się na balkonie?
- Przecież nie będę tam stał i uciszał każdego pokolei.
Wzięłam długi, głęboki wdech, żeby nie wybuchnąć.
- Dobra, wiesz, nieważne - machnęłam ręką i odwróciłam się na pięcie. Dyskusja z nim nie miała dzisiaj żadnego sensu.

Rano siedziałam z Kelsey przy mini barze, Jay siedział za barem, Tom i Max grali w bilard, Nath i Kev byli w kuchni. Migrena mi ustała, chociaż dalej czułam lekkie ćmienie. Nagle przyszedł Siva.
- Możemy chwilę pogadać? - spytał niby wszystkich, ale patrzył chyba jednak na Maxa. I nagle jak na zawołanie pojawili się też Nathan i Kevin. Wszyscy podeszli do baru. - Więc Nareesha jest trochę niezadowolona, bo ostatnio często nie może zasnąć do bardzo późnych godzin i... no, jej praca wymaga kreatywności, a jeśli o czwartej rano gracie na pianinie, czy urządzacie sobie skoki z balkonu, nie może projektować, więc odbija się to na jej pracy - powiedział.
- Ale ona nie musi tu mieszkać. Zgodziliśmy się na to dla ciebie - odpowiedział Max, na co ja prawie oplułam się herbatą, a kątem oka zobaczyłam, jak Kels zastygła w bezruchu. Najgorsze było, że nie wiedziałam, czy on mówił tak na serio, czy miał to w skrypcie.
Pierwszego dnia każdy dostał skrypt, każdy miał też co innego w nim napisanego i miał to zatrzymać dla siebie, pewnie po to, żeby powodować więcej dramatów.
- Max, to było trochę ostre - powiedziała Kelsey.
- Nie możesz mówić, że to tylko nasz dom, bo tak nie jest - powiedział Tom. I tak, moim zdaniem mówił dobrze, ale zdziwiłam się, że nie był po stronie Maxa. - Nie możesz mówić, że dziewczyny nie mają prawa decydować, bo owszem, mają.
- Cześć wszystkim - po schodach zbiegła Nareesha, która najwidoczniej usłyszała końcówkę wypowiedzi Toma. - Mówicie o hałasie?
- Tak.
- Miałam tylko na myśli, że raz na jakiś czas chciałabym się wyspać, czy popracować - wyjaśniła.
- Serio, jaką pracę wykonujesz o czwartej nad radem? - spytał Nathan, a ja zatrzymałam rękę z kubkiem w połowie drogi do ust.
Serio, kto jak kto, ale on nie powinien odzywać się na ten temat, bo nie raz sam budził mnie, jak mu w środku nocy przyszła wena.
- Po prostu nie wiem czemu, ale jak robię kolekcję pomysły przychodzą mi w nocy - powiedziała Naree. Kłamała, czyli miała tak powiedzieć.
- Jasne - mruknął Nathan. - Rozumiem, jak mówisz, że chcesz spać, czy pracować, powinniśmy szanować swoją pracę i możesz pytać czy chcieć, żebyśmy przestali hałasować, ale szczerze to... nie sądzę, żebyśmy powinni przestać imprezować.
Lepiej, żeby to było w jego skrypcie, albo żeby dzisiaj stwierdzono u niego udar słoneczny, bo mój Nathan nie tak się zachowuje.
- Jesteśmy tu, żeby pracować, to dom The Wanted... - zaczął Max.
- Odkąd tu jesteśmy pracowałeś jakby dwa dni - przerwałam mu, w tym samym momencie, co Siva.
- Chodzi o to, żeby mieć wzgląd na innych - powiedział mulat.
- Trzeba brać pod uwagę to, że ktoś może być zmęczony - dodał Jay.
- A w domu co, jak co, ale jest bardzo głośno - stwierdził Tom.
- Nie powiem, że przestanę przyprowadzać ludzi, urządzać imprezy i puszczać głośno muzykę, bo nie przestanę, bo taki już jestem - uparł się Max.
- Max, ale tu chodzi nie tylko o ciebie, nie mieszkasz tu sam - powiedziałam.
- Chodzi o kompromis - dodała Nare.
- To nie wypali - powiedział George na odchodne i wyszedł na taras.
Atmosferę dało się ciąć nożem, tym sposobem utworzyły się dwa obozy, Max i Nathan - imprezowe zwierzęta i reszta świata. No, oprócz Keva, który tylko słuchał całej rozmowy. Bez słowa zeskoczyłam ze stołka i poszłam na górę. Trzasnęłam drzwiami od pokoju i zaczęłam przeszukiwać każdą szufladę. Tak jak myślałam, po chwili przyszedł Nathan.
- Czego szukasz? - spytał opierając się o ścianę.
- Twojego skryptu - powiedziałam nie przerywając czynności.
- Hej, hej, hej - podszedł i złapał mnie za ręce. - Po co?
- Powiedz mi, że to przed chwilą na dole, to nie byłeś ty. Że miałeś się tak zachowywać, bo tak było w skrypcie - powiedziałam z zamkniętymi oczami.
- Jules - westchnął.
Otworzyłam oczy, nic nie mogłam wyczytać z jego twarzy.
- Więc co, też uważasz, że to wasz dom i ja, Kelsey i Nareesha mamy was całować po stopach, że możemy tu mieszkać? - spytałam.
- Nie, ale... wszyscy dobrze się bawią, tylko ona ma problem.
- Wyobraź sobie, że nie tylko ona, bo ja też próbowałam wczoraj zasnąć z bólem głowy, zeszłam do Maxa, żeby zrobił coś z tym hałasem, ale mnie olał. Więc sorry, ale podpisuję się pod wszystkim, co dzisiaj powiedzieli na dole wszyscy oprócz ciebie i Maxa. A teraz chcę zostać sama - wyminęłam go, wzięłam telefon i słuchawki i zeszłam na dół.
Wzięłam butelkę ice tea i usiadłam na jednym z leżaków. Miałam w planie posłuchać muzyki, ale stwierdziłam, że zadzwonię do rodziców na Skypie. Obliczyłam szybko różnicę w czasie, niby wieczór, ale jeszcze wcześnie.
- Siema mamciu - powiedziałam.
- Czemu cię nie widzę?
- Bo jestem na telefonie, siedzę na dworze, pewnie pod słońce, więc i tak nie byłoby mnie widać.
- No i jak, co tam robisz?
- A wygrzewam się na słoneczku - wyciągnęłam się na leżaku.
- Dobrze ci tam - westchnęła mama.
- Co, w Polsce dalej zima? - spytałam.
- Niestety. A dzisiaj to już w ogóle padało wszystko - deszcz, śnieg, grad...
- Spoko loko, do was też wiosna przyjdzie.
- Ale poza pogodą, to jak ci tam w tym LA?
- Dobrze, dobrze.
Naprawdę nie odczuwałam potrzeby wciągania mamy w jakieś wyreżyserowane problemy, z resztą, i tak prędzej czy później zobaczy to w telewizji.
Porozmawiałam z nią chwilę, później leżałam i przez jedną słuchawkę słuchałam muzyki. Po jakimś czasie usłyszałam kroki. Leniwie otworzyłam jedno oko. Max... Chyba już się wysiedziałam na dworze. Wstałam i bez słowa go minęłam.
- Teraz nie będziesz się do mnie odzywać go końca świata? - spytał.
Stanęłam, zrobiłam kilka kroków w tył i zatrzymałam się przed nim.
- Cześć Max! - pomachałam mu i znowu ruszyłam do przodu.
- Jeszcze rozumiem, że Nareesha ma do mnie fochy, ale ty?
- Serio? Ale ja? A nie pamiętasz, jak mnie wczoraj bolała głowa i prosiłam cię, żebyś zapanował nad tłumem, a ty to olałeś. I sorry, ale naprawdę nie pomyślałeś, że twoje "Ona nie musi tu mieszkać. To dom The Wanted" mogło dotknąć też mnie? Albo Kelsey? Bo chociaż Naree wtedy tam nie było to my i owszem.
- To po prostu konflikt interesów - stwierdził.
- Raczej myślenie tylko o sobie, ale nazwij to jak chcesz. Słyszałeś o czymś takim jak kompromis? - spytałam.
- Jeny, przecież niecodziennie jest taki hałas - wywrócił oczami.
- Serio? Mogę na palcach jednej ręki policzyć dni, kiedy nie było imprezy. Dobra, ta dyskusja jest bez sensu - machnęłam ręką i wróciłam do domu.
Poszłam do kuchni i zaczęłam grzebać po szafkach w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Po chwili obok mnie pojawił się Nathan.
- Wieczorem jest impreza - powiedział nawet na mnie nie patrząc.
- A to niespodzianka... - mruknęłam. - Ale nie będę marudzić, to wasz dom, róbcie, co chcecie.
- Jules...
- Nic nie mów, jesteście tu, żeby pracować, upijanie się i zasypianie na schodach najwidoczniej pomaga wam w pracy, więc nie będę wam przeszkadzać - powiedziałam zabierając zrobioną w międzyczasie sałatkę i przenosząc się na kanapę.
- Długo jeszcze będziesz się tak zachowywać? - spytał stojąc na schodach.
- Dopóki będzie tu panować seksistowska, szowinistyczna monarchia - odparłam z pełną buzią.
- Świetnie - mruknął pod nosem i poszedł na górę.


Jeśli trzy razy pod rząd przegrywam z Tomem w piłkarzyki, jest to znak, że czas iść do łóżka i że ilość alkoholu pita z Nathanem w ukryciu jest zbyt duża. Bez słowa poszłam na górę i tak, jak stałam, położyłam się do łóżka. Już prawie spałam... ale jednak nie. Siku. Zwlekłam się, wyszłam z pokoju i skręciłam do łazienki. Otworzyłam drzwi i wtedy...
- O Jezu! - krzyknęłam i jeszcze szybciej je zamknęłam. Dwa głębokie wdechy.
Chwila, to ja jestem u siebie w domu. No, tak jakby. A ta parka zabawiająca się w środku, to goście, których na dodatek nie powinno być na piętrze. Otworzyłam z powrotem drzwi.
- Wypad - powiedziałam.
Nic, zero wstydu, byli bardziej rozbawieni niż zażenowani całą tą sytuacją.
- Spieprzać mi stąd, ale już! - krzyknęłam, bo niezbyt im się spieszyło.
Wyszli, ja weszłam do środka i trzasnęłam drzwiami. Ludzie nie mają wstydu. Za grosz. Załatwiłam, co miałam załatwić i wyszłam. Zauważyłam, że drzwi od pokoju Sivy i Nareeshy są otwarte i wyraźnie słyszałam chłopaka. Podeszłam bliżej, zobaczyć, co się dzieje i wtedy wyszła stamtąd dziewczyna.
- Emm.. Seev? - powiedziałam głośno.
- Weszła do naszego pokoju - odpowiedział z niedowierzaniem.
- Co? - zajrzałam do środka, paliła się lampka koło łóżka, wyraźnie zaspana Nareesha przecierała oczy i próbowała ogarnąć sytuację.
- Śpimy już, przebudzam się, patrzę, stoi przed nami jakaś dziewczyna - powiedział Siva.
- Co?! - wytrzeszczyłam oczy. - No nieźle... Ja właśnie wygoniłam z łazienki zabawiającą się parkę. Znaczy... parkę - prychnęłam. - Dzisiaj po południu pewnie jeszcze się nie znali.
- To wymyka się spod kontroli - mruknęła Nareesha.
- Kto siedział dzisiaj pół dnia z telefonem i zwoływał ludzi? - spytałam retorycznie. - Max. To jego goście, on powinien trzymać ich w ryzach i właśnie teraz za to zgarnie - obróciłam się na pięcie do wyjścia.
- Nie! - powiedzieli jednocześnie Seev i Nare.
Spojrzałam na nich zdziwiona.
- Na trzeźwo nie rozumie, że codzienne imprezy męczą, po pijaku tym bardziej do niego nie dotrzesz - powiedziała dziewczyna.
- Świetnie, czyli załatwię to rano - odetchnęłam. - Dobranoc, przekręćcie zamek w drzwiach - ruszyłam do wyjścia.
Zamierzałam iść za własną radą i przekręcić zamek w drzwiach od swojej sypialni, bo nie wiadomo, co dzisiaj się jeszcze może się wydarzyć. Problemem był Nathan. Przejechałam palcem wokół oczu, żeby pozbyć się okruszonej maskary, wróciłam do pokoju, założyłam bluzę i ruszyłam na dół. Stanęłam w połowie schodów i wypatrywałam Nathana. Znalazłam go obok stołu do ping ponga. A raczej do beer ponga.
- O cześć - powiedział rozchichotany od ucha do ucha. - Myślałem, że poszłaś już spać.
- Właśnie idę i zamykam drzwi od środka.
- Co, ale jak? - zaśmiał się. - Przecież ja jestem tutaj.
- Dlatego przyszłam. Idziesz do łóżka, czy zostajesz tu?
- Hmm, do łóżka? - objął mnie w pasie.
- Nathan, jestem zmęczona - odsunęłam się. - Zamykam drzwi.
- Po co? Jakoś odkąd tu jesteśmy ani razu nie zamknęliśmy drzwi na klucz. No, może kilka - dodał po namyśle.
- Ale dzisiaj po piętrze pałętają się ludzie - powiedziałam tracąc powoli cierpliwość.
- Oj, Jules, wyolbrzymiasz - wywrócił oczami.
- Idziesz czy nie? - spytałam. W odpowiedzi Nathan znowu wywrócił oczami. - To śpisz na kanapie - obróciłam się na pięcie i ruszyłam na górę. - Nie będę kuźwa siedziała i czekała, aż ktoś mi się wjebie do sypialni, bo ten musi się nachlać - powiedziałam pod nosem, tym razem po polsku, bo chociaż w domu wciąż były kamery i pewnie to nagrały, to nie wmontują mojego polskiego bełkotu do programu.
Weszłam do pokoju, zamknęłam drzwi na zamek, ściągnęłam bluzę i położyłam się do łóżka.

Obudziłam się stosunkowo późno, biorąc pod uwagę, że poszłam spać o wiele wcześniej niż inni w tym domu, co wcale nie oznacza, że było to wcześnie, bo 1:30 to nie chwila po dobranocce. Poszłam do łazienki, wzięłam prysznic, wysuszyłam włosy, pomalowałam się i ubrałam i wtedy zeszłam na dół schodami prowadzącymi do kuchni, nie salonu. A tam zastałam Nathana z butelką wody rozwalonego na blacie jak Rosja na mapie. I kamery.
- Gdzie spałeś? - spytałam od niechcenia, otwierając lodówkę.
- U Jaya.
- Wheey, Jaythan - powiedziałam wsadzając tosty z serem do opiekacza.
- Powiesz mi, co ci strzeliło z tym zamykaniem drzwi? - zapytał.
- Powiem. Ale przy wszystkich.
- Powiedz mi teraz, będę udawał, że nic nie słyszałem.
Westchnęłam głęboko.
- Trzy osoby kręciły się wczoraj po piętrze. Wyrzuciłam z łazienki zabawiającą się parkę, która nawet nie była zawstydzona, ani nic, tym że ich przyłapałam. Każdy może sobie wejść do każdego pokoju, bo ludzie mają generalnie w nosie, co się do nich mówi na wejściu. A ja byłam tam praktycznie sama, bo Siva i Nareesha mają pokój po drugiej stronie korytarza. Więc tak, bałam się, że ktoś wlezie mi do sypialni...
W tym momencie opiekacz zasyczał, czas wyjąć tosty. Obróciłam się tyłem do Nathana i sięgnęłam po talerz.
- Ej... - podszedł do mnie od tyłu i pocałował mnie w bark.
- Ale ty byłeś tak zajęty balowaniem, że miałeś mnie gdzieś - powiedziałam.
- Przepraszam - obrócił mnie przodem do siebie. - Ale gdybyś powiedziała prosto z mostu, o co chodzi, poszedłbym z tobą. Nie musiałbym słuchać chrapania Jaya.
Zaśmiałam się.
- Dobra, już dobrze - uśmiechnęłam się, usiadłam przy blacie i zaczęłam jeść.
Skończyłam, wsadziłam talerz do zmywarki i w bojowym nastroju ruszyłam do salonu.
- Zaczyna się - mruknął Nathan i poszedł za mną.
- Cześć wszystkim - powiedziałam wesoło, po czym podeszłam do Maxa i zdzieliłam go po głowie.
- Ała, za co?
- Za jajco! Mógłbyś na następnej imprezie, czyli dzisiejszej zapewne, trzymać swoich gości w ryzach? - spytałam.
- O co ci chodzi?
- Wczoraj z łazienki NA GÓRZE wygoniłam zabawiającą się parkę.
Tom, nie wiem w sumie czemu, zaczął rechotać jak głupi.
- Jules, jasne rozumiem, to niekomfortowe, ale przecież nie zabawiali się w twoim pokoju - Max chyba dalej był pijany.
- Nie chodzi o to, w którym pomieszczeniu to robili, tylko o to, że na górze. Wspólnie uzgodniliśmy, że piętro jest wyłączone z imprez, zamknięte dla gości, więc pilnuj swoich gości, bo chciałabym czuć się bezpiecznie, kiedy kładę się spać.
- Max, ona ma trochę racji - powiedział Jay.
- Bzykalnia w łazience cię nie rusza? Dobra. Siva, Nareesha, może opowiecie, co przydarzyło się wczoraj w nocy? - założyłam ręce z, jeszcze ukrywaną, satysfakcją.
- Koło drugiej w nocy jakaś dziewczyna była w naszym pokoju i po prostu... stała nad nami - powiedział Seev.
- Co!? - powiedział Nathan.
- To było straszne. Ja obudziłam się chwilę później, ale Siva otworzył oczy i BAM po prostu stała - dodała Naree.
- To było dziwne.
- Ale... wiecie, to nie tak, że ona była ze mną, była... częścią grupy - wydukał Max.
Nareesha wyglądała, jakby chciała spytać "Żartujesz sobie?", a Jay prychnął pod nosem.
- W tym momencie Maxowi George'owi brakuje języka w gębie - skwitowała Kelsey.
- Dokładnie - mruknęłam.
- Musimy bardziej zwracać uwagę na to, kogo wpuszczamy do domu - powiedziała Kels.
- Ona mogła ukraść absolutnie wszystko. Laptopy, telefony, moje próbki, prototypy, rzeczy, których nie mogłabym zastąpić - dodała Nareesha.
- Max, ty też musisz uważać. Też masz tu swoje rzeczy, ciuchy, laptopa. Ktoś może wejść do twojego pokoju, na komputerze masz swoje nagrane piosenki, ktoś może je najzwyklej w świecie sprzedać - dodała blondynka.
- To normalne, że olewamy sobie hałas i tak dalej, ale kiedy ludzie plączą się po naszych pokojach, to jest... chore - powiedział Nathan.
- Ta - powiedzieli, jednocześnie Max i Tom.
- Ale oczywiście, my nie musimy tu mieszkać. Nareesha, reflektujesz przeniesienie się ze mną do hotelu? - spytałam.
- Ej, dobra, nie wygłupiajcie się - powiedział Max. - Myślałem, że mam wszystko pod kontrolą, ale jak widać tak nie jest i przepraszam was za to. Dziewczyny też tu mieszkają i powinny czuć się bezpiecznie, a tak nie było. Co powiecie na... - zawahał się - tydzień bez imprez?
- Alleluja! - uniosłam ręce do góry.
Max podszedł i przytulił po kolei mnie, Nareeshę i Kelsey. Z uścisków wyrwał nas telefon Nathana.
- Hej, Scoot - odebrał.
- Powiedz mu, że jacuzzi znowu się zatkało - powiedział cicho Max, ale Nathan zbył go ręką.
- Ej, jak tylko przyjechaliśmy tutaj, mówiłem o tym... Nie ma wtedy występów, więc w czym problem?... Myślę, że da się to odpowiednio zmontować... Nie interesuje mnie to, osiemnastego lecę do Londynu - powiedział i rzucił telefon na blat, a ja już wiedziałam, o co chodzi.
- Niech zgadnę - zaczęłam - wasze niezwykle ważne zobowiązania, jak psucie jacuzzi nie pozwalają Ci polecieć na dwa dni do Londynu.
Aż żałowałam, że nie założyłam się z nikim o to, że Scooter będzie robił problemy.
- To nieważne, tak czy siak będę z tobą w tym sądzie, czy to się komuś podoba, czy nie - zapewnił.

Dwa dni później wszyscy rozwaleni na kanapach oglądaliśmy film, kiedy do domu wparował Scooter niosący "wspaniałe" wieści.
- Umówiłem was z Hectorem - ogłosił bez zbędnych wstępów typu "Cześć, jak leci?".
- Cooo? - spytał zszokowany Tom. - Przecież ma zapełniony grafik na kilka miesięcy do przodu.
Hector jest chyba jakąś szychą w przemyśle, bo kilka razy obiło mi się jego imię o uszy i to raczej w superlatywach.
- Tak, to prawda, ale trochę pokombinowaliśmy i udało nam się wyciągnąć dwa dni dla was - powiedział dumny.
- Świetnie! Kiedy? - spytał zadowolony Nathan.
- Dwudziesty, dwudziesty pierwszy marca.
Zadowolenie momentalnie zeszło z jego twarzy, a ja znieruchomiałam z niedowierzania.
- Nie wierzę - mruknęłam pod nosem, kręcąc przecząco głową. Nathan pogładził moją dłoń.
Pozostali, oprócz Scootera ofkors, szybko zrozumieli moją reakcję i zapadła niezręczna cisza.
- O co chodzi?
- Dwudziestego Jules ma zeznawać w Londynie - powiedział Jay.
- Nie żeby nie było o tym wiadomo od jakiegoś miesiąca - mruknęłam z przekąsem.
- Przysięgam na własną matkę, że zapomniałem o tym - zarzekał się Scooter.
- Nie mieszaj w to swojej matki, jestem pewna, że jest bardzo miłą kobietą - powiedziałam wstając z kanapy.
- A ja jestem całkiem pewny, że to że Nath nie może polecieć z Tobą, nie jest aż taką tragedią, chyba trafisz z lotniska do sądu - odszczekał.
- Nie chodzi o moją zdolność trafienia do sądu, tylko o czystą złośliwość z Twojej strony powiązaną z chęcią zatrzymania Nathana w LA za wszelką cenę - powiedziałam wchodząc po schodach.
Po co nam wskazówki, jak zrobić fałszywe kłótnie, kiedy te realne wychodzą całkiem nieźle.
- Jules - zawołał Nathan przepraszającym tonem.
- To nie twoja wina, Nath - powiedziałam.
- I tak pojadę do Londynu.
Z powrotem zeszłam ze schodów.
- Nathan... - zamierzałam mu powiedzieć, że nie musi, bo wiem, jak ważne jest dla niego nagranie tego albumu, że bardzo chce być częścią tego procesu. Ale przerwał mi Scooter, czy ten człowiek nigdy nie milknie?!
- Nathan, wiesz, ile wysiłku sprawiło mi ustawienie was z Hectorem?! - powiedział obrażonym tonem.
- Chłopaki mogą równie dobrze pracować z nim w czwórkę - stwierdził Sykes.
- Będzie produkować nowe piosenki - kontynuował Braun.
- Oni będą - upierał się Nathan. - Ja po prostu dogram swoje części kiedy indziej.
- Nie - przerwałam tę wymianę zdań.
Wszyscy spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
- Ale Jules...
- Nie - powtórzyłam. - Wiem, jak ważne jest dla ciebie nagranie nowego albumu i jak bardzo chcesz uczestniczyć w procesie tworzenia, pracować z producentami i tak dalej.
- Ale potrzebujesz mnie w Londynie.
- Tak - przyznałam - potrzebuję. Ale wiem, kiedy należy ustąpić - spojrzałam znacząco na Scootera. - Dlatego zostaniesz w LA i odwalisz kawał dobrej roboty - uśmiechnęłam się lekko.
- Dzięki, Jules - powiedział Scooter.
- Nie zrobiłam tego dla ciebie - odwróciłam się na pięcie i poszłam na górę.



Heeeeej :D Jest tu ktoś jeszcze?
Grubo ponad rok po zawieszeniu bloga, coś mnie tknęło, żeby zajrzeć tu na chwilę. Coś, dobra, nie coś, tylko "Kiss Me Quick" Nathana, które wyskoczyło mi w propozycjach na YT, posłuchałam i.. WOW! I Nathan w teledysku słodki jak zawsze <3

Pewnie wszyscy już zapomnieli o moim małym opowiadanku, ale że sporą część tego rozdziału miałam napisaną już zanim zawiesiłam bloga, stwierdziłam "dlaczego nie". 
I nie wiem, jak długo to potrwa,  nie wiem, ile rozdziałów będę w stanie napisać zanim wrócę na studia, nie wiem czy od października będę w stanie pisać, bo powinnam zająć się raczej pracą licencjacką, ale... zobaczymy. Teraz mam na to ochotę i nawet jeśli nikogo z Was już tu nie i nikt tu nie zaglądnie, myślę, że i tak wrzucę kilka rozdziałów ;)




poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Tylko kilka słów...

Wiem, nie było mnie mega długo i przepraszam za to. I nie tylko za to.
Próbowałam napisać rozdział przez ostatnie ponad trzy miesiące, ale przyznam, że nie spędzało mi to snu z powiek. Bloga założyłam prawie dwa lata temu, a od tego czasu wiele się zmieniło, przede wszystkim ja się zmieniłam i zgaduję, że (przynajmniej teraz) pisanie bloga nie jest czymś, czym mam ochotę się zajmować, już nie chodzi o brak czasu, który fakt faktem był powodem w czerwcu i na początku lipca, ale o brak chęci. Każdy z nas tak ma, że coś na początku nas mega jara i spędzałybyśmy całe dnie przy tym, a z czasem ta fascynacja spada i tak właśnie stało się ze mną...
Nie wiem, może jeszcze wrócę do pisania, jeśli coś zmieni się w moim życiu i będę miała pustkę do zapełnienia, ale raczej  nie prędko.
Dziękuję Wam za cały ten czas, kiedy ze mną byłyście i za wszystkie komentarze! :*

wtorek, 22 kwietnia 2014

78. Nie zostawisz mnie.

Po raz pierwszy od dawna musiałam wstać z budzikiem. I było to bardzo ciężkie, zwłaszcza że, ostatniej nocy po raz pierwszy od dawna próbowałam zasnąć o normalnej porze, co też jest ciężkie, kiedy piętro niżej w najlepsze trwa impreza. Mimo że budzik dzwonił dosyć długo wcale nie ruszył Nathana. Ba, nawet nie drgnął. Co w sumie mnie nie dziwi, pewnie na zewnątrz było jaśniej niż ciemniej kiedy zasnął. Ubrałam się i pomalowałam, jadłam śniadanie, kiedy do mnie doszło. Jak się dostać do lekarza? Wróciłam na górę, rozejrzałam się koło łóżka, wsunęłam rękę pod poduszkę, sprawdziłam kieszenie Nathana, aż znalazłam jego telefon. Wyszłam z pokoju i wybrałam numer Nano.
- Nathan, spania nie masz? - usłyszałam.
- A ty spałeś? - spytałam. Nano był ostatnią osobą, którą chciałam obudzić. I to nie dlatego, że się go boję czy coś. Chłopcy dają mu wystarczająco mocno popalić. 
- Nathan? - zdziwił się.
- Nie, Jules.
- Nie, nie spałem. O co chodzi, znowu coś zmajstrowali? Popsuli jacuzzi?
- Nie - zaśmiałam się. - W sumie to nie wiem, wszyscy jeszcze śpią. Muszę jechać do szpitala zdjąć szwy z ręki, zamówiłabym taksówkę, ale... nie znam nawet adresu pod jakim się znajduję.
- Nie będziesz się tłukła taksówką, wyślę po ciebie samochód, który poczeka pod szpitalem.
- Dzięki, jesteś najlepszy - rozłączyłam się i nawet nie siliłam się na odniesienie telefonu na miejsce, czyli do spodni Nathana rzuconych na podłodze. 

Mieszkaliśmy w tym domu niecały tydzień, a ja już miałam dość. A zaczęłam mieć dość, od pierwszego dnia, kiedy produkcja poinstruowała nas co i jak i powiedzieli nas, co jest bardzo pożądane, a co nie, i że nie mają nic przeciwko jeśli chcemy trochę ponaginać rzeczywistość. Generalnie chodzi o mało "reality" a dużo "show".
Siedziałam sobie w kuchni i grałam na telefonie, kiedy usłyszałam charakterystyczny dzwonek do bramy. Zabrałam swoje rzeczy i ruszyłam do wyjścia. Usiadłam na tylnym siedzeniu, przywitałam się z kierowcą, po pół godzinie byłam na miejscu, po następnych 30 minutach byłam wolnym człowiekiem bez szwów. Powiedziałabym, że jeszcze jedno pół godziny i byłabym w domu, ale na drodze był wypadek i utknęłam w korku. W międzyczasie ktoś nawet zdążył zauważyć, że mnie nie ma i tym kimś nawet był mój chłopak.
- Co? - odebrałam.
- Z rana przyjemna jak zawsze. Wyobraź sobie, co się stało. Budzę się, a mojej dziewczyny nie ma obok mnie.
- Szok, zgłosiłeś już zaginięcie na policję? - spytałam.
- Jeszcze nie, na razie badam, czy może sama nie uciekła.
- Nieee, myślę, że może wróci - zaśmiałam się.
- A wiesz może gdzie jest?
- W korku stoję. Wracam ze szpitala. Pamiętasz? Szwy i te sprawy?
- O jeny... Znaczy tak, pewnie, że pamiętam, czemu mnie nie obudziłaś, pojechałbym z tobą.
- Jestem dużą dziewczynką, potrafię sama pojechać do szpitala.
- Sama? A co mój telefon robił na blacie w kuchni?
- Powiedziałam, że potrafię sama pojechać, a nie trafić. Dzwoniłam do Nano, żeby załatwił mi transport - mówiłam, nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęliśmy normalnie jechać. - Korek się rozpłynął, niedługo będę w domu, papa - rozłączyłam się.
I faktycznie, po 10 minutach wysiadałam z samochodu przeszłam przez bramę, ale ten nie wiedzieć czemu nie odjeżdżał. Wzruszyłam ramionami i poszłam do domu. Śpiesząc się do lekarza nie przykładałam uwagi do tego, co się dzieje wokół mnie. Dopiero teraz zauważyłam pełno czerwonych kubeczków na trawniku, niewiadomego pochodzenia serpentyny, górę od bikini, w którą prawie wdepnęłam, a jacuzzi wydawało dziwny, nieznany odgłos, czyli pewnie Nano przewidział, że jest popsute. Weszłam do domu, wszyscy siedzieli w salonie.
- Cześć wszystkim - powiedziałam, ignorując przy tym  kamery, czyli nie zerkając to w jedną, to w drugą, co przychodziło z coraz mniejszym trudem.
- O, zguba się znalazła - powiedział wesoło Tom.
- Jaka tam zguba - machnęłam ręką i usiadłam obok Nathana.
- Jak szwy? - spytał cicho oglądając moje ramię.
- Całkiem spoko - mruknęłam.
-Scooter chce was widzieć - do salonu wszedł Kevin.
- Co? Po co? - spytał Tom.
- Po jajco. Nie mam pojęcia, ale jakby rozejrzeć się wokół, to znajdzie się wiele powodów - stwierdził. - Szybko, auto czeka przed domem.
- Potem pogadamy - Nath pocałował mnie w czoło i wyszedł z chłopakami i Kevinem, zostałam z Kelsey i Nareeshą.
- Jak ręka?
- Dobrze, dobrze, teraz muszę tylko pamiętać o maści. Ktoś popsuł jacuzzi.
- Max - powiedziały dziewczyny jednocześnie.
Spojrzałam po nich zdziwiona.
- Okej, skoro jesteście tego takie pewne, wierzę wam, sama poszłam do pokoju wcześnie.
- Uwierz nam, nie chciałaś tego oglądać - stwierdziła Kels.
- Domyślam się, że  nie był w tym jacuzzi sam?
- I przerwijmy w tym miejscu - powiedziała Nare.
- Z chęcią poplotkowałabym z wami o tym, co mnie wczoraj ominęło, ale chyba skorzystam z ciszy panującej w tym domu i prześpię się - jak na zawołanie zaczęłam ziewać.
Poszłam na górę, przebrałam się w dresowe spodenki i koszulkę Nathana i padłam do łóżka. Zamknęłam oczy, po kilku minutach zaczęłam odpływać i wtedy zadzwonił mój telefon.
- Niech was wszystkich szlag - mruknęłam i wyciągnęłam rękę po komórkę. - Mama? - zdziwiona patrzyłam na wyświetlacz. - Mamo mówiłam, żebyś nie dzwoniła na ten numer - odebrałam. - Zaraz do ciebie oddzwonię.
- To wejdź już lepiej na Skype'a.
- Okej - westchnęłam. No to pospane.
Zwlekłam się z łóżka, wzięłam laptopa i cierpliwie czekałam, aż się włączy.
- No cześć - pomachałam do kamerki.
- Jak szwy, byłaś już na zdjęciu? - spytała mama.
- Byłam, byłam - pokazałam rękę.
- Nathan pojechał z tobą?
- Błagam cię - prychnęłam. - Musiałam być w szpitalu o dziewiątej, dźwigiem bym go nie wyciągnęła z łóżka o tej porze. Zadzwoniłam do Nano, przysłał po mnie samochód.
- Dalej nie przystopowali z imprezami?
Pokręciłam głową.
- Czy oni nigdy się nie męczą?
- Nie wiem, może to angielskie geny - wzruszyłam ramionami.
- Cześć dziecko! - obok mamy pojawił się tato, któremu pomachałam wesoło. - Co tam tak cicho?
- Chłopaki są u swojego managera, wezwał ich na dywanik.
- W sensie, że przeskrobali coś?
- W sensie, że jakbym nakręciła film o tym, jak wygląda dom i ogród, dziwilibyście się, że jeszcze nie zrezygnował. Nie żeby ktoś by za nim płakał.
- Mówiliśmy już, nie bądź tak negatywnie nastawiona.
- Gdybyście go znali, mielibyście takie same mniemanie o nim, jak ja. Nie żebyście mieli żałować, że nie mieliście z nim styczności. Cieszcie się - zapewniłam.
Rozmawiałam z rodzicami dobrą godzinę, aż usłyszałam krzyki Toma na dole (a może po prostu mówił normalnie) i pożegnałam się, żeby zobaczyć, za co tym razem im się oberwało.
- Co tam łobuzy? - spytałam, kiedy zeszłam na dół.
- Demolujemy dom, sąsiedzi się skarżą, imprezujemy blablabla - Jay wywrócił oczami.
- Wiecie, aniołkami nie jesteście, ale ja na miejscu Scootera zajęłabym się, hmm, nie wiem, Bieberem zanim do deportują?
- To samo miałem ochotę mu powiedzieć - powiedział Max.
- Gdzie Nathan? - rozejrzałam się po salonie.
- Jestem, jestem! - drzwi wejściowe zamknęły się z hukiem.
Nathan podbiegł do mnie próbując nie rozlać kawy mrożonej, klęknął przede mną i wyciągnął kubek w moim kierunku.
- Dziękuję - wzięłam od niego kubek. - Ale wstań z tych kolan, bo jeśli to jakieś śmieszne oświadczyny kawą, to ich nie przyjmuję - zaśmiałam się.
- Jesteś bezduszna - Nathan wygiął usta w podkówkę i wstał na nogi. - A teraz chodź - złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę ogrodu.
- Gdzie idziemy? - spytałam siorbiąc kawę przez słomkę.
- Usiąść na ławeczkę.
- Czemu nie możemy usiąść ze wszystkimi w salonie? - spytałam.
- Bo chcę ci coś pokazać i wystarczą mi kamery, nie potrzebuję jeszcze więcej publiczności.
Usiedliśmy, Nathan wyciągnął z kieszeni telefon i słuchawki.
- Przyszliśmy tu słuchać muzyki?
- I tak i nie. Pamiętasz, parę dni temu byłem z chłopakami w studio, kończyliśmy płytę. Nie mówiłem wcześniej o tym, ale napisałem piosenkę. Tak dla ciebie czy coś.
- To słodkie, dziękuję - uśmiechnęłam się.
- Udało mi się zgrać ją w studio i chciałbym, żebyś posłuchała.
Nath wsadził mi słuchawki do uszu i wcisnął "play". Zerknęłam na wyświetlacz, miała tytuł "Only You". Patrzyłam w trawę i wsłuchiwałam się w słowa.

How can I hold a mirror up to your eyes
Speak the way you can understand what’s inside
You have been broken down in a thousand different ways
I've been looking over pictures and you hardly looked the same
I can see it from a mile that the way you smile has changed
But you don’t know

It is hard for me to sit and watch you getting sick
When all I wanna do is try

Only you
Can dig yourself out just before you break down
Only you can lift yourself up just before you get stuck yeah
All of this pain spread all over your face
All I want to do is help you outta this place
Only you
So hurry up now just before you run out of time
Before you run out of time

Beautiful that’s the only way I see you
Nobody else can love you in the way that I do
Sometimes I get worried that you've taken on too much
And this crazy world we live in doesn’t really give a fuck
If only we could peddle to a place where it was just you and I
(Tom)
It is hard for me to sit and watch you getting sick 
When all I wanna do is try

Only you
Can dig yourself out just before you break down
Only you can lift yourself up just before you get stuck yeah
All of this pain spread all over your face
All I want to do is help you outta this place
Only you
So hurry up now just before you run out of time
Before you run out of time

Lalalalala
Lalalala
Lalalala
(you can run out of time)
Lalalala
Lalalala

Only you
Can dig yourself out just before you break down
Only you can lift yourself up just before you get stuck yeah
All of this pain spread all over your face
All I want to do is help you outta this place
Only you
So hurry up now just before you run out of time
Before you run out of time

Before you run out of time
Before you run out of time

Piosenka się skończyła, wyciągnęłam słuchawki z uszu i dalej patrzyłam przed siebie.
- Napisałem ją, kiedy... no wiesz.. nie było z tobą najlepiej...
- Chciałeś mi to wszystko powiedzieć, ale nie wiedziałeś jak... No i nie byłam zbyt rozmowna - mruknęłam.
- Tak - powiedział cicho.
- Cały czas we mnie wierzyłeś... - powiedziałam i nawet nie wiedzieć czemu, do oczu powoli zaczęły nachodzić mi łzy.
Chociaż... wiedziałam czemu. Po wypadku siedziałam zamknięta w tej swojej skorupie, nie potrafiłam się otworzyć i byłam wręcz pewna, że Nathan prędzej czy później podda się i nie zwątpi we mnie. A on cały czas we mnie wierzył...
Położyłam kubek obok nogi od ławki i mocno się do niego przytuliłam.
- Dziękuję - powiedziałam cicho.
- To ja dziękuję, że jesteś - pocałował mnie w czubek głowy.
Pociągnęłam cicho nosem.
- Nie, no nie, Jul - zaśmiał się i złapał mnie za brodę, żeby spojrzeć mi w twarz.
- Odwal się - pokazałam mu język i otarłam jakąś pojedynczą łzę.
- Pamiętasz jak jeszcze w hotelu mówiliśmy o spędzaniu czasu samemu, tylko w dwójkę?
- Pamiętam - pokiwałam głową.
- A co powiesz na dzisiaj?
Nie musiałam się długo zastanawiać. Wprawdzie miałam popracować, ale helloł, czas z chłopakiem czy praca? Wybór jest chyba prosty, jutro najwyżej wstanę wcześniej.
Pokiwałam głową i zaczęłam podskakiwać jak małe dziecko.
- To może najpierw... Pójdziemy do pokoju, obejrzymy jakiś film?
- Jestem na tak - uśmiechnęłam się, wzięłam kawę i za rękę ruszyliśmy do domu. - Kamerom zakaz wstępu! - krzyknęłam.
Tym samym złamałam niepisaną, ale wspomnianą pierwszego dnia zasadę "Żadnego mówienia o kamerach przy kamerach".
Weszliśmy do domu, poszliśmy do kuchni, wzięliśmy przekąski i napoje i cicho poszliśmy na górę. Obejrzeliśmy film, przebraliśmy się, wyszliśmy zjeść coś na miasto, poszliśmy na obiad, spacerowaliśmy, zjedliśmy lody, powoli wróciliśmy do domu, dokładnie tego było nam trzeba. Czasu we dwójkę. Wróciliśmy do domu i chociaż Tom i Max już rozkręcali kolejną imprezę, obydwoje spasowaliśmy i poszliśmy spać.

Kiedy obudziłam się panowała absolutna cisza. To z resztą działo się ostatnio często. Nie przeszkadzał mi hałas, to cisza była czymś niezwykłym. Zerknęłam na zegarek. Siódma. Dobra, to idealna pora, żeby popracować, ale najpierw wstałam z łóżka, zabrałam spod lustra moje kosmetyki i żeby nie obudzić Nathana, poszłam pomalować się do łazienki. Kamerowanie zaczynało się od dziewiątej (o ile ktoś już wtedy nie spał), a ja z jednej strony byłam na tyle leniwa, że jeśli nie pomaluję się od razu po wstaniu, to przepadło, a z drugiej nie chciałam pokazywać się bez makijażu całemu światu.
Zrobiłam makijaż, ubrałam się w legginsy i luźną bluzkę, wzięłam laptopa i zeszłam cicho na dół. Zrobiłam sobie śniadanie, weszłam na maila i przeżyłam szok. Nie urwałam się z kosmosu, wiem, jak wygląda gazeta, jak gruba jest, ile jest w niej artykułów, ciekawych lub nie, dlaczego więc, kiedy zobaczyłam ilość maili, miałam ochotę dźgnąć się nożem? Dobra, nie załamuję się, biorę się do roboty.
Każdy artykuł czytałam, poprawiałam i znowu czytałam, co oznacza, że zajmowało to całe wieki.
Przeczytać, poprawić, przeczytać, odesłać, przeczytać, poprawić, przeczytać, odesłać, przeczytać, poprawić, przeczytać, odesłać... Nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiła się dziewiąta i przyszli kamerzyści. Było to trochę smutne, że chociaż siedzieli u nas całymi dniami, nie mogliśmy za bardzo z nimi rozmawiać, wiadomo, nie widzimy kamer, ale że siedziałam teraz sama, więc raczej nie użyją materiału, kiedy siedzę na kanapie i poprawiam artykuły.
- Mogliście przyjść spokojnie za dwie godziny, nikt wcześniej się nie obudzi - powiedziałam.
- Płacą, to przychodzimy - powiedział jeden z kamerzystów, chyba miał na imię Bob.
- To musi być nudne.
- Co dokładnie?
- Siedzenie całymi dniami z bandą Brytyjczyków, którzy pół dnia przesypiają, drugie pół odgrywają wyreżyserowane kłótnie, a potem całą noc piją, tańczą na stołach i psują jacuzzi - powiedziałam.
- Kilku z nas pracowało przy kręceniu "Keeping Up With The Kardashians", więc to jest miła odskocznia - zaśmiał się. - Poza tym, jak sama powiedziałaś, pół dnia śpicie, na imprezach zostaje tylko dwóch czy też, więc się  nie przepracowujemy.
- Miło wiedzieć, że jesteśmy bardziej znośni niż Kardashianowie - stwierdziłam. - A teraz przepraszam, ale właśnie dlatego, że nie jestem jedną z Kardashianek, muszę pracować, żeby zarabiać, nie dostaję pieniędzy za oddychanie, więc wracam do pracy.
- Miło patrzeć, jak ktoś inny też pracuje - zaśmiali się kamerzyści.
Godzinę później na dół zszedł Nathan.
- Spania nie masz czy co? - spytał siadając obok mnie i dopijając zimną już herbatę.
- To raczej ty masz i to aż nadto - stwierdziłam.
- O której wstałaś?
- O siódmej - odpowiedziałam nie odrywając wzroku od ekranu.
- I trzy godziny siedzisz przy komputerze z samego rana?
- Po pierwsze, brzmisz jak moja mama. Po drugie, nie siedzę przy komputerze, bo nie oglądam filmów z kotami na youtubie, tylko pracuję.
- Dużo ci jeszcze zostało, mądralo?
- Jakaś połowa - odpowiedziałam i byłam załamana.
- Zostaw to, i tak już nic dzisiaj nie zrobisz, Max i Jay wstali, zaraz zacznie się harmider.
- Pewnie masz rację - westchnęłam i z niejaką ulgą zamknęłam laptopa. Oparłam głowę o ramię Nathana. - To cięższe niż przypuszczałam.
- Sporo materiału, co?
- Dokładnie. Do tego moja dokładność nie pozwala na przeczytanie tego raz, każdy artykuł muszę przeczytać sto razy, aż upewnię samą siebie, że wszystko jest dokładnie zrobione.
- Chodź, na przepracowanie najlepsze jest jedzenie - Nathan wstał z kanapy i wyciągnął do mnie rękę.
- Nie wiem, czy przepracowanie to dobre słowo, skoro obijam się całe wieki, ale jedzenie mi się podoba - uśmiechnęłam.
Zaczęłam jeść płatki, reszta domowników powoli zaczęła wychodzić ze swoich nor. Później wszyscy siedzieliśmy w pokoju, gdzie ja i Nathan w ciszy wysłuchiwaliśmy, jak reszta uzgadniała co wczoraj się działo, bo niektórzy, ekhem Max, Jay i Tom ekhem, mają problemy z pamięcią. Zadzwonił mój telefon.
- Umm, zaraz wrócę - powiedziałam i z komórką poszłam szybko do kuchni.
Nie wiem czemu, ale połączenia od nieznanych numerów zawsze mnie przerażają.
- Halo? - spytałam.
- Dzień dobry, dzwonię z Uniwersytetu Londyńskiego, czy rozmawiam z Julią Miller?
- Tak, to ja.
- W takim razie miło mi panią poinformować, że została pani przyjęta.
- Serio?! - zdziwiłam się.
- Tak, serio - zaśmiała się pani po drugiej stronie słuchawki. - Zostało kilka formalności, w tym dokumentów do podpisania, kiedy mogłaby pani się u nas stawić?
- Aktualnie jestem za granicą, będę w Londynie dwudziestego piątego - powiedziałam wciąż nie wierząc w to, że się dostałam.
- Świetnie, tak więc spodziewamy się pani dwudziestego piątego.
- Dziękuję, do widzenia - rozłączyłam się.
Uśmiechnęłam się sama do siebie, a przez głowę przemknęła mi iście diabelska myśl. Chyba najwyższy czas jest moja pora, żeby kogoś powkręcać. Wróciłam do salonu, stanęłam na środku i czekałam, aż wszyscy się zamkną.
- Jules, wszystko gra? - spytał Nathan.
- Tak, jasne. Tylko jest coś, o czym muszę ci, a w zasadzie wam wszystkim powiedzieć.
- Jesteś w ciąży? - palnął Tom.
- Nie, nic mi o tym nie wiadomo... Robiłam to wszystko w małej tajemnicy, nikomu nic nie powiedziałam, ale koniec końców się udało, więc... - wzięłam głęboki oddech. - Dostałam się na uniwersytet.
- To wspaniale - uśmiechnęła się Nareesha.
- Na uniwersytet gdzie? - spytał Nathan.
Okej, teraz muszę poświęcić wiele energii, żeby się nie roześmiać.
- Nath, jestem Polką. Mam polską maturę. Całe życie uczyłam się po polsku. Gdzie mogłabym się dostać? - spytałam cicho.
Wszyscy spoważnieli.
- Nie, Jules - powiedział Nathan.
- Nathan...
- Nie. Nie zostawisz mnie. Przywiążę cię do kaloryfera, jeśli będzie trzeba, ale nie wyjedziesz na żadne głupie studia do Polski - podniósł się z kanapy i ruszył w kierunku schodów.
- Zatrzymaj się i spójrz na mnie - powiedziałam przez zęby. Zrobił, o co prosiłam, więc zwolniłam z tonu. - Dostałam się na University of London.
Nath jeszcze przez chwilę mi się przyglądał, po czym głęboko odetchnął.
- Nigdy więcej tego nie rób - podszedł do mnie i mocno mnie przytulił.
- Więc... - zaczął Max. - Dostałaś się na studia do Londynu, czyli nigdzie nie wyjeżdżasz?
- Tak, bardzo dobrze, Max - zaśmiałam się.
- To świetnie - powiedział Jay. - Mamy okazję, żeby urządzić imprezę.
- Nie żebyście jej potrzebowali - wywróciłam oczami.
Wszyscy mi pogratulowali i szczerze się ucieszyli, po czym razem z Nareeshą i Kelsey wzięłyśmy się za robienie obiadu.



Tak więc... Pamiętajcie, dzieci, nie zaczyna się zdania od "tak więc". Ale nie było mnie tak długo, że nie wiem, co mam napisać. 
Ponad dwa miesiące...
To nie tak, że to olałam. Nie. Nieraz otwierałam nowy post, kładłam palce na klawiaturze... i nic. Może miałam zastój, może się wypalałam, nie wiem. Do tego doszedł plan zajęć, nie tak korzystny, jak wydawało mi się na pierwszy rzut oka, no i pogoda, robi się coraz cieplej, więc to logiczne, że wolę wyjść niż na siłę wymyślać coś przy kompie. 
Ale będę się starać dodawać nowe rozdziały częściej niż co dwa miesiące i będę się starać nadrobić czytanie Waszych blogów. Co może być trudne, skoro mam cztery działy z matmy do ogarnięcia w półtora miesiąca, ale dam radę ;) xxx

wtorek, 18 lutego 2014

77. Nie bądź cipą. + L. Awards

Liebster Awards wróciło do mnie jak bumerang, więc lecim z tym koksem. Przejrzałam komentarze, wydaje mi się, że żadna nominacja mi nie umknęła, ale głowy nie daję.

Pierwsza od San, którą sama sobie wzięłam z jej bloga. 

1.Czy żyjesz w taki sposób, w jaki rzeczywiście chciałabyś żyć ?
Raczej średnio
2.Przeszłość, teraźniejszość czy przyszłość ?
Przyszłość
3. Czego najczęściej zazdrościsz u innych osób ?
Dobrze układających się włosów i ładnego kształtu paznokci (wiem, płytkie xd)
4. Gdybyś miała do wyboru - w jakim kraju chciałabyś się urodzić i zostać wychowana ?
Gdzieś gdzie jest ciepło przez cały rok.
5. Czy kiedykolwiek powiedziałaś komuś coś, czego teraz z perspektywy czasu żałujesz ?Jeśli tak, to co to takiego było ?
Tak, ale nie powiem, co to było, bo z perspektywy czasu będę żałować ;)
6. Szczęście czy mądrość ?
Szczęście
7. Niewinność czy szaleństwo ?
Niewinne szaleństwo ;)
8. Najgorsza, raniąca prawda czy najlepsze kłamstwo pozwalające żyć w niewiedzy, ale i w komforcie ?
Zależy od sytuacji.
9. Co zmieniłabyś w swoim wyglądzie ?
Zęby (ale po aparat się wybieram) i wolałabym być niższa.
10. Do czego najbardziej szalonego byłabyś w stanie się posunąć, żeby spotkać się twarzą w twarz na prywatną rozmowę z którymś chłopakiem z The Wanted ?
Zrzuciłabym cię ze Sky Towera :P (Wiesz, że żartuję, prawda?)
11. Który ze zmysłów ( wzrok, słuch, dotyk, węch itd. ... ) mogłabyś "oddać", bo wydawałby ci się najmniej potrzebny ? 
Węch

Następna nominacja od Basi Kicińskiej:

1.Jesteś wierną fanką TW (bądź innego zespołu/piosenkarza/piosenkarki), czy po prostu lubisz słuchać ich muzyki?
Fanką, ale nie zaślepioną.
2. Jaki masz kolor oczu?
Niebieskie.
3. Masz jakieś zwierzęta?
Nie.
4. Jakie jest twoje hobby?
Ja wiem czy mam jakieś hobby... Lubię po prostu czytać książki... O wiem! Na wykładach moim hobby są krzyżówki :P.
5. ulubiona książka?
Nie potrafię wybrać jednej.
6. Skąd się biorą pomysły na twojego bloga?
Z głowy, z życia, z komentarzy.
7. Jesteś osoba zabawną czy raczej ponurą?
Raczej zabawną.
8.Masz jakieś zwierzę?
Nie.
9.Ile blogów piszesz?
Dwa.
10.Masz rodzeństwo?
Tak, brata.

I, jak mówi moja ulubiona youtuberka, last but not least, Alexandra:
1. Która piosenka z WOM podoba ci się najbardziej ?
Demons, In The Middle, Only You i Show Me Love.
2. Do którego swojego wieku chciałabyś się wrócić ?
6 lat. 
3. Którą stację radiową najchetniej słuchasz ?
Nie słucham radia raczej, a jeśli już to RMF FM, bo był ustawiony w radio, jak już wprowadziłam się do mieszkania i tak zostało.
4. Psy vs koty ?
PSY!
5. Jaki rodzaj filmów preferujesz ?
Komedie.
6. Za co cenisz każdego z chłopaków ?
Siva - za to, że traktuje Nareeshę, tak jak sama chciałabym być traktowana przez chłopaka. 
Nathan - bo jest kochany, sarkastyczny i obserwuje mnie na twitterze. (Żartuję. Znaczy, obserwuje mnie, ale nie dlatego go cenię :P).
Max - jest zabawny, kochany i chciałabym, żeby pobawił się moimi uszami, jak to ma w zwyczaju robić wszystkim. 
Tom - bo jest tym, który najbardziej troszczy się o fanów.
Jay - jest jedyny w swoim rodzaju.
7. Którego bloga o TW zaczęłaś czytać jako pierwszego ?
Ojej, już go nie ma z tego co wiem i nie pamiętam linka. 
8. Którym sportom kibicujesz najbardziej ?
Skoki narciarskie.
9. Mieszkasz w domu czy w bloku ?
Blok.
10. Najlpeszy Wanted Wednesday to ten , w którym...
byli w Argentynie i "#Ondo".

11. Hit 2013 roku to...
Ojj, nie wiem... 

Teraz pora na moją część, ale ja taktownie i w ciszy ją pominę, bo nie mam siły na wymyślanie pytań :P

A teraz voi la, wyczekiwany rozdział:

Jedenaście godzin w samolocie. Jedenaście. Godzin. W. Samolocie. Siedziałam oparta o okno, oparta o Nathana, oparta o fotel na przeciwko, leżałam z nogami na Nathanie, z nogami na moim fotelu, a tułowiem na Nathanie, oparta głową o okno z nogami pod jego nogami i mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Kiedy w końcu wyszłam z tego samolotu byłam najszczęśliwsza na świecie. Słońce przyjemnie padało na moją twarz i w końcu mogłam wyprostować wszystko na raz na bojąc się, że mogę kogoś niechcący uderzyć. Odebraliśmy bagaże, co przy ilości, którą dysponowaliśmy, zajęło trochę czasu. Kiedy już weszliśmy w posiadanie wszystkich walizek, przeszliśmy do hali przylotów...
- O nie - powiedziałam bezgłośnie i bez mimiki.
Fani. Mnóstwo fanów. Oczywiście, fani są kochani, wspierają Nathana i chłopaków, większość z nich jest miła (niektórzy jednak dalej są święcie przekonani, że nasz związek jest ustawiony i jestem tylko przykrywką. Nie wiem, co przykrywam), ale kolejna godzina na lotnisku jest ponad moje siły.
- Jules, wiesz, jak jest - powiedział Nathan.
- Tak, wiem i rozumiem. Jak znam życie, niektórzy czekają tu dobre kilka godzin i wyjście bez porozmawiania z nimi byłoby zwykłym chamstwem. Więc, dawaj mi ten wózek i idź do nich - odepchnęłam Nathana od koszyka z naszymi walizkami i poszłam gdzieś w bok, obok Nareeshy i Kelsey.
- Padam - powiedziała blondynka.
- Jeszcze chwila i będziemy z hotelu - pocieszyła nas Nare.
No tak, dom jeszcze nie był gotowy, musimy przeczekać parę dni w hotelu. Jak może nie być gotowy?! Producenci programu pewnie wiedzieli, kiedy przylatujemy dużo wcześniej niż ja i nie zdążyli?! Na pewno się nie polubimy. Stałam obok walizek, leżałam na nich, siedziałam na nich, kucałam obok nich i starałam się nie zasnąć. Najgorsze w tym wszystkim było, że dalej uparcie stosowałam moją beznadziejną metodę walki z jet lagiem, czyli chodzę spać tylko i wyłącznie według czasu lokalnego. To nic, że w Londynie była 22:30. Tu zegary wskazywały 14:30 i za nic w świecie nie zamierzałam pójść spać. Kilka metrów dalej dojrzałam mały sklepik. To jest to. Co to za sklepik, w którym nie sprzedają energy drinków?
- Popilnujecie naszych toreb? Zaraz wracam - poprosiłam Nareeshę i Kelsey, z torebki wyciągnęłam tylko portfel.
- Jasne.
Naprawdę próbowałam policzyć w głowie, jak bardzo kupienie napoju w dolarach obciąży moją kartę w funtach doliczając ich dziwne prowizje, ale cóż... nigdy nie byłam orłem z matmy. Wzięłam największą, litrową butelkę i ruszyłam do kasy. Wróciłam do swoich, chłopaki musieli już kończyć z fanami, bo przyjechały auta, żeby zabrać nas do hotelu, gdzie czekała nas następna godzina w recepcji... W końcu dotarliśmy do pokoju. Rzuciłam torebkę na ziemię i padłam na łóżko. Leżałam na wznak i gapiłam się w sufit.
- Jestem wysoce zaszokowany, że pierwszą rzeczą, którą zrobiłaś po wejściu do pokoju, nie było rozpakowywanie walizek - powiedział Nathan kładąc się obok mnie.
- Na dwa dni mi się nie chce - westchnęłam. - Jet lag jest suką - westchnęłam wtulając się w Nathana.
- Wiem coś o tym. Dalej stosujesz swoją dziwną metodę? - spytał.
- Oczywiście. Dlatego nie mogę iść spać przynajmniej przez następne - spojrzałam na zegarek - pięć godzin.
- Wiesz, mogę ci pomóc zagospodarować trochę czasu - mruknął Nathan.
- Tak? - przysunęłam swoją twarz bliżej,  a wtedy Nathan... zaczął mnie łaskotać. - Ała, przestań, wolę przez pięć godzin rozwiązywać krzyżówki - mówiłam przez śmiech.
On jednak nie zamierzał przestać, czerpał z tego wręcz perwersyjną przyjemność. Zaczęłam więc odpłacać się tym samym. Według Nathana była to pewnie zabawa, według mnie walka o przetrwanie. W szale tej walki poczułam ukłucie na ręce.
- Auć, auć, stop! - krzyknęłam i zamarłam w bezruchu. Spojrzałam na swoją rękę. - O nie... - jęknęłam.
- Co się stało? - spytał Nathan.
- Pieprzyk mi się rozdrapał - mruknęłam i podeszłam do torebki wyciągnąć chusteczkę, którą przyłożyłam do rany...
- Pokaż to - Nathan podszedł do mnie i odsunął chusteczkę. - Uuu... Wygląda to poważnie.
- Co się robi z rozdrapanymi pieprzykami? - spytałam.
- Mnie się pytasz?
- Masz rację, pójdę do Nareeshy, ona wie wszystko. Który jest ich pokój?
- Drugi po prawo.
Wyszłam z pokoju i poszłam do Sivy i Nareeshy. Zapukałam do drzwi, po chwili dziewczyna otworzyła.
- Co tam, Jules? - spytała wpuszczając mnie do środka.
- Zastanawiałam się, czy wiesz może, co zrobić z tym? - odsłoniłam rozdrapanego pieprzyka.
- Uła... Nie jestem lekarzem, ale każdy wie, że takie rzeczy trzeba szybko wyciąć.
- Więc czeka mnie noc na izbie przyjęć... - westchnęłam.
- Chodzi o twoje zdrowie.
- Tak, wiem. No nic, dzięki, powiem Nathanowi, żeby zorganizował transport - uśmiechnęłam się i wróciłam do siebie.
- I co? - spytał Nathan.
- Dzwoń do Nano, muszę jechać z tym do chirurga - oznajmiłam.
- Jasne, daj mi chwilę - Nath wyciągnął telefon z kieszeni i zaczął dzwonić.
Po pół godzinie przyjechał po nas samochód przysłany przez Nano. Krwawienie do tej pory ustało, ale Nareesha, która przyszła sprawdzić, co z moją ręką, zapewniła, że muszę to wyciąć.
Po jechaliśmy do szpitala, w izbie przyjęć wypełniłam z pomocą Nathana jakieś papiery i czekałam. Siedzieliśmy tam dobrą godzinę.
- Nathan... Możemy być jutro sami? - spytałam.
- A co będziemy robić? - poruszał brwiami.
- Nie to co myślisz - wywróciłam oczami. - Po prostu chciałabym spędzać czas we dwójkę. Tylko ty i ja.
- Jul, cały czas jesteśmy razem.
- Tak, a razem z nami Tom, Max, Jay, Siva, Kelsey, Nareesha, Kevin, Nano... - wymieniałam. - Jesteśmy jedną zgraną paczką, jak rodzina i kocham to, ale ja i ty jesteśmy parą i chciałabym...
- Julia Miller - pielegniarka wyczytała moje imię.
- Dokończymy potem - powiedziałam i ruszyliśmy za pielęgniarka, która w pokoju znowu kazała nam czekać tym razem na lekarza, który przyszedł na tyle szybko, że nie zdążyłam zacząć rozmowy od nowa.
- Co my tu mamy? - spytał, kiedy odsłaniałam pieprzyka. - No tak, niestety bez cięcia się nie obejdzie. Jest pani na coś uczulona?
- Nie - pokręciłam głową.
- Dobrze. Będzie to przebiegało tak. Wstrzyknę pani punktowe znieczulenie, poczekamy aż zacznie działać, wytnę pieprzyk z marginesem zdrowej skóry, który wyślę też do badania, takie procedury, zaszyję rankę, przepiszę pani maść na zabliźnianie i za tydzień wróci pani na zdjęcie szwów. Wszystko jasne?
- Tak - pokiwałam.
- Proszę chwileczkę poczekać, zaraz zaczniemy.
Lekarz wyszedł, zostaliśmy sami.
- Chyba się boję, czy coś - stwierdziłam.
- Ostatnio wielu rzeczy się boisz - zaśmiał się Nathan.7
- Serio? Serio? Miałeś kiedyś coś wycinane?
- Guzki na strunach głosowych?
- Dobra, tu mnie masz - jakoś zapomniałam o jego operacji. - Przez dziewiętnaście lat życia nie miałam żadnej operacji, a odkąd zadaję się z tobą, bam, w sierpniu wyrostek, w lutym pieprzyk.
- Więc to moja wina?
- Właśnie to powiedziałam.
- Poczekaj, aż zdejmą ci szwy. Wtedy nic cię nie uratuje przed łaskotaniem - pogroził mi palcem. 
Naszą żartobliwą naturalnie wymianę zdań, przerwał lekarz, który wrócił do gabinetu. 
O rany, to miało być tylko punktowe znieczulenie, po co mu taka wielka igła?! Nathan zobaczył mój grymas na twarzy, bo powstrzymywał się od śmiechu, za co zgromiłam go spojrzeniem. Już niedługo bardzo pożałował swojego śmiechu, bo w momencie, jak lekarz wbił igłę w moją rękę, ja zamknęłam oczy, złapałam Natha nad ręką i im więcej znieczulenia wnikało w mój organizm, tym mocniej wbijałam paznokcie.
- Auć - powiedział cichutko, że ja ledwie mogłam go usłyszeć, lekarz nie miał szans.
Czekając aż znieczulenie zacznie działać, lekarz przygotował sobie narzędzia, a ja z pewnością robiłam się coraz bledsza.
- No to zaczynamy - powiedział doktor, z pewnością chciał dodać mi otuchy, ale jakoś nie wyszło.
Błądziłam wzrokiem po ścianach, nuciłam sobie w głowie piosenki, wszystko, byle tylko nawet przez ułamek sekundy nie spojrzeć na "operowaną" rękę, nie bolało, po prostu czułam cięcie na swojej skórze i już to przyprawiało mnie o mdłości.
Rany, co się ze mną dzieje, nigdy nie byłam jedną z tych, które mdleją na widok krwi czy igieł, a tu co... Zcipiałam przy tym Nathanie. Zaśpiewałam sobie w głowie dwie piosenki błądząc wzrokiem po suficie, w końcu lekarz powiedział przykładając mi opatrunek na rękę:
- Zrobione. Naturalnie ręką może boleć przez kilka dni, zwłaszcza dzisiaj, więc zalecam środki przeciwbólowe i po prostu uważać na tę rękę.
- Jasne, dziękuję bardzo - podziękowałam z uśmiechem i poderwałam się z fotela.
- Radzę też posiedzieć kilka minut w poczekalni i nie przebywać przynajmniej dzisiaj i jutro zbyt wiele na słońcu - dodał.
- Spoko, dziękuję i do widzenia - wyszłam z Nathanem z gabinetu i posłusznie usiadłam w poczekalni.
Sprawdziłam telefon, dwudziesta, zbyt wiele słońca to już dzisiaj mnie nie spotka, poprawiłam usta błyszczykiem, a Nathan praktycznie przytknął mi swoją rękę do twarzy.
- Wow, fajna ręka, masz pożyczyć jedną? - spytałam nie wiedząc o co mu chodzi.
- Tu! - pokazał mi palcem.
- Ja tam cierpiałam, a ty mi wypominasz, że wbijam ci lekko paznokcie w rękę?! - powiedział z, jak zwykle, udawanym wyrzutem.
- Lekko? Twoje szwy będą zdjęte szybciej niż to zejdzie - stwierdził.
- Oj, nie bądź cipa - poklepałam go po ramieniu.
- Przepraszam... - nagle przed nami wyrósł człowiek. Na oko nastoletni człowiek płci żeńskiej.
- Tak? - spytał Nathan.
- Jestem wielką fanką The Wanted, mogłabym prosić o zdjęcie? - spytała nieśmiało dziewczyna.
- Jasne - nawet, kiedy człowiek myślał, że Nathan nie mógłby być jeszcze bardziej szczęśliwy, jeśli podchodzi do niego fanka, uśmiecha się jeszcze szerzej.
- Jules, jesteś taka ładna...
- Dziękuję, ty też, masz piękne włosy - uśmiechnęłam się. - Zrobić wam zdjęcie?
- Mogłabyś? Dziękuję - fanka podała mi telefon, szybko cyknęłam fotkę. - Mogłabym jeszcze z tobą?
- Jasne.
Dziewczyna usiadła obok mnie, tym razem Nathan zabawił się w fotografa, chwilę też porozmawialiśmy z nią, zanim Nath dostał wiadomość, że auto czeka pod szpitalem. Pojechaliśmy prosto do hotelu i dosłownie ledwie zamknęliśmy drzwi, kiedy rozległo się pukanie i do środka weszli dosłownie wszyscy.
- Co z twoją ręką? - spytali prawie równocześnie.
Odsłoniłam opatrunek, co powinnam w zasadzie zrobić już jakiś czas temu.
- Taadam! Nic wielkiego - wzruszyłam ramionami.
- Nic wielkiego?  - krzyknął Nathan. - Prawie zrobiłaś mi dziurę w ręce paznokciami.
- Już ci mówiłam, nie bądź cipą - powiedziałam, na co wszyscy kulturalnie stłumili śmiech. Wszyscy oprócz Toma. On nie ma oporów przed wybuchnięciem śmiechem i można go za to kochać albo nienawidzić.
- Więc zgaduję, że, przynajmniej Jules, nie dołączy się na nielegalne w jej przypadku picie alkoholu? - spytał Jay.
- Nic z tego, zaraz naćpam się tabletkami i pójdę spać - spasowałam. - Ale Nathan jak chce, to proszę bardzo.
- Nie, ja też chyba spasuję - stwierdził Nathan. - Ja zasypiam na stojąco, nie wiem, co wy bierzecie, że jeszcze macie siłę chlać po kątach.
- Po kątach to tylko ty tutaj chlasz - powiedział Max. - Dobra, zostawmy ich, są śpiący na pewno.
Tym sposobem znowu zostaliśmy sami.
- Idę się umyć - wzięłam kosmetyczkę z walizki i poszłam do łazienki. Po trzech sekundach wróciłam. - Nathan... Czy masz pomysł jak mam umyć głowę nie mocząc przy tym ręki zbyt mocno?
Przez minutę nie odpowiedział silnie się nad czymś zastanawiając, po czym bez słowa zaczął grzebać w szufladach, aż z jednej wyciągnął taśmę klejącą, po chwili, nie wiem skąd, wziął reklamówkę jednorazówkę.
- Wyskakuj z bluzki - powiedział dalej szukając czegoś po szulfadach.
- Wow, jak romantycznie - mruknęłam, ale koszulkę zdjęłam, bo widziałam, że miał plan.
- Wystaw rękę - powiedział z nożyczkami w ustach.
Owinął jednorazówkę wokół mojej rany i szczelnie, przynajmniej mam nadzieję, owinął ją taśmą miodową.
- Nie gwarantuję, że jest szczelne, więc po prostu nie mocz ręki za bardzo - powiedział wyraźnie z siebie zadowolony.
- Wow, dzięki MacGyver - uśmiechnęłam się i wróciłam do łazienki.
Jeszcze nigdy mycie głowy nie kosztowało mnie tyle bólu, cierpienia i ostrożności. Masakra. Zawsze wychodziłam z łazienki zadowolona i odświeżona, a tym razem czułam się, jakbym stoczyła walkę na ringu. Przebrałam się w piżamę, zdjęłam w ręki reklamówkę, umyłam zęby i wróciłam do Nathana.
- Jakby się paliło, to wynieś mnie razem z łóżkiem - powiedziałam wsuwając się pod kołdrę.
- A czy zanim zapadniesz w sen wieczny, możemy dokończyć to, o czym rozmawialiśmy w poczekalni? - spytał siadając obok.
- Właśnie! - szybko podniosłam się do siadu. - Na czym skończyłam...
- Nie ważne na czym skończyłaś, ważne, że zrozumiałem sens.
- Więc? - spojrzałam na niego z nadzieją na odpowiedź w stylu "Tak, możemy jutro zamknąć się w pokoju, będziesz cały dzień leżała z ręką w łóżku, a ja będę się tobą zajmował".
Nath złapał moją dłoń, spoko, już wiem, że nic dobrego to nie wróży.
- Wiesz, że chcę i gdybym mógł, zostałbym z tobą, ale mamy na jutro zamówione studio, żeby nagrać parę piosenek.
- Jasne, rozumiem - pokiwałam głową ze spuszczonym wzrokiem.
- Proszę, nie rób tej minki - powiedział opierając swoje czoło o moje. - Może i zostawię cię jutro, ale obiecuję, że nie pożałujesz.
- Okej - uśmiechnęłam się lekko i z powrotem się położyłam.

Pospałam i to porządnie, kiedy rano się obudziłam... Było południe. Wow, czternaście godzin, ja to mam spanie. Zwlekłam się z łóżka w poszukiwaniu mojego telefonu, ale szybciej niż komórkę znalazłam ból na swojej ręce.
- Tabletki, tabletki, gdzie ja mam tabletki... - pytałam samą siebie.
Dupa, nie tabletki, najpierw trzeba coś zjeść. Wzięłam hotelowy telefon, zamówiłam śniadanie do pokoju, po czym znowu zabrałam się za szukanie komórki. Gdybym była bardziej przytomna pewnie szybciej wpadłabym na to, że jest w torebce.
Jedna nieprzeczytana wiadomość od Nathana.

Jutro przenosimy się do domu :)

I nadszedł ten moment, kiedy nie wiedziałam, czy powinnam się cieszyć, czy bać...


Hej, hej, hej :)
Miałam dodać rozdział wczoraj, ale zapisy na wf zajmują wbrew pozorom bardzo dużo czasu :(
Przepraszam też, że rozdział jest taki krótki, ale nie chcę zaczynać nowego wątku związanego z przeprowadzką do domu w tym rozdziale, bo potem musiałabym go jeszcze trochę ciągnąć.
Poza tym miota mną też wiele sprzecznych emocji związanych z okładką "Glow In The Dark". Jeśli ktoś jeszcze jej nie widział, oto ona:
Jeśli ktoś jeszcze by się nie domyślił, jest to dokładnie okładka podstawowej wersji "Word Of Mouth", tyle, że zmieniona dosłownie jednym kliknięciem w Photoshopie, na twitterze ktoś nawet to udowodnił otwierając to właśnie w Photoshopie. No cóż, jak na ostatni singiel, miejmy nadzieję ostatni na razie, powinniśmy dostać coś lepszego. Zasługujemy na coś lepszego. Ale jak widać, chłopcy albo chcą po prostu odbębnić ten singiel, ale nie mają już siły postawić się Scooterowi. Szkoda.